Zawsze pasjonowało mnie odkrywanie świata, później narodziła się moja pasja fotograficzna. Przez wiele lat mieszkałam i pracowałam we Włoszech. Ich efektem jest nie tylko mnóstwo wspomnień tego co widziałam, lecz także kilka tysięcy zdjęć w komputerze. Moje wędrówki były odległe od najczęściej uczęszczanych szlaków, niemniej widziałam miejsca i rzeczy warte upamiętnienia. Dlatego też, postanowiłam na łamach tego bloga podzielić się moimi włoskimi impresjami. Co do innych zainteresowań - lubię malarstwo, literaturę i dobrą muzykę, niezależnie od gatunku.
Blog > Komentarze do wpisu

Liguria. Camogli - zapach kawy, morza i pyszne ciasteczka. cz II

Liguria

Po pierwszym  (w zasadzie przypadkowym) pobycie w Camogli, postanowiłam że pojadę tam ponownie, w najbliższym możliwym terminie. Tak też się stało i w  wolnym czasie, kiedy prognoza meteo zapowiadała słoneczny i dość ciepły dzień, wsiadłam do pociągu i  przed południem byłam już w miasteczku. Znów była piękna, słoneczna pogoda, jednak wiał bardzo silny wiatr. Na głównej ulicy panował przeciąg, niczym w dobrze funkcjonującym kominie. Inny był też nastrój, większy ruch na ulicy, gdyż nie  była to sobota, lecz dzień powszedni. Choć oczywiście, nie były to tłumy ludzi, które zapewne można tu spotkać w pełni turystycznego sezonu. W niedługim czasie ponownie znalazłam się w porcie. Tym razem nie tylko obeszłam go wokoło, lecz również "zaliczyłam"  długie, betonowe molo, pełniące rolę falochronu. Wzdłuż niego, od strony morza, znajdują się ogromne skalne i betonowe bloki, stanowiące dodatkową zaporę dla fal podczas sztormowej pogody. Na krańcu mola jest niezbyt duża latarnia morska. Żałowałam, że muszę wyjechać z Camogli przed zmrokiem i nie zobaczę jej pulsującego światła. Z portu przeszłam do  kościoła, który poprzednio obejrzałam jedynie pobieżnie. Tym razem poświęciłam mu więcej uwagi, tym bardziej, że (co się rzadko zdarza po za czasem trwania mszy) w zwiazku z pracami porządkowymi, zapalono w nim światło. Kościół, dość skromnie zdobiony na zewnątrz, ma bardzo bogaty wystrój wewnętrzny, pełen złoceń, zaskakujących w tym niewielkim przecież, miasteczku. Inna rzecz która mnie zadziwiła już za pierwszym razem, to kokieteryjne żyrandole - skonstruowane z licznych, szklanych, kolorowych paciorków. Skojarzyły mi się raczej z pałacowym salonem a nie z wnętrzem świątyni. Podobne żyrandole widziałam w San Fruttuoso, gdzie szczerze mówiąc, wydawały mi się kompletnie nie na miejscu, w połączeniu z surowym stylem Opactwa. Przyszło mi do głowy, że być może, to dar jakiegoś okolicznego producenta, który specjalizuje się w tego rodzaju wyrobach. Oprócz kościoła obejrzałam jeszcze raz zamek i okoliczne zaułki. W portykach domów przylegających do portu  znalazłam liczne pracownie  i sklepy, podobnie jak w Portofino, oferujące pamiątkowe obrazy i obrazki, wykonane we wszystkich możliwych technikach. Po zwiedzeniu portowej części miasteczka przeszłam do tej, położonej  wzdłuż nadmorskiego bulwaru. W przeciwieństwie do głównej ulicy i portu gdzie wiatr niemal urywał mi głowę, na plaży panował błogi spokój, a wiatru nie czuło się prawie wcale. Zastanawiałam się jak to możliwe, czy to wpływ jakiegoś specyficznego mikroklimatu, czy obecność zwartych i dość wysokich budynków z tej strony miasta. Pomyślałam też, że chyba nie bez powodu to miejsce nosi nazwę "Golfo di Paradiso" czyli "Niebiańska Zatoka". Tak czy iLigurianaczej, wiele osób korzystało z tego błogosławieństwa natury. Za kościołem, na kamiennym murku - ławce, ciasnym rządkiem, niczym ptaki na gałęzi, przysiedli starsi ludzie, wygrzewając się na słońcu w tym zacisznym miejscu. Pod tarasami bulwaru siedziała młodzież -  zakochane pary i nastolatki zatopione w lekturze. Parę osób beztrosko spało na plaży, przy akompaniamencie szumiących fal. Nie brakowało też młodych matek z rozhasanymi  dziećmi. Szczególnie jedna rzuciła mi się w oczy (a raczej w uszy). Ze stoickim spokojem powtarzała swojemu synkowi wciąż to samo zdanie, niczym pęknięta, gramofonowa płyta - "solo sassi piccoli, ti ho detto, butta solo sassi piccoli "!  Czyli - "powiedziałam ci, rzucaj tylko małe kamienie, tylko małe " !  Potomek bowiem, poważnie zabrał się za zasypywanie morza, rzucając do wody kamienie z plaży. Czym głośniej matka go napominała,  tym większe kamienie zbierał i ciskał w fale. Jego młodsza siostra sekundowała mu dzielnie, a matka niczym kukułka w zegarze, powtarzała swą frazę, bez żadnego realnego skutku. Na moje szczęście, po kilkunastu minutach przenieśli się w inne rejony i znów zapanował błogi spokój. Przysiadłam z gazetą na niezbyt wysokim murku i zagłębiłam się w lekturze. Byłam tak rozleniwiona ciepłem słońca i szumem morza, że zaczęłam zasypiać na siedząco. Marzyłam o tym, żeby wzorem innych osób wyciągnąć się na plaży i zapaść w drzemkę. Niestety, nie miałam ani koca ani ręcznika, więc zmusiłam się do kolejnej przechadzki. Patrzyłam uważnie pod nogi, gdyż po raz pierwszy widziałam plażę tego rodzaju. Kamieniste plaże nie są czymś wyjątkowym, tu jednak kamienie były dość szczególne . Na ogół niewielkie, szare, doskonale gładkie, owalne lub okrągłe, lub przeciwnie, zupełnie płaskie, prawie wszystkie  poprzecinane białymi żyłkami. Patrząc na nie, zrozumiałam zamiłowanie Liguryjczyków do budowli w poprzeczne białe i grafitowe pasy. Sądzę, że po prostu naśladowali to, co widzieli w naturze, która sama podsuwa najpiękniejsze i najbardziej harmonijne wzorce. Nawiasem mówiąc, myślę że leżenie na takim plażowym "kamiennym łożu" wcale nie musi być przykre, zważywszy na te łagodne zaokrąglone kształty. Zabrałam kilka szczególnie ładnych kamyków do mojej kolekcji. Najbardziej podobał mi się ten, na którym znalazłam wzór przypominający skandynawską runęLiguria i drugi, który wygląda zupełnie jak jajeczko ptaka. Kiedy doszłam do końca plaży i przeszłam na leżący nieco wyżej bulwar, słońce zaczęło chować się za kościołem, dając mi znak, że czas  myśleć o powrocie do Mediolanu. Pozostała mi jeszcze jedna misja do wykonania - degustacja lokalnego specjału, ciasteczek zwanych "camogliesi". Nie będę ukrywać że z natury jestem łakomczuchem, więc staram się unikać  ciastkarni i lodziarni jak przysłowiowego ognia. Moje łakomstwo jest bowiem szczególnego rodzaju -  budzi się jedynie na widok słodyczy. Kiedy zdarza się, że postanawiam kupić sobie coś słodkiego i wchodzę do sklepu, przeżywam prawdziwe męczarnie, na myśl że muszę dokonać wyboru. Nie sposób przecież spróbować wszystkiego, co wygląda zachęcająco i apetycznie. Jednak do tej pory nigdy nie uprawiałam tak tu popularnej turystyki gastronomicznej. We Włoszech większość regionów ma swoje specjały i zazdrośnie strzeżone przepisy, często chronione patentem. O ciasteczkach z Camogli słyszałam niegdyś, lecz uleciało mi to z pamięci. Odświeżyła mi ją koleżanka z pracy, mówiąc że "koniecznie, ale to koniecznie" muszę ich spróbować. W Camogli, przy bulwarze, w prawie każdym budynku jest jakiś sklep lub lokal gastronomiczny. Tu też mieści się sklep firmy "Revello" która zajmuje się wypiekiem sławnych ciastek ( i nie tylko). Sklep jest dość skromny i nie rzuca się w oczy. Kiedy pokonałam  pięć schodków i weszłam do środka, miły sprzedawca przywitał mnie szerokim uśmiechem. Gdy zapytałam o "camogliesi" z dumą wskazał na szklaną gablotkę, gdzie w rządkach, na maleńkich serwetkach z papierowej koronki leżały niewielkie ciasteczka w kształcie kulek. Wyjaśnił mi, że jest ich osiem rodzajów, z czego cztery  są wypełnione kremem. Poprosiłam, aby mi zapakował po jednym z każdego rodzaju. Pan pochwalił moją decyzję, bowiem jak stwierdził, każdy ma inny i niepowtarzalny smak. Sklep jest wyposażony w kilka stolików, przy których można skonsumować zakupione produkty. Wybrałam jeden ze stojących na zewnątrz, aby jeszcze przez chwilę podziwiać zachód słońca. Postanowiłam na początek zadowolić się trzema ciastkami. Faktycznie, musiałam przyznać, że  są nie tylko bardzo dobre, ale  wręcz niezwykłe. To, co przede wszystkim zwraca uwagę, to duża ilość rumu użytego do ich wyrobu. Jego smak góruje wyraźnie nad pozostałymi składnikami. Oprócz tego, każdy rodzaj ma inny składnik "wiodący"- orzech laskowy, gianduia (szczególny rodzaj czekolady), pomarańcza, migdały lub amaretto. JLiguriaak się dowiedziałam  przepis jest  bardzo starannie strzeżoną rodzinną tajemnicą firmy Revello. Firma istnieje  od 1964, a jej właściciel opracował  w 1970 r na własny użytek  przepis na ciasteczka rumowe, które nazwano "camogliesi".Chociaż  znalazł kilku naśladowców którzy próbowali zrobić mu konkurencję, nikomu jak dotąd nie udało się stworzyć równie dobrego produktu. Co ciekawe, mimo że zjadłam je wszystkie ( na dwie raty) to trudno mi o nich powiedzieć coś więcej ponad to, że dosłownie rozpływają się w ustach. Cztery rodzaje mają cienką skorupkę z ciasta nieco podobnego do ptysiowego, wypełnioną smakowitym kremem. Z zewnątrz chyba też pokrywa je krem i czekolada, oraz jakaś tajemnicza i bardzo smakowita posypka. Te bez kremu, to chyba ciasto z bardzo dużą domieszką mielonych migdałów lub orzechów z której to masy utworzono niewielkie kulki "szczypnięte" przed włożeniem do pieca, co nadaje im charakterystyczny, nieregularny kształt. Mimo iż do produkcji nie używa się konserwantów, "camogliesi"  mają długi, bo dwudziestodniowy, okres przydatności do spożycia. Niestety, z wyżej wymienionych powodów nie mogłam znależć oryginalnego przepisu, nawet przepis na "podróbki" jest niedostępny. Poniewczasie żałowałam, że nie wpadłam na pomysł aby zrobić ciasteczkom pamiątkowe  zdjęcie, no ale cóż, stało się !

Camogliesi są doprawdy świetne, ale żeby być do końca szczerą,  muszę wyznać, że  nie zatarły wspomnienia o najwspanialszym ciasteczku mojego życia.

Wiele lat temu, jako młode dziewczę pojechałam z grupką przyjaciół do Budapesztu, który słynie ze wspaniałych kawiarni i cukierni w wiedeńskim stylu. Pamiętam, że weszliśmy do jednej z nich, niedaleko Mostu Małgorzaty, gdzie swoim zwyczajem stanęłam oniemiała przed gablotką z ciastkami, niczym osiołek z bajki, któremu "w żłoby dano". Z bólem serca wybrałam dwa ciastka, rezygnując z innych o równie kuszącym wyglądzie. Pierwsze było, owszem, dobre, ale to drugie! Maleńkie, miało kształt naparstka i było niewiele większe, całe pokryte jasno - różowym lukrem. Włożyłam je do ust i zamarłam. Pod lukrem był delikatny, nasączony ponczem biszkopt, wypełniony cudownym w smaku kremem z odrobiną kwaskowatej marmolady, a całość tworzyła niespotykaną harmonię smaków. To był po prostu "wielki odlot"! Od tamtej pory minęło ponad trzydzieści lat, lecz ja wciąż pamiętam smak ciasteczka "Mignon". Wyznam też, że mimo iż Budapeszt zawsze był dla mnie miastem "do zakochania" to głównym powodem dla którego chętnie bym go odwiedziła ponownie, jest myśl, iż być może, cukiernia przy Moście Małgorzaty nadal serwuje te maleńkie cuda, o wdzięcznej i pieszczotliwej nazwie.

 Jeśli też macie takie smakowite wspomnienia, to bardzo proszę, napiszcie o tym w komentarzach!

Więcej zdjęć > https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/CamogliII#

czwartek, 24 marca 2011, sukienka_w_kropki

Polecane wpisy

Komentarze
2011/03/24 22:22:25
Dziś obejrzałam jedynie zdjęcia. Poczytam jutro! Pozdrawiam. :)
-
2011/03/24 23:32:37
Jeśli chodzi o smakowite wspomnienia, to przypomina mi się Francja i zamiłowanie francuzów do serów. Sery na śniadanie, na obiad ziemniaki zapiekane z serem, na kolację lazania. Przekąski również serowe. Dopóki tam nie pojechałem to nie mialem pojecia o tym, że sery są we Francji tak popularne. Mówiąc ser mialem na myśli Włochy i słynny parmezan. W tych restauracjach, gdzie byl szwedzki stół do wyboru było kilka gatunków sera. Wtedy też pierwszy raz jadlem ser pleśniowy, bo przyznam , że w domu zadowalam sie jedynie goudą lub edamskim. Ser bardzo lubię, więc podczas krótkiego pobytu w Saint Dizier bylem pod tym wzgledem w siódmym niebie :) Z resztą sama Francja też jest bardzo ciekawym krajem. Fajnie by było gdyby w Polsce też był taki wybór serów w każdym sklepie.
-
2011/03/24 23:34:08
ajajaj, "Francuzów" z dużej litery oczywiście :)))
-
2011/03/25 07:20:19
Włosi chyba kochają się w słodyczach. Czasem dostaję od synowej pierniczki z kawałkami czekolady i orzechami lub migdałami. Są bardzo twarde i pewnie dlatego poleca się jeść je namoczone w kawie, ale mnie tak smakowały, że żal by mi było zmienić smak dla zmiękczenia pierniczka. Są świetne! :)
A kamienie? Rozmarzyłam się... Czasem zbieram. Mają w sobie duszę- wszystkie. Każdy! :)
-
ikroopka
2011/03/25 17:03:21
Pięknie piszesz i tak przekonująco, że aż poczułam smak tych ciasteczek!Jestem podobnym typem łakomczucha - jak zobaczę, nie umiem sie opanowac, więc staram się nie widzieć;)
Ale i tak największe wrażenie zrobiły na mnie kolory na zdjęciach - uwielbiam takie żółcie, pomarańcze, cienie - idę oglądać resztę!
-
2011/03/26 06:59:35
I- kroopka, cieszę się że jest, ktoś kto mnie rozumie !
-
2011/03/28 02:28:06
w Budapeszcie przegapilam cukiernie, ale nauczylam sie jesc zolty ser z dzemem, a jesli chodzi o slodkosci to mam dwa wspomnienia - z nostalgia wspominam cukiernie na rogu ulicy z dziecinstwa - napoleonki i takie z truskawkami w galaretce i piekarnie w Kopenhadze na Amager z najlepszymi "Sarah Bernhardt" ciastkami; mam przepis, ale nie chce psuc sobie wspomnien wiec nigdy sama nie pieklam. Tutaj gdzie mieszkam nic mi nie smakuje, a wydawaloby sie, ze ciasteczko za ponad 5 dolarow powinno byc dobre :)
-
Gość: węgierka, *.toya.net.pl
2012/07/19 19:02:48
Mignon to moje ulubione ciastko :) Kiedyś w każdej cukierni na Węgrzech były mignony. Obecnie już się niektórym przejadły, ale oczywiście w dalszym ciągu można je kupić w większości cukierni a nawet marketach. Oczywiście mignon mignonowi nie jest równy i te z marketu często nie są tak dobre :p
Najlepsze Blogi

Pisz swój dziennik w Internecie