Zawsze pasjonowało mnie odkrywanie świata, później narodziła się moja pasja fotograficzna. Przez wiele lat mieszkałam i pracowałam we Włoszech. Ich efektem jest nie tylko mnóstwo wspomnień tego co widziałam, lecz także kilka tysięcy zdjęć w komputerze. Moje wędrówki były odległe od najczęściej uczęszczanych szlaków, niemniej widziałam miejsca i rzeczy warte upamiętnienia. Dlatego też, postanowiłam na łamach tego bloga podzielić się moimi włoskimi impresjami. Co do innych zainteresowań - lubię malarstwo, literaturę i dobrą muzykę, niezależnie od gatunku.
Kategorie: Wszystkie | pamiętnik | turystyczny
RSS

turystyczny

środa, 25 kwietnia 2012

Wczoraj na moim blogu Ikroopka zostawiła mi komentarz w którym zachęca mnie do przenosin na Bloggera. Tak się złożyło, że był to moment w którym jej słowo stało się faktem, gdyż właśnie poprzedniego wieczora aktywowałam mój nowy, choć jednocześnie stary blog na Bloggerze. Nowy, bo w nowej szacie i na innym portalu, stary, bo tytuł pozostaje ten sam no i tematyka również pozostaje niezmieniona. Ponieważ mój dorobek nie jest oszałamiającej wielkości, postanowiłam sukcesywnie przenosić tamże stare wpisy, przy okazji szlifując je co nieco (co im z pewnością wyjdzie na dobre) gdyż jak już wspominałam kilkakrotnie, początki blogowania  były dla mnie bardzo trudne ze względu na problemy językowe będące skutkiem dziesięcioletniego pobytu we Włoszech i znikomego (w tym czasie) kontaktu z polszczyzną. Prawdę powiedziawszy, od dość dawna nosiłam się z tym zamiarem z powodu problemów które sprawiły, że pomału zaczęłam tracić ochotę na pisanie czegokolwiek. Nie tylko z przykrością zauważyłam że gwałtownie pogorszyła się jakość zdjęć które zamieściłam kilka miesięcy temu (niektóre stały się wprost nie do poznania) lecz również zamieszczając nowe napotykałam schody nie do przebycia, gdyż w większości przypadków zamiast fotki ukazywał się komunikat błąd wejscia/wyjścia. Ponieważ zdjęcia są immanentną częścią mojego bloga, taka sytuacja całkowicie odebrała sens temu, co robiłam dotychczas. Mimo iż pisałam w tej sprawie do Agory, sytuacja  nie zmieniła się na lepsze i pozostało mi jedynie pójść z radą Ikroopki. Tym, co mnie powstrzymywało do tej pory, była niewątpliwa przyjemność kontaktu z innymi blogerami którzy piszą na Bloxie. Jest tu wiele osób które odwiedzałam i vice versa. Te odwiedziny i komentarze zostawiane mi przez czytelników zawsze były dla mnie dowodem na to, że moje wpisy nie tylko pokazują im kawałek świata którego oglądanie było moim udziałem, lecz są też świadectwem, iż moje emigracyjne wspomnienia mogą być dla innych okazją do przemyśleń i zadania sobie kilku pytań: co dobrego i pięknego jest w ich życiu, co by oddali bez żalu a z czego nie zrezygnują za żadną cenę. Pisanie tego bloga jest dla mnie nie tylko opisem miejsc i doświadczeń z dziesieciu lat mojego życia i tego co było w nim piękne, choć być może było w tym również wiele ziarenek goryczy. To także sposób na życie po powrocie do domu, próba utrwalenia i usystematyzowania przeszłości oraz swego rodzaju gimnastyka dla umysłu i oswajanie języka polskiego poprzez ciągłe poszukiwania słów które celnie wyraziłyby moje myśli.

 Na zakończenie chciałabym podziękować tym wszystkim, którzy mi towarzyszyli przez te dwa lata i zaprosić do odwiedzin pod adresem

 http://sukienkawkropki.blogspot.com/

gdzie znajdą niektóre z moich pierwszych (być może im nieznanych lub zapomnianych) wpisów a także nowe, które zamierzam napisać w najbliższym czasie.

11:51, sukienka_w_kropki , turystyczny
Link Komentarze (11) »
niedziela, 08 kwietnia 2012

wiosna 

 Tytuł tego wpisu to dzwięczne włoskie przysłowie, które w dosłownym tłumaczeniu brzmi:"Boże Narodzenie spędzaj z rodziną a Wielkanoc z kim chcesz!" Słyszałam je wielokrotnie, bo Włosi, przynajmniej na północy, powtarzają je często i chętnie. Tak też jest przyjęte -  Boże Narodzenie spędza się w domu, natomiast podczas świąt Wielkiej Nocy wiele osób wyjeżdża  z przyjaciółmi na pierwsze wiosenne wycieczki, choć oczywiście robi się też wspólne, rodzinne wypady. Wiosna, która w Lombardii zaczyna się przynajmniej miesiąc wcześniej niż w Polsce, pod koniec marca zaczyna rozpieszczać ludzi promieniami słońca, kwitnącymi magnoliami i glicyniami, oraz pierwszą delikatną zielenią. Jeśli Święta wypadają nieco później, w kwietniu, jest oczywiście jeszcze cieplej i bardziej zielono a wtedy naprawdę trudno się oprzeć chęci wyjścia z domu na "łono natury". Oczywiście, osoby wierzące uczestniczą w kościelnych uroczystościach, choć mam wrażenie że przyklada się do tego coraz mniejszą wagę, przynajmniej na północy kraju. W Niedzielę Palmową obowiązkowo należy przynieść do domu poświęcone gałązki oliwne, które tu spełniają rolę naszych kolorowych, bogato przystrojonych palm. W tym dniu we wszystkich kościołach  leżą stosy świeżo ściętych gałęzi oliwki, można też kupić malutkie gałązki związane czerwoną wstążeczką, w celofanowym woreczku. Te gałązki nie tylko przynosi się do domu, lecz również ofiarowuje   przyjaciołom, krewnym i znajomym. Podczas mojej pracy w Domu Opieki niejednokrotnie rodziny prowerzyściacjentów lub oni sami, wręczali mi z okazji Świąt malutkie paczuszki z taką gałązką i jakimś drobiazgiem, często własnoręcznie wykonanym. W ten też sposób weszłam między innymi w posiadanie kilku koronkowych serwetek robionych na szydełku lub klockach, które są dla mnie jednymi z najmilszych pamiątek. W przeciwieństwie do Polaków dla których znaczna część tradycji to uciechy stołu, Włosi mają w tym względzie obyczaje nieco skromniejsze. Jednak w każdym domu musi znaleźć się tradycyjne ciasto zwane "la colomba" czyli "gołąbka". Jest to rodzaj lukrowanej drożdżowej babki z migdałami, upieczonej w formie która faktycznie nieco przypomina sylwetkę gołębia w locie, choć mnie się kojarzy raczej ze zdeformowanym, równoramiennym krzyżem. Z tym ciastem wiąże się legenda w której jest mowa o mojej ulubionej królowej Teodolindzie, władczyni Longobardów. Podobno w VII wieku na dwór królewski w Pawii przybyli irlandcy mnisi, pod przewodnictwem św. Colombana. Ponieważ był to okres Wielkiego Postu, zgorszyli się oni królewskim stołem, który uginał się od pieczonego mięsa. Zakonnicy nie chcieli jeść, więc Colomban pobłogosławił potrawy i wtedy ku powszechnemu zaskoczeniu pieczone mięso zamieniło się w biały chleb. Tę legendę wykorzystała firma Motta i w 1900 roku zaczęła wypiekać wielkanocne babki w kształcie gołąbka, nawiązując nie tylko do imienia świętego lecz również do tradycji która każe go przedstawiać z białą gołębicą siedzącą na ramieniu. Dziś tymi wypiekami trudni się wiele dużych firm i małych prywatnych piekarni, gdyż na żadnym włoskim stole nie może zabraknąć "la colomby". Inną "słodką tradycją" są czekoladowe jajka z niespodzianką. Są to nie tylko małe jajeczka ale również ogromne, nieraz nawet półmetrowe jaja, bogato przystrojone. Wewnątrz można znależć różne cuda: zabawki,  słodycze a nawet apaszkę lub krawat, gdyż w sklepach są jajka dla panów, dla pań, dla dzieci a także dla całej rodziny. Idąc z wielkanocną wizytą obowiązkowo należy coś ofiarować gospodarzom, więc po świętach w domach piętrzą się "gołąbki" i czekoladowe jaja. Małym dzieciom wmawia się że prezenty przynosi wielkanocny zajączek a w sklepach podobnie jak u nas, w tym okresie pełno jest świątecznych dekoracji z wizerunkami zająca, baranka i kury na jajkach a także kolorowych sztucznych jajek, choć nie ma tu tradycji malowania jaj  w domu, tak jak to się robi w Polsce. W związku ze Świętami jest tu jeden obyczaj, który wiele osób uważa za barbarzyński. Chodzi o zabijanie malutkich baranków (rzadziej kobaranekźląt) na wielkanocną pieczeń. Z tym zwyczajem walczą różne stowarzyszenia na rzecz zwierząt, rownież telewizja piętnuje tę świąteczną hekatombę. Mam wrażenie, że powoli przynosi to pozytywne rezultaty i być może kiedyś  powszechna rzeź baranków  odejdzie w zapomnienie. W tym kontekście najsympatyczniejszy i chyba najzdrowszy zwyczaj, to wspólne wycieczki. Wiele osób idzie w góry, organizuje się też rajdy rowerowe i motocyklowe. Wygodniccy wsiadają do samochodu aby jechać do niejednokrotnie dość odległych, malowniczych miejscowości, gdzie można miło spędzić dzień i zjeść posiłek w restauracji lub wiejskiej oberży. Pod koniec marca na lombardzkich jeziorach zwiększa się ilość kursujących statków, które w okresie wielkanocnym cieszą się dużym powodzeniem. Biura podróży również nie próżnują i oferują interesujące pakiety zarówno dla miłośników aktywnego uprawiania sportu jak i amatorów historii ( kilkudniowe wypady do Rzymu, Florencji czy Wenecji, a także innych, pięknych miast pełnych skarbów sztuki ). Nie brakuje też prozozycji dla pospolitych leniuchów którzy po prostu chcą "zmienić powietrze". Jeśli chodzi o mnie, święta najczęściej spędzałam w pracy, choć zdarzyło mi się parokrotnie  że miałam dzień wolny i również mogłam "wyskoczyć w plener". W te wczenowiosenne dni szczególnie lubiłam wypady do Valle d'Intelvi. Jest to  piękna okolica pomiędzy jeziorami Como i Lugano, leżąca na dość znacznej wysokości, gdzie można podziwiać zieleniejące szczyty gór i doliny porośnięte kwitnącymi tarninami. Lubiłam te dni kiedy w powietrzu jeszcze ostrym po zimie, wilgotnym od niedawno stopniałego śniegu, wiatr przynosił mi delikatny zapach świeżo rozkwitłych drzew i krzewów. Wędrując po górach często spotykałam stada owiec, wśród których były matki z małymi. Zawsze miałam do nich wielki sentyment z uwagi na moją córkę Martę, która urodziła się w znaku Barana, toteż nie ominęłam żadnej z okazji aby im zrobić mniej lub bardziej udane zdjęcie. Muszę przyznać że są to zwierzęta  spokojne, ładnie "pozują" i raczej nie uciekają sprzed obiektywu. Moją drugą pasją było fotografowanie Baranka Eucharystycznego którego interesujące wizerunki napotykałam w tutejszych kościołach. A nawiasem mówiąc, jednym z najczęstszych pytań które mi zadawano, to czy Polacy są prawosławni, czy faktycznie używamy tego samego kaledarza co Włosi i kiedy obchodzimy ważniejsze koscielne  święta...

 baranek

 

 

Na zakończenie chciałabym życzyć Wszystkim odwiedzającym zdrowych i wesołych  Świąt!

 
 
 
 
Po długich męczarniach udało mi się zamieścić zdjęcia a do tego w międzyczasie zniknęła mi większość posta ( który odzyskałam, bo był zapisany w Wordzie). To chyba wielkanocny prezent od bloxa, bo na primaaprilis to raczej za późno!?

 


17:11, sukienka_w_kropki , turystyczny
Link Komentarze (18) »
niedziela, 11 marca 2012

Isole Borromee

 

Niedawno pisałam o ogrodowo - pałacowych wspaniałościach na Isola Bella, więc teraz dla kontrastu, chciałabym zaprezentować drugą z Wysp Boromejskich, o zupełnie odmiennym nastroju. Prawdę mówiąc, gdybym miała wybierać pomiędzy nimi byłabym w niemałym kłopocie. Nie sposób bowiem przejść obojętnie obok niewątpliwych wdzięków ukwieconych tarasów Pięknej Isola dei PescatoriWyspy która z całą pewnością zasługuje na swoją nazwę, jednak mimo to, mojemu sercu chyba jest bliższy skromny urok  wioski na Wyspie Rybaków. Kiedy po raz pierwszy wybrałam się w rejs po Lago Maggiore oczarował mnie widok tej długiej i wąskiej wysepki z kolorowymi domkami nad którymi góruje szpiczasta wieża  kościółka. Wysepka ta nosi nazwę Isola Superiore lub dei Pescatori, jest bardzo wąska, gdyż liczy sobie zaledwie 100 m szerokości, przy 350 m długości. Wioska leży na małym garbie w jej południowej części, natomiast w niżej położonej części północnej jest aleja wysadzona drzewami, skąd roztacza się piękny widok na trzecią z wysp, Isola Madre, oraz miasteczka na piemonckim brzegu: Baveno i Pallanza. Leżą one u podnóża gór gdzie w niedalekiej miejscowości Candoglia znajdują się sławne kamieniołomy biało -różowego marmuru Isola dei Pescatori z którego zbudowano  mediolańską katedrę. "Fabbrica di Duomo" dzięki wspaniałomyślności książąt Viscontich otrzymała wyłączność na jego wydobycie, a stąd marmur spławiano poprzez jezioro, rzekę Ticino i system kanałów, aż do Mediolanu. Również nieopodal Baveno zwracają uwagę widoczne z daleka  białe ściany marmurowego wyrobiska. Rybacka wioska na wyspie jest naprawdę maleńka, tworzy ją nabrzeże z niewielką przystanią i  jedna uliczka. Wąskie zaułki pomiędzy domostwami  łączą schodki i przejścia w kształcie  bram. Większość  domków które pomalowano na żywe kolory ma charakterystyczne balkony  służące rybakom do suszenia ryb. Część mieszkańców wyspy nadal trudni się połowem, o czym świadczy  spora ilość rybackich łodzi zacumowanych przy nabrzeżu oraz suszące się sieci, a bary i knajpki         ( naprawdę liczne na tym tak małym skrawku lądu) podają świeżą rybę jako specjalność kuchni. Podobnie jak na Isola Bella nigdy nie brakuje tu zwiedzających, którzy przypływają statkami  niestrudzenie kursującymi pomiędzy wyspami i stałym lądem. W związku z tym, w sezonie letnim wyspa żyje przede wszystkim  z turystów,  czyli z gastronomii, wynajmowania pokoi i sprzedaży pamiątek. Są tu małe stylowe bary i restauracyjki ze ślicznymi ogródkami, gdzie stoliki stoją pod kaskadami kwitnących glicynii i jaśminów. Na nabrzeżu jest też kilka straganów więc można tu nabyć gustowne pamiątki:  kosze, torby iIsola dei Pescatori kapelusze wyplatane ze słomki, haftowane serwetki, oraz piękną ceramikę. Niestety, nie brakuje też typowo jarmarcznych produktów a nawet weneckich masek (o zgrozo!) Made in China. W samym centrum wioski jest malutki, gotycko - renesansowy kościółek pod wezwaniem San Vittore, patrona wyspy. Ma on bardzo bogatą przeszłość, gdyż został dobudowany do romańskiej kaplicy z której do naszych czasów zachowała się niewielka apsyda. Kościółek nie jest okazały,  ale znalazłam tam wspaniały fresk przedstawiający świętą Agatę. Niestety, żadne źródła nie podają kto jest  autorem tego malowidła, którego powstanie datuje się na XVI wiek. Mnie oczarowały jego delikatne kolory i pełna wdzięku postać świętej, którą malarz przedstawił z atrybutami jej męczeństwa -  gałązką palmy i tacą na której leżą jej odcięte piersi. Z parafią San Vittore jest związana ciekawa tradycja - otóż 15 sierpniaIsola dei Pescatori odbywa się tu  procesja na łódkach, podczas której obwozi się figurę świętego patrona wokół wyspy. Niestety, z racji mojej pracy nigdy nie udało mi się zobaczyć tej uroczystości, czego bardzo żałuję. Za kościółkiem leży mały cmentarzyk, na którym od wieków grzebani są mieszkańcy wyspy. Usytuowano go pomiędzy budynkami mieszkalnymi a na otaczających go murach jest małe lapidarium, gdzie można obejrzeć płyty ocalałe z nieistniejących już nagrobków. Społeczność wyspy jest nieliczna, stanowi ją zaledwie pięćdziesięciu mieszkańców. Na wyspie żyje też sporo kotów, które na ogół zupełnie nie reagują na przybyszów i bez skrępowania  okupują miejsca na ławkach, czemu trudno się dziwić, bo w końcu są u siebie... Na Wyspie Rybaków byłam kilkakrotnie gdyż bardzo polubiłam to nastrojowe miejsce, wąskie zaułki z drewnianymi balkonami i przepiękne widoki które się przede mną roztaczały kiedy stałam na skraju wody. W ciągu kilkunastu minut można bez pospiechu okrążyć całą wysepkę, a przy okazji nacieszyć oczy widokami zarówno  piemonckiego jak i lombardzkiego brzegu jeziora. Po lombardzkiej stronie widzimy skalną ścianę z klasztorem świętej Katarzyny  i miasto Laveno, z górującym Isola dei Pescatori ponad nim zielonym wzniesieniem Sasso di Ferro. Bardziej w prawo, jezioro, które ciągnie się daleko, daleko, w stronę szwajcarskiego Locarno. Na piemonckim brzegu znajduje się łańcuch dość wysokich gór które tworzą malownicze tło dla kolorowych miasteczek. Nieopodal,  na północy, leży  Isola Madre, największa z Wysp Boromejskich, gdzie pośród bujnej roślinności widać czerwony dach willi, zaś na wprost południowego cypla znajduje się Isola Bella  z dużą bryłą pałacu, który stąd  można podziwiać w całej okazałości. Podczas jednej z moich wycieczek zdarzyło się, że gwałtownie zmieniła się pogoda i zaczął wiać bardzo silny wiatr. Był to niesamowity widok, kiedy w ciągu kilku chwil niebo się zachmurzyło zmieniając kolor na szaro-granatowy a na niewielką plażę zaczęły wybiegać coraz większe fale. Turyści dotąd spokojnie odpoczywający pod drzewami,Isola Pescatori umknęli pomiędzy zabudowania w obawie przed nadchodzącą burzą. Na tle ciemnego nieba rysowały się jeszcze ciemniejsze góry, co wyglądało niczym sceneria z romansu grozy. Zdawać by się  mogło że za chwilę spadnie ulewa lub zaczną bić pioruny, jednak na szczęście nic takiego się nie stało, wkrótce niebo wypogodziło się ponownie i wróciło słońce.  Po tym doświadczeniu inaczej spojrzałam  na ten skrawek lądu i problemy jego  stałych mieszkańców  żyjących tu przez cały rok, również kiedy kończy się sezon turystyczny i  nadchodzą jesienno - zimowe słoty. Podobno w tym czasie zdarza się że woda podnosi się do tego stopnia, iż kompletnie zalewa brzegi wyspy i jej północną część. W związku tym od wieków pozostają one niezabudowane a nieliczne domki znajdują się jedynie na niewielkim wzniesieniu w części południowej. Jednak od wiosny do jesieni to piękne miejsce przyciąga wiele osób które chcą tu za niewielkie pieniądze zjeść smaczny obiad lub nastrojową kolację, słyszałam też, że wielu nowożeńców wybiera wyspę z jej niepowtarzalną, romantyczną scenerią na miejsce swojego przyjęcia weselnego.

Jak zwykle wszystkich chętnych zapraszam do obejrzenia albumu na Picasie pod linkiem>

https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/IsolaDeiPescatori

niedziela, 26 lutego 2012

 Do napisania tego wpisu (który zapewne pojawiłby się i tak, prędzej czy później) natchnęła mnie przedłużająca się zima i Ikroopka, której chciałabym go  zadedykować. Również za to, że wędrując, niestrudzenie pokazuje nam nasze ojczyste, polskie uroki. 

Bellagio

                                                                                                                                           Wielokrotnie pisałam o urokach jeziora Como, które uważa się za jedno z najpiękniejszych miejsc w Europie, a nawet na świecie. Ja również podzielam tę opinię i w ciągu mojego wieloletniego pobytu we Włoszech było ono dla mnie częstym celem  wypraw, gdyż oferowało mi wiele możliwości spędzenia wolnego czasu w zależności od nastroju czy kondycji. Miałam tu do wyboru "leniwe" wycieczki statkiem, górskie wspinaczkiBellagio lub zwiedzanie niewielkich, lecz pełnych wdzięku miejscowości leżących na jego brzegach. W małych miasteczkach jakie powstawały tu na przestrzeni wieków oprócz historycznych i zupełnie współczesnych willi, można znaleźć domki liczące sobie nawet kilkaset lat i liczne romańskie kościoły. Ta piękna okolica od dawna cieszyła się wielką popularnością wśród mediolańskiej arystokracji, która budowała tu swoje letnie siedziby. Czas i historia obeszły się z nimi łaskawie, więc nadal możemy podziwiać większość z nich. Pisałam już o willi Carlotta i wili Balbianello, teraz przyszła kolej na willę Melzi w Bellagio. Bellagio to prześliczne miasteczko, bardzo popularne miejsce wypoczynku, często odwiedzane przez turystów. Od wiosny do jesieni łatwiej tu usłyszeć język angielski, francuski czy niemiecki, niż włoski.  Nie jest to żadne novum, również kilkaset lat temu  w epoce oświecenia a zwłaszcza romantyzmu,  w te strony przybywali  ludzie z całej Europy. Wielu artystów szukało tu natchnienia, że wymienię tylko tych najsławniejszych: Stendhal, Manzoni, Shelley, Byron, Bellini, Liszt, Rossini i Verdi. Ci wybitni ludzie najczęściej byli gośćmi w okolicznych willach, fetowani i zapraszani przez osoby z "towarzystwa” Bellagioaspirujące do roli mecenasów sztuki. Faktem jest, że wielu członków tutejszej  arystokracji rzeczywiście weszło do historii właśnie dzięki swemu zainteresowaniu dla sztuk pięknych, które zaowocowało powstaniem wspaniałych siedzib gdzie do dziś można podziwiać nie tylko ich architekturę, lecz także przepiękne freski, mozaiki, rzeźby i obrazy, że nie wspomnę o artystycznie wykonanych meblach czy stiukach.

Willa Melzi powstała w pierwszych latach XIX wieku, na zamówienie Francesco Melzi d'Eril - człowieka który zrobił ogromną karierę przy boku Napoleona, został bowiem mianowany przez niego księciem Lodi a przede wszystkim pełnił rolę vice - prezydenta Republiki Cisalpińskiej, której prezydentem był sam Bonaparte. Francesco Melzi był nie tylko zręcznym politykiem, lecz przede wszystkim człowiekiem o ogromnej kulturze, toteż realizację projektu swojej przyszłej siedziby powierzył najlepszym z najlepszych. Jego wolą było aby powstała willa skromna, lecz o doskonałych proporcjach i pięknie wykończonych detalach. Dość powiedzieć, że są tu dzieła takich rzeźbiarzy jak Canova i Comolli a obrazy  malowali  Appiani i Bossi.Willa Melzi Ogród otaczający willę został zaprojektowany i wykonany przez dwóch Ludwików: Canonica i Villoresi, którzy pracowali również dla Eugeniusza Beunarchais przy realizacji parku w Monzie. Tu jednak (w przeciwieństwie do Monzy)  założenie parkowe pozostało w zasadzie niezmienione i nadal zachwyca swoim pięknem, podobnie jak dwieście lat temu. Willa w dalszym ciągu jest w rękach prywatnych, mieszka tu jej obecna właścicielka, księżna Gllarati Scotti i w związku z tym, nie jest udostępniana publiczności. Po wykupieniu biletu wstępu można natomiast zwiedzać ogrody oraz niewielkie muzeum w dawnej oranżerii i świątyńkę w klasycystycznym stylu, gdzie znajdują się grobowce  rodzin Melzi i Gallarati Scotti. Ostatni męski potomek Francesca Melzi, jego wnuk Ludovico, nie mając syna zapisał willę jednej z córek (zamężną Gallarati Scotti) a po jej śmierci willa w drodze spadku przeszła w posiadanie rodziny jej męża. 

Jak już pisałam, miałam niewątpliwą satysfakcję oglądania wielu pięknych willi i wspaniałych ogrodów, które pozostawiły w mojej pamięci niezatarte wrażenie gdyż każdy z nich ma swoje uroki i zalety, sprawiające, że jest jedyny i niepowtarzalny. Jednak Willa Melzi wraz ze swym parkiem, jest dla mnie bez wątpienia "numerem jeden". Być może nie jestem obiektywna, gdyż to Willa Melziwłaśnie te ogrody dały mi po raz pierwszy okazję do podziwiania tego aspektu włoskiej
kultury. Pamiętam dzień kiedy po raz pierwszy wyruszyłam na samodzielną wycieczkę do Como i po pobieżnym obejrzeniu miasta, wsiadłam na statek do Bellagio. W moich poprzednich postach niejednokrotnie wspominałam to pierwsze wrażenie,  kiedy z wysokości górnego pokładu mogłam oglądać  widok który sprawił, iż wpadłam w swego rodzaju trans i pragnęłam, aby ta podróż trwała bez końca. Kiedy zbliżyliśmy się do Bellagio, mimo iż byłam tu po raz pierwszy, okolica wydała mi się znajoma. Dopiero po chwili zorientowałam się, że w jednej z książek widziałam kiedyś litografię przedstawiającą to miejsce. Bez wątpienia był to ten sam pejzaż, również miasteczko nie zmieniło się zbytnio. Na brzegu, nieopodal przystani, zobaczyłam białą willę na tle zielonego willa Melziwzgórza na którym rosły pinie w kształcie parasoli. Nieco niżej widziałam kwitnące azalie, smukłe cyprysy i platany, które dopiero zaczynały się zielenić. Kiedy wysiadłam ze statku, powędrowałam aleją wśród kwitnących oleandrów w stronę willi. Ta pierwsza wizyta pozostawiła mi uczucie niedosytu, gdyż miałam zbyt mało czasu aby dokładnie obejrzeć  cały ogród. Później byłam tam jeszcze kilkakrotnie, lecz dopiero podczas ostatniej  bytności nadarzyła mi się okazja do zrobienia zdjęć, które choć w przybliżeniu oddają obraz, jaki mogłam oglądać. Niestety, pogoda w Lombardii rzadko sprzyja fotografom - amatorom. W ciepłe i słoneczne dni w powietrzu unosi się wilgotny opar, który rozprasza światło, i sprawia, że zdjęcia wyglądają na zamglone a drugi plan często ginie zupełnie. Najlepsze warunki do fotografowania są po burzy lub kiedy wieją silne wiatry, co z reguły ma miejsce wczesną wiosną i na jesieni. W ubiegłym roku postanowiłam że wybiorę się tam specjalnie w tym celu. Tym razem wszystko poszło po mojej myśli, powietrze było kryształowowilla Melzi czyste a kolory kwiatów w promieniach słońca wyglądały wspaniale. Żałowałam  jedynie że  minął już okres kwitnienia azalii, które zawsze dają spektakl wprost niezapomniany. Chodząc po parku i podziwiając jego zakątki, miałam przed oczami drugi brzeg jeziora. Mogłam dostrzec Griante z kościółkiem San Martino przyczepionym do skały gdzie byłam chyba dwa lata temu, i willę "Carlotta" (pisałam kiedyś o  tych miejscach, jeśli ktoś nie czytał, zapraszam). Właściciel tej ostatniej, Gian Battista Sommariva, ostro rywalizował ze swoim sąsiadem z drugiego brzegu jeziora, zarówno na polu polityki jak i kultury. Obydwaj prześcigali się nie tylko w walce o wpływy, lecz również w ozdabianiu swoich siedzib i zbieraniu dzieł sztuki. W istocie, mając ciągle przed oczami domostwo przeciwnika,  obu panom chyba było trudno zapomnieć o rywalizacji! Jednak mimo iż Sommariva zgromadził naprawdę imponujacą kolekcję, ja w głębi ducha dałabym palmę pierwszeństwa Francesco Melzi, przede wszystkim za niezrównaną elegancję jego siedziby. Natomiast w sprawie parku trudno o porównania, gdyż dzisiejsze ogrody willi Carlotta dzięki zmianom wprowadzonym przez księcia Sachsen - Meiningen  znaczne odbiegają od tych z początku XIX wieku, podczs gdy ogród willi Melzi zachował swoje oryginalne założenie. Jest tu wiele ogromnych, starych drzew, w tym dwa uznane za pomniki przyrody (wiąz kaukaski i cedr libański). Jednym z najpiękniejszych miejsc jest ogród japoński z prześliczną sadzawką, a także altana w mauretańskim stylu, która była ulubionym schronieniem Franciszka Liszta.  Liszt, kiedy wraz ze swą kochanką Marią d'Agout opuścił Paryż, willa Melzischronił się właśnie w Bellagio, tu też  urodziła się ich druga córka, Cosima, przyszła żona Ryszarda Wagnera. Nieopodal altany z której jest przepiękny widok na jezioro, stoi rzeźba przedstawiająca Dantego i Beatrycze.  To właśnie ona natchnęła kompozytora do napisania sonaty poświęconej najsławniejszemu włoskiemu poecie. Z racji bliskich związków Francesca Melzi z Napoleonem, jest tu  wiele oryginalnych pamiątek: między innymi gondola wenecka, którą  umieszczono w parku na życzenie Bonapartego, zaś w Oranżerii można obejrzeć duży zbiór litografii z tej epoki, oraz marmurowe popiersia cesarza i osób z jego otoczenia, a także armaty będące na wyposażeniu ówczesnej armii. To, co mi się najbardziej podoba w tym ogrodzie i sprawia że daję mu pierwsze miejsce na mojej liście, to jego wspaniały układ, doskonale wykorzystujący ukształtowanie terenu i w  niezrównany sposób stapiający go z otaczającym krajobrazem. W przeciwieństwie do ogrodów willi Carlotta gdzie jest mnóstwo zakątków w pewnym sensie "zmkniętych", tu z każdego miejsca willa Melziwidać jezioro i otaczające je góry. Naturalne piękno tego pejzażu jest wspaniałą ramą dla parkowego założenia. Drzewa i krzewy posadzono  na stokach niewielkiego wzniesienia, pojedynczo, lub zgrupowane na tle rozległych, doskonale utrzymanych trawników, schodzących na sam skraj wody. Można tu godzinami spacerować po alejkach biegnących serpentynami wokół willi, przysiąść na jednej z licznych ławek albo wprost na trawie, i napawać oczy tym niezrównanym widokiem. Dobrze  też jest mieć jakiś przysmak w kieszeni, gdyż można wtedy zawrzeć bliższą znajomość z sympatycznymi i ciekawskimi wiewiórkami, których tu nie brakuje.

 Dla zainteresowanych podaję linki do dwóch postów do których nawiązuję  w tym wpisie: o willi "Carlotta" i kościółku San Martino. Te dwa miejsca są dobrze widoczne na wprost willi Melzi, po drugiej stronie jeziora.

http://sukienkawkropki.blox.pl/2010/12/Willa-Carlotta-i-jej-ogrody.html

http://sukienkawkropki.blox.pl/2010/10/Griante-i-kosciol-San-Martino.html

Jak zwykle zapraszam też na Picasę gdzie jest więcej zdjęć>

https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/WillaMelzi

środa, 22 lutego 2012

Lago Maggiore

                                                                                                                                                             Na rozległym obszarze Lago Maggiore nieopodal Stresy, miasta położonego na jego zachodnim, piemonckim brzegu, znajdują się trzy niewielkie wyspy. Od wieków należą do rodziny hrabiów Borromeo, która wydała wiele wybitnych osób: świętego Karola Boromeusza, kilku kardynałów (w tym  Fryderyka, o którym pisałam niedawno w związku z historią Marianny de Leyva) oraz wielu dowódców wojskowych i senatorów.Isola Bella Szczególnie kardynał Federico Borromeo ma ogromne zasługi dla włoskiej kultury, gdyż to  właśnie dzięki niemu powstała w Mediolanie Pinakoteka i Biblioteka Ambrosiana, gdzie znajduje się mnóstwo cennych zbiorów w tym słynny "Kodeks Atlantycki" Leonarda da Vinci. Nazwisko tej rodziny nadal noszą liczne wille, pałace i zamki na terenie Lombardii. Jednak rodzina Borromeo mimo iż od wieków związana z tą ziemią, wywodzi się z Toskanii. W XIV wieku jeden z Boromeuszy przeniósł się do Mediolanu, gdzie dzięki Viscontim i Sforzom on i jego następcy uzyskali znaczne dobra. Dzisiejsi  przedstawiciele rodu, to prężni Isola Bellaprzedsiębiorcy działający również na polu turystyki. Większość ich dawnych siedzib została (w całości lub częściowo) udostępniona publiczności a wpływy z biletów wstępu pozwalają między innymi na należyte utrzymanie tych obiektów, co ze zrozumiałych przyczyn jest ogromnie kosztowne. Jednym z takich „klejnotów w koronie” jest Isola Bella, maleńka wysepka, gdzie wzniesiono duży, piękny pałac, do którego należy jedyny w swoim rodzaju ogród, wspaniały przykład włoskiej architektury ogrodowej epoki baroku. Jeśli na wyspę przypływamy z Verbanii, naszym oczom najpierw Isola Bellaukazuje się właśnie ów pałac zbudowany na jej północno - zachodnim cyplu, natomiast jeśli przybywamy od strony południowej z niedalekiej Stresy, wita nas widok zielonego ogrodu z licznymi obeliskami i posągami. Ogród widziany z tej strony ma kształt  schodkowej piramidy a ponad balustradą  najwyższego z dziesięciu tarasów góruje posąg Amora na jednorożcu. To mityczne zwierzę było bowiem jednym z ulubionych symboli rodu Borromeo a także  elementem ich herbu. W ciągu mojego pobytu we Włoszech byłam kilkakrotnie na wyspie, gdyż  jest to miejsce którego uroda nigdy mi nie spowszedniała.

Dziś, kiedy spacerujemy po tym wspaniałym ogrodzie pełnym zieleni i kwitnących roślin,  trudno uwierzyć że aż do lat trzydziestych XVII wieku, był to po prostu niewielki ( 320x180 metrów), skalisty kawałek gruntu. Ówczesna głowa rodu, hrabia Carlo III Borromeo zlecił, aby na wysepce zbudowano pałac otoczony ogrodem i nadał jej nazwę Isola Isabella, na cześć swojej pięknej żony, Isabelli d'Adda. Prace rozpoczęto w 1632 roku, lecz przerwała je epidemia dżumy. Zostały ukończone dopiero czterdzieści lat później, dzięki staraniom synów hrabiowskiej pary Vitaliana i Gilberta, lecz obecny wygląd wyspa ( a przede wszystkim jej północna część) przybrała dopiero w połowie XX wieku. Isola BellaCzteropiętrowy pałac mimo znacznych rozmiarów z zewnątrz nie przytłacza nadmiarem ozdób, natomiast jego wnętrze świadczy nie tylko o bogactwie rodziny, lecz i o jej bardzo dobrym guście. Kiedy byłam w pałacu po raz pierwszy, jego wnętrza wyglądały na nieco zaniedbane, więc gdy zawitałam tam ponownie w ubiegłym roku, przeżyłam bardzo miłe zaskoczenie, ponieważ zastałam wszystko odświeżone a ściany których nie pokrywają tapety lub obicia, pomalowane na delikatne, pastelowe kolory. Szczególnie pięknie prezentuje się ogromny salon honorowy ze wspaniałymi Isola Bellasztukateriami i wielkimi oknami, przez które można podziwiać panoramę jeziora. Zwiedzającym udostępniono jedynie pomieszczenia reprezentacyjne pałacu które stanowią jego niewielką  część  i tzw. groty, czyli otwarte na jezioro komnaty znajdujące się nieomal na poziomie tafli wody. Są one chłodne i cieniste nawet w czasie największych upałów a ich ściany dokładnie pokrywa mozaika z muszli, masy perłowej i tufu wulkanicznego. W pałacu można podziwiać  cenne flamandzkie arrasy, portrety rodzinne, piękne rzeźby, Isola Bellaobrazy i meble, lecz mnie szczególnie urzekła bogata kolekcja marionetek w ślicznych kostiumach . Od czasu mojej ostatniej wizyty nie tylko uporządkowano ale i bardzo wzbogacono ekspozycję, co jest doprawdy budujące, gdyż widać, że niemałe wpływy z biletów są dobrze spożytkowane. O ile wspaniałości tej siedziby mimo iż faktycznie godne uwagi, mieszczą sie w granicach "pałacowej normy" to ogrody są po prostu bajeczne. W zasadzie to samo można powiedzieć o wszystkich sławnych ogrodach  barokowych i nie tylko, gdyż większość z nich stworzona przez architektów doskonale przygotowanych do tego rodzaju zadań i dysponujących ogromnymi sumami pieniędzy, do dzisiaj zachwyca  roślinnością, posągami, fontannami i kaskadami oraz nieoczekiwanymi perspektywami.  Jak już wspominałam, ogrody  Isola Bella leżą  na dziesięciu tarasach, a najwyższy z nich wznosi się na wysokości trzydziestu siedmiu metrów. Nieco niżej znajduje się tzw. amfiteatr, z przepiękną fontanną w głębi, będącą jednocześnie swego rodzaju dekoracją, gdyż na jej tle często wystawiano przedstawienia teatralne. Po jej obu stronach umieszczono   schody którymi  można wejść na obszerny najwyższy taras, otoczony Isola Bellabalustradą i stanowiący wspaniały punkt widokowy na ogród  oraz jezioro. A widok jest doprawdy oszałamiający! W ciepłym i wilgotnym klimacie   rośliny które rosną na wyspie mają wspaniałe warunki do wegetacji. Oprócz tych typowych dla włoskiej flory, jest tu też wiele delikatnych roslin egzotycznych, które zimę spędzają w szklarni. Tak duży i piękny ogród wymaga wiele pracy, więc nie można  pominąć nieopisanych wprost starań tutejszych ogrodników aby całość utrzymać w należytym porządku. W ogrodzie mieszka Isola Bella liczna rodzina białych pawi, ale podczas mojego ostatniego pobytu nie udało mi się zobaczyć "panów"  z rozłożonymi ogonami, co wiecej, wygladało na to, że biedacy stracili swe najpiękniejsze pióra. W zamian  widziałam "panie pawiowe" z "przychówkiem"-  pisklętami, które mimo młodego wieku szczyciły się maleńką koroną na główce. Oswojone ptaki są przyzwyczajone do obecności ludzi i bez obawy krążą w pobliżu kawiarenki ze stolikami na zewnątrz, gdzie  szukają okruchów pozostawionych przez turystów. Doprawdy trudno mi Isola Bellaopisać wszystkie cudowności tego ogrodu, kwiatowe rabaty, strzyżone szpalery, kaskady pnączy i kilkusetletnie drzewa. Do tego z wyspy jest  niezapomniany widok na zatopione w błękicie jezioro, z łańcuchem gór na północy i zielonymi wzgórzami na lombardzkim brzegu. Kolory, zapachy, i blask słońca, sprawiają, że chciałoby się tu pozostać na zawsze. Kiedy rozpoczyna się sezon turystyczny, statki kursujące po jeziorze przewożą  prawdziwe tłumy ludzi, zarówno do miejscowości na stałym lądzie jak i na trzy wysepki, Isola Bella, Isola Pescatori i Isola Madre. Jak już pisałam, Isola Bella jest niewielka, lecz oprócz pałacowego muzeum i ogrodów, jest tu też obszerny taras przed pałacem i dość długa, zadrzewiona aleja, prowadząca na jej północny cypel. Od strony przystani wznosi się ładny, barokowy kościół, oraz kilka domów, gdzie znajdują się sklepy z pamiątkami, niewielkie galerie,  i małe, przytulne knajpki. W związku z tym  nikt nie narzeka na brak miejsc gdzie  w spokoju, a nawet w samotności, można kontemplować zarówno piękno natury jak i tego wspaniałego dzieła ludzich rąk.

Jeśli kogoś zainteresował opis i chciałby zobaczyć wiecej zdjęć z wyspy, zapraszam do albumu >

https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/IsolaBella

wtorek, 14 lutego 2012

Valle di GressoneyTym razem przeniesiemy się dość daleko od Monzy, ale ponieważ ta historia bezpośrednio nawiązuje do bohaterów poprzedniej opowieści, postanowiłam dokonać tego nieoczekiwanego zwrotu i zaprosić Was do pięknej doliny w Alpach. Ta dolina, to Valle di Grssoney, która ciągnie się pomiędzy górami liczącymi niejednokrotnie ponad 3000 m, aż do podnóża masywu Monte Rosa, wspaniałego czterotysięcznika, którego piękny szczyt  w pogodny dzień jest doskonale widoczny również w północnej części Lombardii. To urzekająca okolica, która  jedynie w niewielkim stopniu nosi  niszczycielskie znamiona ludzkiej działalności. Co prawda jest tu niezbyt szeroka asfaltowa  droga, łącząca wioski zbudowane nad brzegami Lys, malowniczej rzeki która swój początek bierze ze źródła na stoku Monte Rosa, lecz niewielkie miejscowości nadal mają ten sam charakter, coGressoney-Saint Jean wiele lat temu. Nietrudno poddać się urokowi tej okolicy a nawet zakochać się w niej bez pamięci, jak to się przydarzyło   królowej Marghericie di Savoya. Margherita była córką Ferdynanda, księcia Genui, brata panującego króla Wiktora Emanuela II a po matce, pięknej Elżbiecie Saksońskiej, płynęła w niej krew niemiecka. Wcześnie straciła ojca, lecz po jego śmierci wraz z matką i bratem żyła nadal na królewskim dworze w Turynie. Panujący król a jej stryj, mimo bardzo bliskiego pokrewieństwa przeznaczył młodą księżniczkę na żonę dla swego syna, przyszłego króla Umberto I.  Co ciekawe, ponieważ  król był wdowcem a później ożenił się ponownie z kobietą niskiego stanu, Margherita, jako najbliższa krewna pojawiała się u jego boku podczas oficjalnych uroczystości, pełniąc swego rodzaju funkcję "królowej bez korony". O rękę księżniczki starał się też inny dobrze urodzony  pretendent , lecz Margherita która darzyła Włochy ogromną miłością i nie chciała ich opuszczać, zdecydowała, że przyjmie oświadczyny kuzyna. Było to oczywiście małżeństwo z rozsądku, lecz ponieważ młoda para właściwie znała się od dzieciństwa, prawdopodobnie darzyła się też naturalnym w rodzinie przywiązaniem. Mogło to dobrze rokować na przyszłość, gdyby nie niepohamowane zainteresowanie Umberta dla płci pięknej. Można sądzić, że dla Margherity miał raczej braterskie, niż małżeńskie uczucia, choć zapewne nieobce były mu moralne skrupuły w tej mierze. Przejawiało się to jako ciekawy obyczaj obdarowywania jej sznurem pereł po każdym „skoku w bok”, co sprawiło, że dość szybko zaczęto o jego żonie mówić iż posiada największą kolekcję pereł w Europie. Jego niewierność poważnie zachwiała całością małżeństwa z którego w międzyczasie urodził się syn, przyszły król Wiktor Emanuel III. Umberto już w bardzo młodym wieku miał liczne przygody z kobietami, do tego jeszcze przed ślubem nawiązał  romans z piękną księżną Eugenią Bolognini, która była miłością jego życBelvedereia. Pewnego razu zdarzyło się, że Margherita na własne oczy zobaczyła męża w łóżku kochanki (co więcej, starszej od niej o czternaście lat!).  Podobno doszło do dramatycznej sceny zazdrości i groźby definitywnego rozstania, czemu zapobiegł  król Wiktor Emanuel II, przypominając synowej, że nie jest jedynie osobą prywatną i powinna być wierna swojej roli przyszłej władczyni. Jak sądzę, Margerita była  zbyt dumna aby stawać do walki na tym polu i zabiegać o względy niewiernego małżonka. Spełniła swój obowiązek  dając krajowi przyszłego następcę tronu, nadal oczywiście pełniła wszystkie funkcje przepisane protokołem, lecz coraz więcej czasu zaczęła spędzać z daleka od męża. Szczególnie przypadło jej do serca Gressoney, gdzie niegdyś jej ojciec udawał się na polowania, nie tylko z powodu pięknej okolicy, lecz przede wszystkim ze względu na tutejszych mieszkańców o niemieckich korzeniach,  którzy nadal mówili językiem jej matki. Początkowo bywała gościem barona Luigiego Beck Pecozz, również z pochodzenia Niemca. Rodzina Beck Pecozz posiadała tu swoje włości, w tym również willę nazwaną przez barona na cześć władczyni "Margherita"i obszerny domek myśliwski. Po raz pierwszy królowa gościła w willi  1883 roku, później  bywała tam wielokrotnie, aż do roku 1904. Bardzo pokochała te strony, dobrze się też czuła wśród mieszkańców doliny darzących ją ogromną miłością. Są różne domysły na temat jej przyjaźni z baronem,  podejrzewano iż łączy ich romans, lecz królowa była osobą bardzo dyskretną i nigdy nie dała bezpośrednich powodów do obmowy. On również był gentelmanem w każdym calu, zawsze zachowywał doskonałe formy, adorując królową niczym  wierny rycerz, który rości sobie prawo jedynie do służenia swej pani, bez oczekiwania na nagrodę. Ich przyjaźń zakończyła się z chwilą śmierci barona, który umarł na zawał serca podczas wycieczki na lodowiec del Grenz, pomiędzy Gressoney  i Zermatt. JeBelvederego śmierć była dla królowej ogromnym wstrząsem i spowodowała, że zaprzestała ona wycieczek w głąb gór, zadowalając się spacerami w dolinie. Miała do swojej dyspozycji apartament w willi Margherita  i w domku myśliwskim barona, gdzie bywała również po jego śmierci. Umberto zachował się w tej sytuacji z klasą: postanowił, że królowa powinna posiadać tu siedzibę odpowiednią do swej pozycji. Z jego rozkazu rozpoczęto  budowę niewielkiego, lecz bardzo wdzięcznego zameczku, w miejscu zwanym Belvedere. Kamień węgielny położono w 1899 roku a budowę nowej siedziby zakończono już po śmierci króla, w 1904 roku. Zameczek w neogotyckim stylu wzniesiono  na stoku góry, w świerkowym lesie, nieco na uboczu Gressoney- Saint Jean. Z jego okien królowa mogła podziwiać szczyt ukochanej Monte Rosa, gdzie niegdyś wyprawiała się wielokrotnie, również w zimie, w towarzystwie swojego niewielkiego dworu, z nieodłącznym baronem Luigim u boku. Nieopodal szczytu góry zbudowano nawet  schronisko, które na cześć władczyni nazwano „Capanna Margherita”. Kiedy wędrując śladami królowej przyjechałam do Gresoney,  zameczek był otoczony rusztowaniem, ponieważ właśnie remontowano jego elewację. Wokół niego znajduje się piękny leśny park, z ogromnymi świerkami i prześlicznym ogrodem botanicznym o charakterze ogrodu  skalnego. Są tu wspaniałe rośliny alpejskie, które mają się świetnie w swoim naturalnym środowisku.Belvedere Sama budowla sprawia wrażenie zamku z ilustracji w książce z bajkami. Niewielki, trzykondygnacyjny zameczek posiada pięć wież, z których każda jest inna. Można go zwiedzać w małych grupach, w towarzystwie przewodnika. Ja miałam to szczęście że byłam w tym momencie jedyną osobą zwiedzającą, więc przewodnika miałam  na mój wyłączny użytek, co było bardzo korzystne, ponieważ mogłam mu swobodnie zadawać pytania. Był to bardzo kompetentny młody człowiek, wspaniale przygotowany do tej pracy. Zameczek jest zbudowany według bardzo przemyślanego planu i mimo swoich niewielkich rozmiarów  chyba zapewniał królowej nie tylko intymność, ale i wszelki komfort. Jego pierwsza kondygnacja  to salon, jadalnia i obszerna weranda, nad nimi były pokoje królowej i dam a na najwyższej, apartament dla dworzan płci męskiej. Królowa zapewne żyła tu bardzo wygodnie i mogła się cieszyć do woli atmosferą tego domostwa. Zameczek jest bardzo bogato zdobiony, są tu ogromne kominki i wspaniałe boazerie. Drewniane sufity i część ścian pokrywają  malowidła w stylu naśladującym XV wiek,  powtarzają się na nich symbole bliskie sercu  królowej: herb domu Savoya, litera M, węzły marynarskie (aluzja do tytułu jej ojca, który był diukiem Genui) i stylizowana stokrotka. Co ciekawe, zamkowa kuchnia mieściła się nieopodal, w oddzielnym budyneczku, połączonym z głównym korpusem za pomocą podziemnego korytarza a gotowe dania dostarczano do jadalni za pomocą windy. Całość tej budowli którą wykonano z lokalnego kamienia i drewna, jest rzeczywiście bardzo wdzięczna, mimo iż styl panujący w owej epoce w istocie był nieco ciężki. Niestety, z apartamentów zniknęły wszystkie meble, więc trudno sobie wyobrazić jak wyglądały one za życia królowej. W jednym z pomieszczeń można za to zobaczyć piękny portret Margherity w stroju noszonym przez kobiety z doliny. Jest on skromny, lecz bardzo twarzowy: biała koszula i czerwona spódnica z czarnym fartuchem i czarnym aksamitnym gorsetem,  a  uzupełnia go nakrycie głowy w postaci  białego płóciennego czepka. Królowa prezentuje się w nimBelvedere bardzo ładnie, więc nie dziwi mnie, że za życia nosiła go z wielkim  upodobaniem, co oczywiście powodowało  jeszcze większe uwielbienie poddanych. Margheritę trudno dziś nazwać piękną (choć współcześni mieli o jej urodzie wysokie mniemanie) ale można śmiało powiedzieć że była  przystojną  blondynką, słusznego wzrostu mimo  krótkich nóg. Maskowała ten niedostatek nosząc bardzo wysokie koturny, co nadawało jej sylwetce lepsze proporcje. Krótkie nogi odziedziczył po niej syn, lecz u niego była to już widoczna deformacja, powodująca, że jego  wzrost był dużo poniżej średniej. Jednak dzięki temu można  z całą pewnością zaprzeczyć plotce dotyczącej  urodzenia następcy tronu. Mianowicie chodziły słuchy, że przyszła królowa w istocie urodziła córkę, którą w kołysce podmieniono z jakimś chłopaczkiem niewiadomego pochodzenia, aby krajowi  zapewnić sukcesję. Szczerze mówiąc, sądzę, że historia "nie trzyma się kupy”, bo nawet gdyby istotnie pierwszym dzieckiem była córka, to przecież Margherita była bardzo młodą, zdrową kobietą i mogła jeszcze urodzić więcej dzieci, jeśli nie z miłości, to z obowiązku. Jednak niewątpliwe podobieństwo rodzinne i krótkie nogi odziedziczone po matce, mogły świadczyć o pochodzeniu księcia nie gorzej od certyfikatu DNA. Zresztą historia z podmienionym w kołysce dzieckiem, nie jest w tym wypadku jedyną. Podobne pomówienia spotkały samego Wiktora Emanuela II. Ten z kolei, brzydki, niski i dość krępy, był zupełnie niepodobny do swego ojca, mężczyzny pięknego, wysokiego i szczupłego. Budziło to powszechne zdziwienie, do tego stopnia, że zaczęła krążyć plotka, jakoby był on synem pewnego rzeźnika. Podobno swego czasu w pałacu wybuchł pożar, z którego służący cudem uratował małego księcia z narażeniem własnego życia. W tym samym czasie ów rzeźnik ogłosił światu zaginięcie swojego syna. Zaczęto opowiadać iż mały książę w istocie zginął w pożarze a Gressoney-La Triniterzekomy następca tronu naprawdę jest tym zaginionym dzieckiem. Patrząc na dość pospolitą fizys tego władcy i znając jego wprost organiczną niechęć do nauki, można odnieść wrażenie że coś w tym jest, gdyby nie fakt, iż jego prawnuk Umberto II, był właśnie wysokim i przystojnym blondynem, uderzająco podobnym do pra-pra dziadka, co mogłoby świadczyć o tym, że odezwały się w nim geny przodków. Niezależnie od tych dynastycznych problemów rodziny Savoya, królowa Margherita z całą pewnością była kobietą nieprzeciętną. Bardzo lubiana i szanowana przez poddanych, zapisała się na trwałe w pamięci Włochów z wielu powodów, w tym również poprzez narodowe danie jakim jest pizza Margherita, nazwana tak właśnie na jej cześć. 

Kiedy przyjechałam do Gressoney, okazało się, że  w przciwieństwie do Lombardii (gdzie był ładny słoneczny dzień) pogoda jest "w kratkę" Padał przelotny deszcz a chmury przesłaniały szczyty gór. Byłam bardzo zawiedziona, tym bardziej, że prognoza meteo dla tego regionu również była pomyślna. Nie tylko zmarzłam mimo ciepłej bluzy, również część zdjęć które wtedy zrobiłam, z powodu mżawki nie wyszła najlepiej. Niestety, wewnątrz zamku jest absolutny zakaz fotografowania...a szkoda!

sobota, 11 lutego 2012

Monza

Wjeżdżając do Monzy od zachodu, mijamy wlot szerokiej, pięknej, dwupasmowej alei wysadzonej okazałymi drzewami. Aleja jest bardzo długa, więc budowla wzniesiona na jej drugim końcu zaledwie majaczy w głębi. To jeden z największych a niegdyś i najświetniejszych pałaców w Lombardii, czyli Villa Reale (chciałabym tu zaznaczyć, iż nazwa willa w języku włoskim oznacza nie tylko willę w ogólnie przyjętym znaczeniu, lecz również pałac poza miastem, więc często są to obiekty naprawdę imponujące) Jej budowę rozpoczMonzaęto na zlecenie dobrze nam znanej skądinąd cesarzowej Marii Teresy Austriackiej. Był to bowiem okres, kiedy Lombardia i południowa część Polski znajdowały się w obrębie Cesarstwa Austro - Węgierskiego. Cesarzowa bardzo dbała o dobry wizerunek  domu Habsburgów, co nie przeszkadzało jej trzymać mocną ręką   podległe  prowincje. Swojego syna Ferdynanda mianowała Gubernatorem Generalnym Lombardii i w związku z tym zleciła  budowę rezydencji odpowiedniej do wysokiej rangi arcyksięcia. Wzniesienie nowej siedziby powierzono włoskiemu architektowi Giuseppe Piermarini, który rozpoczął pracę w 1777roku i uporał  się z tym zadaniem w ciągu zaledwie trzech lat. Powstał piękny i okazały klasycystyczny pałac,  który jednak nie raził  nadmiernym przepychem, gdyż takie było zalecenie władczyni. Przez około dziesięć lat  stanowił ulubioną wiejską rezydencją Ferdynanda, aż do chwili, kiedy do Lombardii wkroczył Napoleon wraz ze swą armią. Po wyrugowaniu Austriaków willa na pewien czas opustoszała, gdyż Bonaparte mając do wyboru kilka pałaców w Lombardii gdzie mógłby pomieścić swoją rodzinę i dwór, o dziwo, wybrał nie Monzę, lecz dużo mniejszą willę PałacCrivelli w Mombello, nieopodal Limbiate (pisałam o tym w notce "Villa Crivelli w Mombello Napoleon Bonaparte i Benito Albino, nieszczęsny syn Mussoliniego") Dopiero w 1803 roku jego pasierb Eugeniusz de Beaucharnais mianowany wicekrólem Włoch, wybrał willę w Mozie na swoją siedzibę. Eugeniusz był zapalonym kawalerzystą, wielkim miłośnikiem koni i polowania, więc z jego rozkazu poszerzono istniejący już ogród o przyległe tereny,  które otoczono murem. Powstał w ten sposób wielki angielski  park, liczący 750 ha a w jego obrębie znalazły się inne, mniejsze obiekty: wille, folwarki i młyny wodne a także niewielki kościółek. Po upadku Napoleona willę znów przejęli Austriacy a po odzyskaniu przez Włochy niepodległości przeszła ona na własność panującego domu de Savoya. Pod koniec XIX wieku często bywał tu ówczesny król Umberto I, wraz ze swą żoną Margheritą. Było to pozornie bardzo zgodne małżeństwo, darzące się szacunkiem i zachowujące formy przyjęte w "wielkim świecie". Jednak w rzeczywistości panował między nimi głęboki rozdźwięk a jego powodem był długoletni romans króla z księżną Eugenią Bolognini. Księżna była damą honorową królowej i miała swoje stałe miejsce na dworze,  posiadała również własne dobra w przyległym do MWilla Realeonzy  Vedano. Do dziś krążą legendy na temat ich mniej lub bardziej tajemnych spotkań. Zdarzyło się nawet, że Margherita zastała męża z kochanką "in flagranti”, co stało się powodem  nieoficjalnej separacji królewskiej pary. Od tej pory  każde z nich żyło na swój ulubiony sposób a  Margherita większość czasu spędzała w ukochanym Gressoney u podnóża Monte Rosa, gdzie często towarzyszył jej pewien baron, przyjaciel od serca. Ta sytuacja trwała aż do roku1900, kiedy to król Umberto zginął w Monzie z ręki zamachowca. Stało się to podczas manifestacji sportowej, nieopodal willi, po lewej stronie prowadzącej do niej alei. Owdowiała królowa Margherita poleciła by w tym miejscu wzniesiono okazały monument dla Monzauczczenia pamięci małżonka. Co więcej, wykazała się szlachetnością i wspaniałomyślnością wobec swojej byłej rywalki, zezwalając jej na ostatnie pożegnanie ze zmarłym bez żadnych świadków. Po  tragicznej śmierci Umberta pałac opustoszał, gdyż nowy król, syn zmarłego, nie chciał bywać w Monzie ponieważ budziła w nim niedobre wspomnienia. Willa Reale opustoszała a większość mebli wywieziono do rzymskiego pałacu na Kwirynale. Upływ czasu i brak starania dokonał w niej ogromnego spustoszenia. Po wojnie kiedy to rodzinie de Savoya odebrano tron a wraz z nim wszystkie dobra, willa przeszła w ręce Gminy Monza. W latach sześćdziesiątych przeznaczono ją na centrum wystawowe, co niestety, doprowadziło do dalszej dewastacji. Na szczęście w porMonzaę podjęto decyzję o jej restauracji, przedsięwzięciu na ogromną skalę, którego całkowity koszt ma wynieść prawie trzydzieści milionów euro. Kiedy po raz pierwszy byłam w Monzie fronton pałacu przedstawiał się zupełnie przyzwoicie, natomiast z tyłu, od strony parku, był to prawdziwy „obraz nędzy i rozpaczy”. Jednak na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat wyremontowano  tylną elewację, klatki schodowe i pierwsze piętro pałacu. W chwili obecnej udostępniono zwiedzającym apartamenty królowej Margherity gdzie można podziwiać ich rzeczywiście przepiękny i bardzo gustowny wystrój. Apartamenty króla czekają na ostateczne wykończenie, natomiast inne pomieszczenia chyba jeszcze nieprędko otworzą sMonzawe podwoje. Zdarzyło mi się widzieć reportaż w lokalnej telewizji, który obrazował niewiarygodne wprost zniszczenia: pozrywane posadzki, wiszące w strzępach tapety i powyrywane z zawiasów drzwi. Pałac zbudowano w kształcie litery "U" i jak już wspomniałam, korpus główny a także lewe skrzydło w większości odzyskały swoją świetność, natomiast prawe jest w dalszym ciągu w bardzo złym stanie, zwłaszcza od strony parku, gdzie elewacja straszy łuszczącym się żółtobrązowym tynkiem, powyrywanymi okiennicami i oknami bez szyb. Bardzo bym życzyła mieszkańcom Monzy, aby całkowita restauracja pomyślnie dobiegła końca, bo pałac z pewnością na to zasługuje. Co prawda, nieco wątpliwości zasiał we mnie widok dużych zacieków wilgoci na niedawno wyremontowanej elewacji, co mogłoby świadczyć o tym, iż nie wszystkie prace wykonano należycie.

Monza Park w Monzie jest ogromny. Dziś liczy sobie 685 ha a otacza go mur długości 14 km. O strony miasta są tu dwie bramy, po prawej i lewej stronie Villi Reale. Do parku można również wejść przez cztery bramy główne, prowadzące z okolicznych miejscowości Vedano, Villasanta, Biassono i San Giorgio, oraz kilka pomniejszych bram. Park ma charakter parku miejskiego i mimo dużej ilości drzew  rosnących na jego terenie raczej nie przypomina podmiejskiego lasu, w którym polował wicekról. W latach dwudziestych ubiegłego wieku powstał tu sławny na całym świecie tor wyścigowy Formuły I i  klub golfowy. W zasadzie park składa się  z trzech wyodrębnionych części o odmiennym charakterze. Od frontu znajdują się rozległe trawniki a po lewej stronie, przed dawną pomarańczarnią, piękne rozarium. Za pałacem rozciąga się najstarsza część parku, Giardino Reale czyli Orgód Królewski, mająca charaParkkter ogrodu botanicznego, w którym jest wiele bardzo pięknych, starych drzew i  typowych dla XIX wieku budowli: pawilony w antycznym stylu, sztuczne pagórki i groty, sadzawki i wodospady. Jest tu też swego rodzaju altana, która powstała pod gałęziami grabowego szpaleru posadzonego na planie okręgu. Gałęzie splatają się ze sobą tworząc zamknięta przestrzeń, coś na kształt zielonej kopuły, pod którą można się schronić w upalny dzień lub w czasie deszczu. Ta część ogrodu jest ogrodzona parkanem a za nim rozciąga się ta która powstała za czasów Eugeniusza de Beaucharnais. Dla mieszkańców Monzy park jest nie tylko powodem do dumy, lecz przede wszystkim popularnym miejscem rekreacji. Wiele osób przychodzi tu żeby spokojnie posiedzieć  czy pospacerować, lecz parkrównież aby aktywnie uprawiać różnego rodzaju sporty. Zwłaszcza w weekendowe poranki roi się tu od ludzi w różnym wieku biegających, jeżdżących na rowerach, rolkach, wrotkach czy hulajnogach. Można również pograć w piłkę i pojeździć konno. W Parku byłam w kilkakrotnie, ale nigdy  nie dotarłam do jego krańców i szczerze wyznam że widziałam zaledwie jego niewielką część (powiedzmy 1/3) Bardzo lubię chodzić i kilku a nawet kilkunastukilometrowy spacer nigdy mnie nie przerażał. Jednak o ile chodzenie po górach niesamowicie mnie "nakręca" i mimo czysto fizycznego zmęczenia zapewnia wysoki poziom adrenaliny, to przemieszczanie się po równinie (za wyjątkiem miasta) szybko sprawia, że siły kompletnie mnie opuszczają. Nie mam pojęcia jak to się dzieje, czy to sprawa powietrza, czy monotonnego tempa takiej przechadzkiPark, ale zauważyłam to niejednokrotnie. Miałam szczery zamiar przejść kiedyś park w wzdłuż i wszerz, lecz zamiar ten spalił na panewce. Podczas ostatnich miesięcy we Włoszech pracowałam bardzo dużo i w związku z tym miałam niewiele czasu na wypady w plener. Kiedy nadchodził mój wolny dzień, podjęcie decyzji gdzie się udać stanowiło dla mnie poważny problem. Było jeszcze tyle miejsc, które tak bardzo chciałam zobaczyć i tak mało czasu na realizację planów! Z reguły przeważały moje ukochane góry, do których zawsze mnie ciągnęło niczym przysłowiowego wilka do lasu. W związku z tym park w Monzie wielokrotnie schodził na dalszy plan, aż do chwili, kiedy to 1 listopada, o godzinie 7 rano, skończyłam mój ostatni nocny dyżur. Już w przeddzień postanowiłam, że zamiast wrócić bezpośrednio do domu pojadę do Monzy. W związku z tym uzbroiłampark się w buty trekkingowe oraz plecak i po pożegnaniu z kolegami pojechałam na zwiedzanie parku. Przywitał mnie on  pięknymi jesiennymi kolorami i lekką mgiełką snującą się pośród drzew, co wyglądało po prostu zjawiskowo. Szczególnie pięknie prezentowała się wąska i długa sadzawka, w której niczym w lustrze odbijały się drzewa rosnące wokół. Postanowiłam odszukać jeden z dawnych młynów i znajdującą się w jego pobliżu kaskadę. Po drodze minęłam niewielki most na rzece Lambro zwany "Łańcuchowym" od łańcuchów zaczepionych na kamiennych słupkach zastępujących zwyczajowe barierki. Jeśli ktoś czytał jeden z moich poprzednich postów gdzie opisywałam historię Marianny de Leyva, Signory di Monza, to chciałabym dodać, że to właśnie tutaj znaleziono ciało zakonnicy Ottavii zamordowanej przez Osia. Kiedy dotarłam do młyna z przykrością stwierdziłam, iż mimo malowniczego położenia nieopodal kaskady i pięknej architeparkktury, opłakany stan w jakim się znajduje ten zabytkowy budynek powoduje, że powinno się go oglądać z dość dużej odległości. Niestety, nie była to jedyna zrujnowana budowla, którą znalazłam na swej drodze. Co gorsza nie spotkałam  map, które pozwoliłyby  mi zorientować się gdzie jestem, gdyż nawet te nieliczne, jakie znalazłam, zostały zniszczone przez wandali (wyglądało zresztą na to, że stało się to dość dawno temu). W związku z tym stanem rzeczy, doszłam do wniosku, że nie będę się torturować chodzeniem w kółko, tym bardziej, że zmęczenie po nieprzespanej nocy coraz bardziej dawało mi się we znaki. Humor nieco mi poprawił widok dwóch starszych panów, śmigających na rolkach po drodze dojazdowej prowadzącej do toru wyścigowego, przy czym jeden z nich piastował pod pachą pieska, który wyglądał na dość zadowolonego ze swojego "środka transportu". Jednak życie nie jest bajką, więc jego pan po pewnym czasie postawił czworonoga na ziemi i  pupil również musiał podjąć przymusowy trParkening. Ale w prawdziwe osłupienie wprawiła mnie pani mająca z całą pewnością dobrze po siedemdziesiątce, mknąca na rolkach naprzeciw mnie niczym przysłowiowa burza. Niestety, zanim zdążyłam podnieść aparat fotograficzny była już zbyt daleko abym mogła jej zrobić zdjęcie. W zasadzie widok osób w "pewnym wieku" cieszących się dobrą formą fizyczną nie jest niczym nadzwyczajnym, ale  ci państwo swoją sprawnością mogli wzbudzić zazdrość niejednego młodzieniaszka. Mimo iż i tym razem nie udało mi się obejrzeć całego parku byłam zadowolona z mojej ostatniej przechadzki  i zdjęć, które zrobiłam w tej pięknej, jesiennej scenerii.

Jeśli ktoś nie widział jeszcze zdjęć z Monzy i parku zapraszam na Picasę>

https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/Monza

środa, 08 lutego 2012

Monza MonzaMonza ma wiele niezaprzeczalnego uroku lecz mimo to, nigdy nie zdobyła mojego serca w całości i choć przez wiele lat mieszkałam w pobliżu byłam tam zaledwie kilka razy. Niejednokrotnie myślałam o tym, że warto było by zobaczyć jeszcze to i owo lecz niestety, skończyło się jedynie na tych pobożnych życzeniach. Zastanawiałam się nie raz  co mi przeszkadza w polubieniu tego miasta, czy to nieprzyjemne, suche powietrze, pełne spalin i kurzu, czy też zbiorowy charakter mieszkańców przejawiający się w mało sympatycznym i pełnym wyższości sposobie bycia.Monza Monza jest bowiem miastem specyficznym. Czwarta co do wielkości w Lombardii po Mediolanie, Brescii i Bergamo,  jest jednocześnie największym miastem Brianzy.  A  Brianza  to kraina leżąca u podnóża Pre -Alp, u nasady Triangolo Lariano, na północ od Mediolanu. Jej granice wyznaczają też dwie rzeki: Adda na wschodzie a na zachodzie Seveso. W przeciwieństwie do Doliny Padu, jej nieco wyżej położony teren jest wyraźnie pagórkowaty.  Kiedy znajdziemy się na otwartej przestrzeni możemy też dostrzec, że horyzont od strony północy zamyka piękny łańcuch wysokich zielonych wzgórz, porośniętych lasem. Jeszcze dalej, za nimi, w pogodny dzień widać trójkątne skaliste szczyty Grigni i Resegone w okolicy Lecco. Jednak tym co wyróżnia tę krainę jest nie tylko pejzaż lecz przede wszystkim  żyjący tu ludzie, którzy  mają własny dialekt i odrębną kulturę . Sami o sobie mówią "Brianzole" i z dumą podkreślają fakt, iż w tym względzie bardziej przypominają "kwadratowych" Szwajcarów niż typowych Włochów. Coś w tym jest, bo z całą pewnością cechuje ich większe zamiłowanie do porządku i kult pracy, dość rzadki w tym skądinąd sympatycznym społeczeństwie. Niestety, z tymi pozytywami wiąże się też ich  twardy, zasadniczy i nieustępliwy charakter. Mieszkańcy Monzy która leży w bezpośrednim sąsiedztwie Mediolanu, zawsze bardzo podkreślali swą odmienność i przez wiele lat zajadle walczyli Monzao to aby powstała tu prowincja. Mediolan bronił się niczym przysłowiowy lew przed tymi separatystycznymi ciągotami, bo (jak zwykle) chodziło o pieniądze, czyli w tym wypadku o niemałe wpływy z podatków. Bowiem właśnie w obrębie Brianzy produkuje się sławne włoskie meble, dobrze znane również w Polsce. Jest tu niezliczona ilość mniejszych i większych firm, często z dużymi tradycjami a jak wiadomo, jeśli jest przemysł są też wpływy z podatków. Monzie w związku z tym niełatwo  było wyrwać się z orbity Mediolanu, jednak w 2004 roku stworzono odpowiednią podstawę prawną a w 2009 nowa prowincja stała się rzeczywistością. Od tej pory Monza będąca  jej stolicą i dodała jeszcze jeden listek do swojego laurowego wieńca. Długa historia tego miasta zaczyna się w czasach rzymskich, później rozkwitło ono w epoce Longobardów a po upadku ich królestwa stanowiło część Świętego Cesarstwa Rzymskiego. W XIV wieku  weszło w skład dominium Viscontich,  następnie przeszło w ręce Hiszpanów i austriackich HabsburgóMonzaw, aby na koniec, w XIX wieku, stać się częścią Królestwa Włoch. Ta niezwykle bogata historia zostawiła w Monzie wiele interesujących monumentów i pamiątek. Niestety,  zniknął pałac królowej Teodolindy, mury które niegdyś otaczały miasto i zamek wzniesiony przez Viscontich z którego pozostała zaledwie jedna  wieża. Mimo to centrum miasta ma niebanalny charakter, jest tu wiele pięknych kościołów ze wspaniałym Duomo na czele, piękny Pałac Rady Miejskiej czyli Arengario, z XIII wieku i wiele ślicznych kamieniczek, zarówno tych najstarszych, średniowiecznych, jak i tych zbudowanych w stylu barokowym iMonza klasycystycznym. Oczywiście, nie brak też historycznych willi i pałaców, tu niewątpliwie najwspanialszym przykładem jest Willa Reale, której niebawem poświecę odrębną notkę. Jak już wspomniałam, Monza ma wiele miłych zakątków ale ja szczególnie upodobałam sobie plac przylegający do Arengario, gdzie usytuowano "Fontannę żab". Włoskie fontanny to często wspaniałe dzieła architektury, ozdobione pięknymi rzeźbami. "Fontanna żab" powstała stosunkowo niedawno  (w 1932 roku) a stworzył ją rzeźbiarz  Aurelio Mistruzzi pochodzący z Friuli. Fontanna składa się z kamiennej sadzawki gdzie ustawiono posąg z brązu przedstawiający młodą dziewczynę z włosami obciętymi według ówczesnej mody "na garsonkę"  o niezbyt ładnej buzi, lecz pełną wdzięku i radości życia. Dziewczyna w wyciągniętej ręce trzyma schwytaną żabkę a inne żabki siedzą na obrzeżu kamiennego basenu. Z żabich pyszczków tryska woda, która spryskuje postać dziewczyny. Bardzo polubiłam tę fontannę i chętnie odpoczywałam na jej ocembrowaniu w towarzystwie spadających kropel, patrząc przy tym na piękną bryłę Arengario i kolorowe kamieniczki wokół placu. Spod łuków Arengario jest wspaniała perspektywa na ulicę wiodącą do  mostu na rzece Lambro, który zdobią cztery leżące lwy. Kiedy spacerując skręcałam w lewo aby dojść do placu Duomo, wchodziłam na malutką uliczkę gdzie wznosi się kamieniczka ozdobiona zadziwiającymi rzeźbami. Znajdują się one na krokwiach podtrzymujących dach i przedstawiają męskie głowy. Nie są to piękne głowy przystojnych bohaterów lecz dziwaczne maszkarony: głowa wisielca z wywieszonym językiem, bezzębnego starego mieszczanina, czy księdza o wywiniętych wargach łakomczucha. Wszyscy mają na twarzach wyraz cierpienia, jakby dźwiganie i podtrzymywanie dachu sprawiało im nieopisany ból. Jak już pisałam, w Monzie jest wiele miłych zakątków, ustronnych placyków i malowniczych uliczek. Jednak ten urok niweczą wszechobecne samochody parkujące gdzie się da i Monzaprodukujące ogromną ilość spalin. W Monzie i jej historycznym centrum z wąziutkimi uliczkami daje się to we znaki jeszcze bardziej niż w Mediolanie, który bądź co bądź, ma ulice o wiele bardziej przestronne.  Chyba dlatego kilka godzin spędzonych w tym mieście sprawiało że czułam się niesamowicie zmęczona, piekły mnie oczy a spuchnięte nogi odmawiały  posłuszeństwa i zaczynałam myśleć  o jak najszybszym powrocie do domu. Zmierzając na dworzec przechodziłam nieopodal skromnego, na wpół zrujnowanego domu, gdzie obok bramy umieszczono marmurową Monza tablicę. Wyryty na niej napis głosi, że w tym budynku w latach 1886-1887 mieszkał Giacomo Puccini, który właśnie tutaj napisał operę "Edgar" i doczekał narodzin syna. Ponieważ jestem zagorzałą admiratorką Pucciniego i jego wspaniałych, melodyjnych dzieł, był to dla mnie bardzo interesujący akcent, mimo przykrego wrażenia jaki robił fatalny stan budynku. Bardzo się ucieszyłam, kiedy podczas ostatniej bytności zauważam że rozpoczęto w nim prace remontowe, które być może są pierwszym krokiem do stworzenia małego muzeum poswięconego kompozytorowi? 

Wiecej zdjęć z Monzy jak zwykle można zobaczyć na Picasie pod linkiem>

https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/Monza

czwartek, 19 stycznia 2012

No i zakończone głosowanie w pierwszym etapie! Jak przewidywałam, mój blog nie zaszedł zbyt wysoko. Nie było co prawda tak źle jak pisałam w poprzednim poście i nie zajęłam ostatniego miejsca, lecz zupełnie przyzwoite, mniej więcej pośrodku rankingu. Jednak najmilsze było dla mnie to, że komuś z zaprzyjaźnionych czytelników chciało się zadzwonić aby oddać na mnie głos. Nie ukrywam też, że przy tej okazji usłyszałam  słowa sympatii, które znaczą dla mnie o wiele więcej niż wszystkie nagrody rzeczowe. Na szczęście taka nagroda mi nie zagroziła,  więc nie mam też problemu gdyż mam nowy laptop, biżuterii i zegarka nie noszę, więc co bym poczęła w razie wygranej? No bo przecież oddanie nagrody nie wchodzi w grę, chyba że na cele charytatywne (to byłoby dobre rozwiązanie). Tak, czy inaczej, konkurs trwa dalej i teraz mogę spokojnie kibicować innym uczestnikom. Cieszę się też bo przy okazji wpadło mi w oko parę interesujących blogów, które zapewne będę śledziła w przyszłosci.

Na zakończenie chciałam jeszcze raz gorąco podziękować tym, którzy na mnie głosowali ale także tym, którzy tego nie zrobili lecz po prostu czytają mojego bloga, czasem zostawiają swoje komentarze, albo odnajdują w tym co piszę jakąś cząstkę siebie. Jak pisał mój ukochany Poeta "Teatrzyk Zielona Gęś, ma zaszczyt wystawić się na krytykę..." Jeszcze raz dziękuję!

20:54, sukienka_w_kropki , turystyczny
Link Komentarze (10) »
czwartek, 12 stycznia 2012

Ktoś, kto odwiedzi mojego bloga, zobaczy, że w zakładkach pojawiło się zielono - szare logo tego konkursu. Może nieskromnie (a może po prostu przedwcześnie) postanowiłam przyłączyć się do szacownego grona, które staje do tegorocznego rankingu w kategorii "Podróże i szeroki świat". Oczywiście, zajrzałam też na pozostałe konkursowe blogi żeby zobaczyć o czym piszą inni i znalazłam wiele wspaniałych relacji z ekscytujących podróży do najdalszych zakątków świata. Wędrówki o których piszę, wyglądają przy nich tak skromnie, że nieco  mnie  to zachwiało  we wcześniej  podjętej  decyzji. Odwagi (jak zwykle) dodała mi Marta i moje własne przekonanie, iż aby ktoś mógł być pierwszy, ktoś inny musi być ostatni, więc jeśli nawet zajmę zaszczytne 185 miejsce (na 185 startujących) to mówi się trudno! Ja sama jestem dość krytycznie nastawiona do mojej "pisaniny". Zdaję sobie sprawę, że dziesięć lat spędzonych na emigracji i w efekcie  znikomy kontakt z językiem polskim, dokonały ogromnego wyłomu w mojej zdolności do poprawnego pisania. Do tego problemy typowe dla dyslektyka: ciągła walka z hasającymi przecinkami, które  nie są tam gdzie powinny, oraz należytą budową zdań. Ktoś może zapytać, dlaczego w takim razie startuję? Powody są dwa: pierwszym jest to, co skłoniło mnie do założenia bloga i co jest jak sądzę, jego największą zaletą. To chęć pokazania osobom, które podobnie jak ja znalazły się w takim momencie życia kiedy łatwo jest stracić grunt pod nogami, że to, co nas może ocalić, to pasja i ciekawość świata. Pisząc o moich wędrówkach chciałam im powiedzieć, że zawsze jest nadzieja, iż  sytuacja może się obrócić na naszą korzyść. Drugi powód, to nagroda, którą sama sobie przyznałam, a jest nią właśnie sam fakt startu w konkursie. Nagroda za ciągłe zmagania z materią języka, niezliczone poprawki i wracanie do starych wpisów, aby je szlifować i uczyć się na nowo. Oczywiście, mogłabym częściej korzystać z opcji automatycznego poprawiania błędów, lecz przyznam, że również te ciężkie boje z polszczyzną dają mi ogromną satysfakcję.

Nie ukrywam, że będzie mi ogromnie miło, jeśli ktoś z czytelników w odpowiednim momencie zechce oddać swój głos właśnie na mnie. Głosowanie odbywa się poprzez wysłanie SMS pod numer 7122, ze wskazaniem na mój numer w konkursie: D00194  (nie należy nic pisać wystarczy podać numer konkursowy bloga).Koszt SMS-a to 1,23 zł, można głosować dziś, od godziny 15:00, przez cały  najbliższy tydzień, czyli do 19.01.2011 do godziny 12:00.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Najlepsze Blogi

Pisz swój dziennik w Internecie