Zawsze pasjonowało mnie odkrywanie świata, później narodziła się moja pasja fotograficzna. Przez wiele lat mieszkałam i pracowałam we Włoszech. Ich efektem jest nie tylko mnóstwo wspomnień tego co widziałam, lecz także kilka tysięcy zdjęć w komputerze. Moje wędrówki były odległe od najczęściej uczęszczanych szlaków, niemniej widziałam miejsca i rzeczy warte upamiętnienia. Dlatego też, postanowiłam na łamach tego bloga podzielić się moimi włoskimi impresjami. Co do innych zainteresowań - lubię malarstwo, literaturę i dobrą muzykę, niezależnie od gatunku.
Kategorie: Wszystkie | pamiętnik | turystyczny
RSS

turystyczny

wtorek, 03 stycznia 2012

 


MonzaTa historia wydarzyła się naprawdę, a wszystko zaczęło się w drugiej połowie XVI wieku, w Mediolanie. Do dziś na tyłach galerii Wiktora Emanuela, na wprost La Scali, znajduje się imponujący pałac  zwany Palazzo Marino. Obecnie mieści się tu Zarząd Miasta, a nazwa pałacu pochodzi od jego pierwszego właściciela, Tomaso Marino, swego czasu jednego z  najbogatszych mediolańskich bankierów. Miał on kilkoro dzieci, w tym córkę Virginię. Virginia wcześnie została wdową (miała pięcioro dzieci z pierwszego małżeństwa) i wyszła ponownie za mąż za hiszpańskiego kondotiera Martino de Leyva, którego ojciec, książę Ascoli, był pierwszym gubernatorem Mediolanu po śmierci Francesco Sforzy. Z tego małżeństwa prawdopodobnie w 1576 roku, urodziła się  jedyna córka, Marianna. Niestety, Virginia zmarła w trakcie epidemii dżumy kiedy dziecko miało niespełna rok, dziewczynka rosła więc pod opieką ciotek i niańki. Miała sześć lat kiedy jej ojciec wyjechał do Hiszpanii, gdzie zawarł drugi związek małżeński. Marianna posiadała znaczny majątek po matce i początkowo zamierzano wydać ją dobrze za mąż. Jednak kiedy miała niewiele ponad trzynaście lat umieszczono ją w nowicjacie,  w klasztorze Św. Małgorzaty w niedalekiej Monzie, która była feudum rodu de Leyva ( Martino i jego czterej bracia na zmianę sprawowali tam władzę w dwuletnich okresach). Trudno dziś dociekać przyczyn tej decyzji (mówiło się o tym że ojciec chciał zagarnąć część jej majątku), oraz  jaki stosunek miała  do tego projektu  sama Marianna. Po zakończeniu dwuletniego nowicjatu, w wieku niespełna szesnastu lat została  zakonnicą, przyjmując imię Maria Virginia na pamiątkę zmarłej matki. W miejskich kronikach często występuje też jako Signora di Monza, ponieważ ojciec, hrabia Monzy, powierzył jej funkcję swego namiestnika i to właśnie ona na zmianę ze stryjami sprawowała władzę świecką w mieście. Jako dobrze urodzona panna, wykształcona iMonza o doskonałych manierach, zajmowała się też młodymi panienkami, które oddawano  na wychowanie do klasztoru. Virginia, niewiele starsza od swoich podopiecznych miała  dwadzieścia lat kiedy jedna z jej wychowanic, Izabela Hortensja, zaczęła romansować z młodym wielmożą mającym domostwo sąsiadujące z klasztorem. Młodzianem tym był Gian Paolo Osio, człowiek zuchwały i amoralny,  oskarżany nie tylko o różne młodzieńcze wybryki, lecz również o próbę zabójstwa. Po interwencji Virginii dziewczynę odesłano do domu a rodzina szybko wydała ją za mąż. Pomimo początkowej antypatii a wręcz wrogości, pomiędzy Osiem i Virginią nawiązało się porozumienie a następnie romans. W owej epoce zakonnice będące córkami bogatych rodzin cieszyły się pewną swobodą, a Virginia jako Pani Monzy była w sytuacji wyjątkowej. Miała też kilka wspólniczek wśród zakonnic, więc jej romans nie tylko rozkwitał bez przeszkód ale też zaowocował dwójką potomstwa. Pierwsze dziecko, synek, urodziło się martwe. Nieco później Virginia wydała na świat  córkę, którą zabrał Osio aby  oddać na wychowanie swoim krewnym. Obydwoje, Gian Paolo i Virginia mieli chyba niełatwe charaktery, sytuacja zmuszała ich do ciągłego ukrywania się, więc romans który mimo to trwał około dziesięciu lat wciąż oscylował pomiędzy miłością i nienawiścią, pośród kłótni i zdrad ze strony Osia.Monza Podobno utrzymywał on stosunki również z innymi zakonnicami, w tym Benedettą i Oktawią, które były wspólniczkami Virginii i wiedziały wszystko o jej romansie. Niestety, Signora miała też wrogów,  gdyż w klasztorze toczyła się ciągła walka o władzę. Sytuacja zaczęła być  dla niej niebezpieczna i kochankowie obawiali się zdrady ze strony wtajemniczonych. W tej sytuacji pozbawiony skrupułów Osio zabił służącą Virginii Katarzynę, oraz pewnego aptekarza, który wiedział zbyt dużo o jego sprawkach. W jakiś czas później wywabił z klasztoru Oktawię i Benedettę i również próbował je zamordować. Oktawia zginęła utopiona w niedalekiej rzece Lambro, lecz cudem ocalona Benedetta wyznała wszystkie tajemnice i sprawę oddano pod sąd. Władzę kościelną w mediolańskiej archidiecezji sprawował w owym czasie Fryderyk Borromeo, który od pewnego czasu dawał baczenie na to co dzieje się w klasztorze a nawet był tam aby osobiście skontrolować sytuację. Na jego rozkaz  Virginię, jej służących, księdza będącego wspólnikiem Osia, jak również trzy wtajemniczone w romans zakonnice, Candidę i Sylwię oraz Benedettę,  przewieziono do Mediolanu. Tu poddano ich surowemu przesłuchaniu a ponieważ zachodziło też podejrzenie o czary, do procesu włączyła się  Święta Inkwizycja. Wszyscy oskarżeni wyznali swoje winy i zostali srogo ukarani zgodnie z obowiązującym prawem. Osio uciekł, więc na niego wydano wyrok zaocznie zaś Virginię  żywcem  zamurowano w niewielkiej celi w mediolańskim domu poprawy pod wezwaniem Św. Walerii. Podobny los spotkał pozostałe zakonnice, a księdza skazano na trzy lata galer. W tym czasie Osio poszukiwany przez trybunał (wyznaczono nagrodę za jego głowę) schronił się u swojego przyjaciela  w Mediolanie  w podziemiach dzisiejszego pałacu Isimbardi. Przyjaciel okazał się zdrajcą i wydał rozkaz aby "bravi" bedący u niego na służbie zatłukliMonza zbiega kijami w jego kryjówce.  Gan Paolo uniknął jednak o wiele gorszej śmierci z rąk sprawiedliwości, gdyż kara za uwiedzenie zakonnicy była straszna. Nieszczęsna Virginia spędziła w swojej celi prawie czternaście lat. Fryderyk Borromeo okazał jej łaskę i pozwolił na dokonanie żywota w nieco lepszych warunkach. Uwolniona, pozostała jednak w tymże domu Św. Walerii, gdzie zmarła w 1650 roku. Pod koniec życia  wykazywała tak ogromną skruchę z powodu swojego występku że nazywano ją  "zwierciadłem pokuty". Jej córka, którą Osio oficjalnie uznał za swoje dziecko również przyjęła habit zakonny i umarła w klasztorze.

Tę tragiczną historię w nieco zmienionej formie spożytkował Alessandro Manzoni jako jeden z wątków  swojej powieści "Promessi sposi".  Jego bohaterka nosi imię Gertruda, inne są przyczyny jej wstąpienia do klasztoru i niektóre szczegóły romansu z Osiem. Książka ta jest  uważana za najwybitniejszy przykład włoskiej prozy, zna ją zresztą chyba  każdy Włoch gdyż  należy do żelaznego kanonu szkolnych lektur. W dzisiejszej Monzie nie ma  zbyt wielu śladów z czasów Gian Paola i Virginii. Dom Osia zburzono a na jego miejscu stanęła  "kolumna niesławy" która nie zachowała się do naszych czasów. Kościół Św. Małgorzaty również nie istnieje, a dawny klasztor przerobiono na mieszkania. Jednak do dziś pewna ulica nieopodal  nosi nazwę "via della Signora" nawiązując do tragicznej historii Pani Monzy, jak niegdyś nazywano  nieszczęsną Virginię.

 Cała sprawa jest nieźle udokumentowana zarówno w ówczesnych kronikach jak i aktach procesowych a także archwum pozostałym po kardynale Fryderyku Borromeo. Nakręcono też przynajmniej dwa filmy na jej podstawie a w internecie pod hasłem "Monaca di Monza" nie brakuje informacji (w języku włoskim) na ten temat.

Mediolan

  

 Zdjęcie obok przedstawia Plac Della Scala w Mediolanie. Budynek w głębi to właśnie Palazzo Marino, gdzie urodziła się Marianna de Leyva. Niestety, w moich zbiorach nie ma zdjęć bezpośrednio związanych z tą historią, więc zmieściłam inne, również zrobione w Monzie, które swoim charakterem nawiązują do opowieści.

 

 W jednym z krakowskich klasztorów miała miejsce nieco podobna historia uwięzionej zakonnicy Barbary Ubryk, jednak jej podłożem była nie występna miłość, lecz choroba psychiczna. A może ktoś z grona  krakowskich blogerów zechce pójść tym śladem?

 

 

niedziela, 01 stycznia 2012

 

Ten Nowy Rok przywitałam w najpiękniejszy dla mnie sposób, czyli w domowych pieleszach. Co to oznacza, wie tylko ten, kto podobnie jak ja, przez wiele lat przebywał na emigracji. Nie narzekam, gdyż mimo wszystko dało mi to wiele szans na zrealizowanie moich planów, oraz okazję do nowych, pozytywnych doświadczeń.

 Zawsze też uważałam iż życie daje nam możliwość wolnego wyboru a jeśli go dokonamy, należy konsekwentnie i z godnością przyjąć jego skutki.  Mimo to, trudno znosiłam smutek jaki mi towarzyszył w czasie Bożego Narodzenia czy pierwszego dnia Nowego Roku, które po raz kolejny spędzałam na obczyźnie. Tym razem było inaczej i to dało mi siłę do zniesienia złych wiadomości, które dotarły do mnie w ostatnich dniach grudnia i wolę, aby uporać się również z tym problemem.

 

choinka

Z okazji pierwszego dnia Nowego Roku życzę mojej Rodzinie i Wszystkim Odwiedzającym, Kolegom Blogerom a także ich Bliskim, aby ten Rok przyniósł im jak najwięcej spokoju i radości. Niech Was otacza miłość i same dobre uczucia!

 Niech ten Rok pozwoli na realizację tych marzeń i zamierzeń,

które rodzą się w głębi Waszych serc.

sukienka_w_kropki

 

 



12:59, sukienka_w_kropki , turystyczny
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 26 grudnia 2011

Monza



Monza w zadziwiający sposób wplotła się w historię mojego życia. Niejednokrotnie zastanawiałam się nad tym, iż w zasadzie miało w nim miejsce wiele niezwykłych przypadków i dziwnych, "zapowiedzianych" zdarzeń. A może po prostu ja sama podświadomie je przywoływałam? Tak było w przypadku Portofino, o którym pisałam jakiś czas temu, podobnie też było w przypadku Monzy. Moja przygoda z tym miastem rozpoczęła się wiele lat temu, kiedy miałam dziewięć, a może dziesięć lat. Dopadła mnie jakaś ostra choroba zakaźna i w związku z tym, chyba przez dwa tygodnie przymusowo przebywałam w domu. Wynudziłam się wtedy za wszystkie czasy, tym bardziej, że ze względu na zaraźliwość choróbska, nie mogłam czytać książek z miejskiej biblioteki. Jak zwykle w takich wypadkach sięgnęłam do żelaznej rezerwy, którą były dla mnie stare podręczniki ojca, z czasów kiedy chodził do liceum. Najbardziej lubiłam podręcznik do historii, który mogłam czytać w nieskończoność, co skutkowało tym, iż Aleksander Macedoński czy Karol Wielki byli mi równie bliscy co Czerwony Kapturek lub Sierotka Marysia. Szczególnie pasjonowała mnie historia starożytna i wczesne średniowiecze. Z zainteresowaniem czytałam o Królestwie Longobardów, pamiętam też, że z upodobaniem powtarzałam obco i tajemniczo brzmiące imiona ich władców. Jedną z ilustracji do tekstu na temat Królestwa, było zdjęcie królewskiej korony z podpisem mówiącym  iż jest to "żelazna korona Longobardów". Koronę w rzeczywistości wykonano ze złota, a jej nazwa pochodzi od relikwii stanowiącej jej integralną część. Jest to żelazny okrąg umieszczony wewnątrz, na jej obwodzie, a legenda głosi że wykonano go z gwoździa, którym Chrystus został przybity do krzyża. Powiem otwarcie: wtedy (właściwie nie mam pojęcia dlaczego) ta legenda wydawała mi się wręcz niewiarygodna, ale mimo to, historia korony na stałe zapadła mi w pamięć. Mijały kolejne lata podczas których zajęta innymi sprawami nie myślałam o niej, lecz  świadomość jej istnienia nigdy mnie nie opuściła. Po wielu latach, kiedy podjęłam pracę we Włoszech i zamieszkałam w Limbiate nieopodal Mediolanu, z pasją oddałam się zwiedzaniu i poznawaniu okolicy. Oczywiście, na pierwszy plan poszedł właśnie Mediolan gdzie oprócz wielu interesujących zabytków było zawsze mnóstwo wystaw i frenetyczne życie, pełne rozmaitych atrakcji. Jednak po pewnym czasie poczułam potrzebę zmiany, więc zaczęłam planować wyprawy do innych miejscowości. Przy takich okazjach zwykle rozkładałam mapę Lombardii i zastanawiałam się jak, i gdzie powinnam pojechać, nie zapominając oczywiście o uprzednim "zasięgnięciu języka". W takich razach Patrycja (właścicielka apartamentu gdzie mieszkałam) była dla mnie niezastąpionym źródłem informacji. Pewnego razu powiedziałam jej o zamiarze wycieczki do niedalekiej Monzy.

 

 

Pamiętam, iż wykrzyknęła wtedy, że oczywiście, muszę tam jechać, i koniecznie zobaczyć żelazną koronę Longobardów. Byłam ogromnie zaskoczona, gdyż nie wiedziałam gdzie jest przechowywana, więc tym bardziej o tym, że można ją oglądać. Kiedy Patrycja zaczęła mi tłumaczyć, czym jest korona, przerwałam jej, mówiąc, że znam tę historię  (co przyprawiło ją o lekki szok, gdyż jak powiedziała, jest wielu Włochów którzy o niej nic nie wiedzą) i w takim razie pozostaje mi jedynie jechać tam w najbliższym czasie. Tak też się stało i pewnego listopadowego dnia wsiadłam do nieco rozklekotanego lokalnego autobusu. Monza ma ponad sto tysięcy mieszkańców, to dość spore miasto, z ładnym centrum i wieloma zabytkami (o których napiszę w następnych postach). Jednym z nich jest piękne Duomo, ze wspaniałą, elegancką i bardzo harmonijną, marmurową fasadą. Przy nim znajduje się Muzeum z niezwykłymi zbiorami precjozów z okresu wczesnego sredniowiecza, a najcenniejszym jest właśnie żelazna korona, która jako jedyny eksponat znajduje się w kościenej kaplicy a nie w podziemiach Muzeum. Kiedy weszłam do wnętrza Katedry uderzył mnie widok ciężkiego, (w przeważającej części barokowego) wystroju, sprawiający, iż w tym bogactwie trudno mi było skupić się na niezliczonych detalach, tym bardziej, że w świątyni panował półmrok. Po lewej stronie ołtarza głównego znalazłam obszerną kaplicę, zamkniętą ażurową kratą. Jej ściany pokrywały wspaniałe, późnogotyckie freski, przedstawiające sceny z życia królowej Teodolindy. Pamięć o królowej jest nadal żywa na terenie Lombardii, gdyż są tu liczne ślady, związane historią lub legendą z jej życiem. Jeden z nich to starożytna, dobrze mi znana droga, wiodąca nad brzegiem jeziora Como i nosząca nazwę Antica Strada Regina Teodolinda, gdyż uważa się, że to właśnie Teodolindzie zawdzięcza ona swoje powstanie. Spoglądając poprzez kratę zamykającą kaplicę widziałam w jej centralnym miejscu coś, co przypominało tabernakulum. Był to niewielki sejf z pozłacanymi drzwiczkami, a nad nim umieszczono replikę korony. Tę prawdziwą można bowiem zobaczyć jedynie po wykupieniu biletu i pod warunkiem, że zgromadzi się grupa licząca minimum osiem osób. Na szczęście nie musiałam długo czekać, gdyż chętnych do obejrzenia korony nigdy nie brakuje. Kustosz opiekujący się kaplicą otworzył przed nami kratę, po czym zaczął od dokładnych objaśnień na temat fresków, które widziane z bliska robiły naprawdę kolosalne wrażenie i z całą pewnością były jednymi z najpiękniejszych, jakie widziałam. Kiedy zakończył swój wykład, kazał nam zbliżyć się do sejfu, otworzył go i nacisnął przycisk. Z wnętrza na specjalnym rusztowaniu wysunęła się właściwa korona, a kustosz z ogromnym namaszczeniem oznajmił: Proszę państwa, oto ŻELAZNA KORONA LONGOBARDÓW! Kiedy uznał iż napatrzyliśmy  się wystarczająco, zamknął sejf i zaczął opowiadać jej historię. To był moment, kiedy moje nerwy, które trzymałam na wodzy gdy miałam przed sobą koronę, puściły, i najpierw poczułam szczypanie pod powiekami, a po chwili zaczęłam chlipać bez żenady. Chyba byłam pierwszą osobą w historii Muzeum, którą widok tego drogocennego zabytku doprowadził do płaczu. Kustosz i inni zwiedzający patrzyli na mnie ze zdziwieniem, więc zaczęłam coś nieskładnie wyjaśniać, ale tak naprawdę, cóż im mogłam powiedzieć? Czy to, że minęło prawie czterdzieści lat, od chwili, gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy na zdjęciu i dowiedziałam się o jej niezwykłej historii? Czy o tym, jaką drogę przebyłam z mojego miasteczka na Mazurach, zarówno  w sensie dosłownym jak  i w przenośni, aby stanąć w dawnej stolicy królestwa, które istniało tysiąc pięćset lat temu i na własne oczy zobaczyć ten klejnot, będący  jedną z najcenniejszych relikwii, zdobiący głowy władców począwszy od Longobardów, a skończywszy na Napoleonie Bonaparte? Życie przyniosło mi tę niespodziankę i zarazem dar, którego nie mogłam oczekiwać kiedy jako dziecko wertowałam szkolną książkę mego ojca. Niejednokrotnie słyszałam, że w chwili zagrożenia człowiek ma przed oczami całe swoje życie. W tym wypadku nie było mowy o żadnym zagrożeniu, lecz mimo to, widok korony był dla mnie niczym błyskawica, która w mojej głowie otworzyła jednocześnie tysiące szuflad ze wspomnieniami i emocjami, jakich nie byłam w stanie wyrazić.

 

Korona od czasów królowej Teodolindy jest związana z Katedrą w Monzie, gdzie była przechowywana przez wiele wieków. To drogocenny klejnot sztuki jubilerskiej, składający się z sześciu złotych płytek, połączonychkorona ze sobą za pomocą swego rodzaju zamków, i przymocowanych  nitami do żelaznego okręgu.  Zdobi ją czterdzieści sześć  reliefów wykonanych w złocie i wspaniałe kamienie szlachetne, których jest w sumie aż sto osiemdziesiąt. Prawdopodobnie pochodzi z V w, a sądząc po stylu, wykonali ją bizantyjscy złotnicy. Legenda mówi, że umieszczony w koronie żelazny gwóźdź jest jednym z tych, które odnalazła cesarzowa Bizancjum, Helena, matka cesarza Konstantyna. Koronowali się nią nie tylko królowie Longobardów, ale również Karol Wielki, liczni cesarze Świętego Cesarstwa Rzymskiego i królowie Włoch, między innymi: Otton I, Henryk IV, Fryderyk Barbarossa, Napoleon Bonaparte i Ferdynand I Austriacki. Ten ostatni po koronacji wywiózł ją do Wiednia, lecz po kilku latach oddano ją Włochom i ponownie wróciła do Monzy.

 Zdjęcie korony pochodzi z zasobów internetu, ponieważ jest ona bardzo troskliwie strzeżona i  fotografowanie absolutnie nie wchodzi w rachubę. Można ją oglądać jedynie w małych grupach, a przed kratą kaplicy zawsze jest profesjonalna, choć nieumundurowana  ochrona i stały monitoring telewizyjny. Oprócz tego w całej Katedrze obowiązuje surowy zakaz robienia zdjęć, więc wszyscy niepokorni są natychmiast wyłapywani przez służby porządkowe. Kiedy byłam w Monzie po raz pierwszy, pomimo kraty można było swobodnie ogladać replikę korony i freski w kaplicy. Obecnie na kracie powieszono szczelną kurtynę z grubej tkaniny, która wszystko przesłania, na dodatek cena biletu  wzrosła dwukrotnie!

 

 

Na moim blogu po prawej stronie pojawił się nowy link. Tego bloga pod tytułem "Rakwspak" poleciła mi zaprzyjaźniona BBM.

 Ja również gorąco zachęcam do wejscia na tę stronę i trzymania kciuków za jego autorkę!



niedziela, 25 grudnia 2011

                                                                                                                                                                                                                                                                          

 

 

I znów są Święta!

  Z tej okazji z całego serca życzę wszystkim czytelnikom mojego bloga a także ich bliskim,

 wiele szczęścia i radości, oraz spełnienia życzeń, realizacji zamierzeń i planów w 2012 roku.

 Niech ten Nowy Rok  przyniesie Wam tylko to, co najlepsze,

najwspanialsze wyprawy i odkrycia,

 a także przygody intelektualne i emocjonalne, 

 których się nigdy nie zapomina.

Sukienka_w_kropki 

                                                                     

 

 

 

10:44, sukienka_w_kropki , turystyczny
Link Komentarze (7) »
niedziela, 27 listopada 2011

działkaOsoby które do mnie zaglądają od czasu do czasu, zapewne domyślają się, że znów jestem w Polsce. Mam nadzieję, że tym razem mój powrót jest ostateczny i jeśli znów przyjdzie mi wyjechać poza granice kraju, będzie to jedynie wyjazd turystyczny. Nigdy nie miałam dużych wymagań, i jedyna rzecz, którą chciałabym mieć od życia to poczucie bezpieczeństwa, w tym również materialnego, oczywiście. Jednak jestem skłonna zacisnąć pasa, jeśli ma to być ceną za możliwość spania we własnym łóżku i budzenia się ze świadomością, że pierwsze słowa które usłyszę to będzie "dzień dobry"a nie "buon giorno" lub "ciao". Tak więc, nareszcie jestem u siebie i cieszy mnie to! Tym bardziej, że udało mi się zrealizować (choć jeszcze nie do końca) mój zamysł, który był jedną z przyczyn tego, że zdecydowałam się na przedłużenie mojego pobytu we Włoszech. Wiosną ubiegłego roku mój sąsiad i kolega pokazał mi zapuszczony i zdziczały ogród, sąsiadujący z jego bardzo zadbaną działką. Mimo iż znajdował się on w stanie dość opłakanym, urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Był tam stary, mały (lecz murowany) domek, sporo okazałych drzew, i mnóstwo kwiatów. Ogromne paprocie, całe łany tulipanów, narcyzów, stokrotek, fiołków, konwalii, niezapominajek i Bóg wie, czego jeszcze. Prawdziwy "Tajemniczy ogród"! Jego właściciele od kilku lat praktycznie przestali  go uprawiać, ograniczając się do sadzenia kilku rządków ziemniaków i marchewki, oraz koszenia  pozostałego terenu  raz do roku. działka Szczerze mówiąc, absolutnie nie należę do "krecików" którym do szczęścia jest potrzebne grzebanie w ziemi. Jestem raczej typem wizjonera o bujnej wyobraźni, i sprawia mi niesamowitą satysfakcję gdy mogę realizować moje nawet najbardziej fantastyczne zamysły wymagające ciężkiej pracy fizycznej. Takiej wizji doznałam na widok tego ogrodu, więc  zaczęłam namawiać Martę, aby wziąć go wraz z "dobrodziejstwem inwentarza". Marta również zapaliła się do tego pomysłu i zaczęłyśmy planować zmiany, które chciałybyśmy tam wprowadzić. Był  już praktycznie środek sezonu, więc w posiadanie działki mogłyśmy wejść  dopiero od tego roku. Było  jasne, że czeka nas ogrom zajęć, przede wszystkim przy zagospodarowaniu i remoncie domku. Uznałyśmy, że ogród i domek rzeczywiście "mają potencjał" jak to słusznie powiedział mój kolega.  Zgodnie postanowiłyśmy, że ja postaram się o fundusze, a Marta będzie to wszystko organizować, nadzorować, no i da swój wkład pracy. Mimo wszystkich "zakrętów" udało się nam nie tylko odnowić wnętrze domku. Został też pokryty dach, powstał komin do grilla i drewniany, zadaszony taras, w miejscu gdzie niegdyś były klatki dla nutrii. Jak zwykle w takich wypadkach, wszystko trwało  o wiele dłużej niż przypuszczałyśmy, a problemy i wydatki mnożyły się niczym króliki w cylindrze magika. Praktycznie tuż przed moim powrotem do domu większość prac została zakończona, a pozostałe, niestety, muszą zostać odłożone na przyszły rok. Na szczęście są to raczej prace kosmetyczne, w rodzaju ponownego malowania ścian zewnętrznych, podmalowania cegiełek  na kolor terrakoty,  malowanie drzwi i okienek, oraz zagospodarowanie ścieżek, a także renowacja starych kuchennych sprzętów,działka które spoczywały w piwnicy mojej mamy, lecz jak się okazało, będą nam świetnie pasowały do wyremontowanego domku. Poważniejsze prace wykonali nam dwaj panowie - murarz i stolarz, lecz wiele rzeczy zrobiłyśmy też same. Marta jest niezastąpionym "panem majstrem" co jest cechą genetyczną u kobiet w mojej rodzinie. Jej dziełem jest studnia  i krąg pod ognisko zbudowane z polnych kamieni, że nie wspomnę o zakładaniu zamków do drzwi i obiciu ich blachą, oraz pomalowaniu ścian. Ja przestałam się rwać  do tego typu prac przyjmując rolę pomocnika, gdyż samokrytycznie uznałam, że przyszedł czas na zmianę pokoleń. Natomiast mogę się poszczycić własnoręcznie założym trawnikiem, który koszony przez Martę, jak dotąd (odpukać!) prezentuje się naprawdę przyzwoicie, oraz projektem całości. Ten sezon zakończyłyśmy grabiąc niezliczone liście, przycinając gałęzie i wykonując inne pracedziałka porządkowe. Starałyśmy się, żeby rośliny w ogrodzie nie ucierpiały zbytnio, więc sądzę, że w przyszłym roku kwiaty będą kwitły tak pięknie, jak dotychczas. W tym roku dosadziłyśmy nieco roślin i mam nadzieję, że pomyślnie przetrwają zimę. Na wiosnę mamy zamiar  posiać inne kwiaty, jednoroczne i wieloletnie. Niewykluczone, że zrobimy też malutki warzywnik, gdyż Marta marzy o grządce z dyniami, a ja o hodowli ziół przyprawowych. W załorzeniu ogród ma spełnać funkcję rekreacyjną, więc większość roślin które mamy w planie, to byliny. Oczywiście, nie mam zamiaru siedzieć na tarasie z założonymi rękami przez całe lato i zdaję sobie sprawę, że każdy ogród wymaga systematycznej pracy. Dotychczas byłam osobą bardzo aktywną i jak sądzę, to zajęcie pozwoli mi na utrzymanie mojej formy fizycznej na należytym poziomie.działka

W tym całym tak pięknym planie, jest tylko jedno "ale" - włamania i dewastacje, które są plagą ogródków działkowych. W związku z tym chcemy jak najszybciej ubezpieczyć nasz ogród, gdyż szkoda byłaby dla nas nie do powetowania!

Ten wpis oczywiście odbiega od zwykłych tematów jakie poruszam na blogu, a do których powrócę niebawem. Piszę o naszym ogrodzie nie tylko dlatego, aby w pewnym sensie usprawiedliwić moje milczenie, lecz aby podzielić się  tym, co zdołałyśmy zrealizować. Proszę, trzymajcie  kciuki za nasz ogród!

Zamieszczam nieco zdjęć z naszej "dokumentacji fotograficznej". Zdjęcia ogrodu z dużą ilością zieleni zrobiłam w ubiegłym roku, kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy , a te jesienne - w tym  tygodniu, jest też kilka zrobionych przez Martę podczas lata, w trakcie prac. Kiedy wybierałam zdjęcia do tego wpisu, Marta spojrzała mi przez ramię i westchnęła: nie do wiary, jaką drogę przeszłyśmy! Ja sama też nie mogę w to uwierzyć, kiedy wspominam moment, gdy podczas mojego wiosennego urlopu zaczęłam wyrzucać tony rupieci z domku i własnoręcznie rozbierać drewniane klatki i płotki, gdzie nasz poprzednik hodował nutrie. Sama nie wierzę, że wywiozłyśmy te dziesiątki taczek wszelakiego śmiecia, usunęłyśmy setki chwastów, gruzu, fury opadłych liści i połamanych gałęzi. Mam też nadzieję że po tych naszych zabiegach ogród zachowa nieco charakteru, gdyż nie było moim zamiarem wywracanie go do "góry nogami". Ale na efekty musimy poczekać do wiosny!

09:28, sukienka_w_kropki , turystyczny
Link Komentarze (25) »
sobota, 05 listopada 2011

 Ten post "chodzi mi po głowie" od kilku dni. Trudno mi było coś napisać, gdyż ostatnio cierpiałam na chroniczny brak czasu w związku z zakończeniem pracy we Włoszech i planowanym powrotem do Polski. Jednak prawdziwym powodem było chyba to, że nie miałam pojęcia od czego zacząć. Bo co można napisać w obliczu tragedii ludzi, którym woda i lawiny błota w ciągu kilkunastu minut zamieniły życie w horror, a innym to życie zabrały? Powodzie zdarzają się na całym świecie, również Polska niemal co roku pada ich ofiarą, więc można powiedzieć, cóż, to  jeszcze jedna smutna historia, gdzie człowiek przegrywa z silami natury. W Ligurii deszcz pada od wielu dni i dzienniki telewizyjne pełne są alarmujących wieści. Tydzień temu dowiedziałam się, że Cinque Terre praktycznie przestały istnieć. Byłam tam trzy lata temu i do dziś mam w pamięci  letni dzień, kiedy płynęłam statkiem wzdłuż wybrzeża i patrzyłam na te maleńkie miejscowości położone na brzegu morza, w kotlinach pomiędzy górami. Riomaggiore, Manarola, Corniglia, Vernazza i Monterosso al Mare. Przyczepione niczym jaskółcze gniazda do skał i stoków gór, kolorowe domki, chłostane bryzą i palone słońcem. Kościół w Vernazza stojący tuż nad plażą  pełną porozbieranych ludzi, małe kawiarenki i sklepy z pamiątkami. Deptak w Monterosso, gdzie kwitło ogromne drzewo bugenwilli. Zostało mi z tego wspomnienie owego dnia i kilkadziesiąt zdjęć w internetowym albumie. Wtedy  zabrakło mi  czasu aby zobaczyć wszystko dokładnie  i niejednokrotnie myślałam o tym, że warto byłoby tam wrócić. Nie wróciłam, bo zawsze miałam więcej planów i miejsc które chciałam odwiedzić, niż czasu do dyspozycji. Teraz nie ma już do czego wracać, bo po ulewnych deszczach Cinque Terre zalały  woda i błoto, które spłynęły z okolicznych gór. Włoska telewizja codziennie pokazuje programy gdzie powtarza się pytanie: jak to możliwe -  przecież  ludzie egzystowali tam w zgodzie z naturą od stuleci  trudniąc się rybołówstwem i uprawiając poletka na tarasach położonych na zboczach gór. Te sztucznie stworzone tarasy wzmocnione murkami zbudowanymi metodą "al secco", czyli z łupanych kamieni ułożonych warstwami bez użycia zaprawy i pięć miejscowości położonych w niewielkich zatoczkach, uznano za dziedzictwo ludzkości i wpisano na listę UNESCO. Ich mieszkańcy przez całe wieki żyli w izolacji, gdyż  zatoczki były niedostępne od strony lądu i można było tam dotrzeć  jedynie od strony morza. Stąd też pochodzi ich nazwa  "Cinque Terre"- to po prostu "Pięć Ziem". Nazwa jest  może nieco dziwna, ale dla wielu pokoleń ludzi te spłachetki lądu na brzegu morza i tarasowe poletka były całym światem. Potem przyszedł rozwój ekonomiczny, nikt już nie chciał  mieszkać w odosobnieniu, wszyscy zapragnęli łatwiejszego życia i kontaktu z innymi regionami.  Do "Pięciu Ziem" zbudowano drogi dojazdowe i linię kolejową. Zaczęli napływać turyści i wciąż coraz miej osób zajmuje się uprawą poletek na tarasach, więc powstał problem, jak utrzymać to kłopotliwe dziedzictwo. Zacementowano też kamieniste łożyska strumieni, zamieniając je w ulice. Niegdyś, przez kilkaset lat ludzie nauczeni doświadczeniem pozostawiali  je w niezmienionym stanie, gdyż mimo iż suche przez większość miesięcy w roku, podczas ulewy stanowiły naturalny odpływ wody w kierunku morza. Teraz, po dokonaniu pozornych poprawek, padający deszcz  nie nadąża  wsiąkać w skalistą ziemię i zamienia  powierzchowną warstwę gruntu w błoto, które lawinowo przemieszcza się ulicami. Do tego dołącza się tragiczny w skutkach obyczaj wznoszenia budynków wbrew wszystkim zasadom i niejednokrotnie bez koniecznych zezwoleń. W tym roku, po raz kolejny, przyroda upomniała się o swoje prawa. Najbardziej ucierpiały Monterosso al Mare i Vernazza, położone najbliżej morza co okazało się zgubne ze względu na przypływ, gdyż miasta znalazły się w kleszczach podnoszacej się wody i zwałów błota. Znów szuka się przyczyn i winnych tragedii, a ludzie próbują ocalić to, co im jeszcze pozostało.

 Wczorajszy dzień przyniósł  następne wiadomości o  powodzi, tym razem w Genui, gdzie trzy strumienie wystąpiły z brzegów i w ciągu kilkunastu minut zalały niżej położone dzielnice miasta. Zajęta swoimi sprawami, nie zwracałam uwagi na włączony telewizor, kiedy ni stąd, ni zowąd,  usłyszałam relację z Ligurii. Jakaś kobieta płakała i krzyczała, gdyż na jej oczach utopiła się  matka z dwiema córkami. Niestety, nie były to jedyne ofiary, wieczorne wiadomości przyniosły doniesienia o następnych. I znów powtarzano  pytania i oskarżenia, oraz żądania dymisji urzędników, którzy podjęli błędne decyzje lub nie zareagowali w porę. Mówi się,  że ta tragedia była do przewidzenia, ponieważ Obrona Cywilna i Syndyk Miasta otrzymali wszystkie konieczne prognozy. Dlaczego w takim razie nie nakazano zawieszenia zajęć w szkołach, co kosztowało życie dwóch kobiet? Jedna z nich to  dziewczyna, która wyszła z domu po młodszego brata, drugą woda porwała wraz z synem. Chłopiec cudem się uratował, ale jego matka nie miała tyle szczęścia i utonęła.

.....

Włoski Parlament podczas dzisiejszego posiedzenia uczcił pamięć ofiar powodzi minutą ciszy.

 Prezydent Napoletano w ostry sposób skrytykował instytucje rządowe winne zaniedbań.

W dzisiejszych wiadomościach telewizyjnych przynajmniej  trzykrotnie usłyszałam piosenkę  "Dolcenera". Napisał ją Fabrizio de Andre po poprzedniej, tragicznej powodzi w Genui.

Ludzie wysyłają SMS-y za 2 euro, aby zasilić konto na pomoc dla poszkodowanych.

W Ligurii i pozostałych regionach Włoch w dalszym ciągu pada ulewny deszcz. 

 

Tym razem  tylko jedno zdjęcie >Liguria

 

piątek, 21 października 2011

CernobbioWielokrotnie  pisałam o tym iż jezioro Como szczyci się przepięknym pejzażem, który jest hojnym darem natury. Nie  da się  jednak ukryć że mieszkańcy tych terenów od stuleci wytrwale pomnażali te uroki, wznosząc tu malownicze miasteczka i wspaniałe wille. Płynąc statkiem można bez przeszkód podziwiać fasady tych pięknych budowli, często stojących wprost nad wodą, z prywatnymi przystaniami zwanymi tu "darsena" gdzie cumują łodzie niegdyś będące niezbędnym środkiem transportu, a dziś służące  przede wszystkim do rekreacji. Większość willi  nadal jest własnością prywatną, a ich nazwy to niejednokrotnie nazwisko właściciela  świetnie znane wszystkim miłośnikom historii. Również mieszkańcy niedalekiegowilla Erba Mediolanu będącego od wieków ważnym  centrum  władzy a później prężnym ośrodkiem przemysłowym, wznosili tu swoje letnie rezydencje nie żałując na ten cel pokaźnych sum pieniędzy gdyż nie tylko zapewniały im odpowiednią "oprawę" lecz  świadczyły też o prestiżu rodziny. Kiedy po raz pierwszy przepływałam statkiem po jeziorze nieopodal miasteczka Cernobbio,  zwróciła moją uwagę duża eklektyczna willa, z obszernymi schodami prowadzącymi na skraj wody. Domostwo pięknie się odcinało na willa Erbatle zieleni drzew i błękitnego nieba. Nie pamiętam już w jakich okolicznościach dowiedziałam się że jest to willa Erba, do niedawna będąca własnością rodziny Viscontich z której pochodził Luchino, wybitny reżyser filmowy. Później niejednokrotnie byłam w Cernobbio podczas moich wędrówek po okolicy Como.  Przechodziłam wtedy ulicą obok bramy prowadzącej do willi, która jednak jest zupełnie niewidoczna od strony miasta gdyż otacza ją rozległy park angielski, pełen starych drzew i gęstych krzewów. Oczywiście, korciło mnie żeby pójść śladami twórcy "Lamparta" lecz niestety, dowiedziałam się że jest to bardzo trudne gdyż posiadłość jest obecnie własnością Spółki, która  wynajmuje ją na ekskluzywne imprezy a także zajmuje się organizacją wystaw i kongresów na jej terenie. Ponieważ nie zanosiło się na to że wezmę udział w jednym z tych zdarzeń, pogodziłam się z myślą iż pozostanie mi oglądać willę jedwilla Erbaynie podczas rejsu statkiem. Co prawda nieco później okazało się że sporadycznie willa otwiera swoje podwoje dla szerszej publiczności, lecz nigdy nie udało mi się skorzystać z żadnej z tych możliwości i niejednokrotnie z żalem myślałam  o bezpowrotnie straconej okazji. I wtedy nieoczekiwanie  ni stąd, ni zowąd, dwa tygodnie temu, zdarzył się mały cud lub może lepiej, nadzwyczajny zbieg okoliczności. Była sobota i właśnie spędzałam w domu jeden z niewielu wolnych wieczorów, więc postanowiłam obejrzeć lokalny dziennik telewizyjny. Jaka była moja radość, gdy dowiedziałam się, że w willi Erba właśnie trwa wystawa ogrodnicza i w związku z tym przewidziane są rożne atrakcje, między innymi będzie można zwiedzać willę w niewielkich grupach, pod opieką przewodników. Uznałam że tej szansy absolutnie nie mogę przepuścić, tym bardziej że była piękna pogoda a niedzielę miałam praktycznie wolną aż do wieczora kiedy to powinnam rozpocząć następny dyżur.

Kiedy przybyłam do Cernobbio, pod bramą willi zastałam tłumy tłoczące się w kolejce po bilet wstępu na wystawę. Ponieważ przezornie nabyłam go wcześniej w Como ominęła mnie ta wątpliwa przyjemność, jednak mimo to, przybyłam  zbyt późno. Okazało się bowiem że do willi właśnie weszła ostatnia grupa "poranna" a następne wejście będzie dopiero o 15. Udałam się więc na zwiedzanie wystawy, która była zaiste imponująca (będzie o tym wpis) i po dokładnym zwiedzeniu wszystkich pawilonów wróciłam z powrotem  do willi, aby nie stracić następnej możliwości. Chętnych do zwiedzania było tak dużo, że przewodnicy podzielili nas na podgrupy i poprowadzili do wnętrza. Pierwszym pomieszczeniem gdzie się zatrzymaliśmy było okazałe patio z pięknymi stiukami i willa Erbawilla Erbakrużgankiem na piętrze. Ogromne wrażenie zrobił na mnie przeszklony dach  i delikatne kolory fresków na ścianach, a także  schody przy których widniały dwa wielkie portrety. Przewodniczka zatrzymała się przy nich aby opowiedzieć nam historię powstania willi. Dowiedzieliśmy się na wstępie że portrety te przedstawiają małżonków Erba - Luigiego i jego żonę, Annę (z domu hrabiankę  Brivio), jej pierwszych właścicieli i pomysłodawców. Luigi, zdolny muzyk, nauczyciel w mediolańskim konserwatorium, wydawca muzyczny i impresario, był młodszym bratem Carla Erby, który założył w Mediolanie pierwsze we Włoszech przedsiębiorstwo farmaceutyczne. Firma świetnie prosperowała i Carlo dorobił się znacznego majątku. Ponieważ zmarł bezżennie, po jego śmierci Luigi jako  wspólnik i jedyny krewny przejął całość  spadku. W 1886 roku wraz z żoną nabył  teren w Cernobbio pomiędzy jeziorem Como a stokiem Monte Bisbino. Niegdyś należał on do klasztoru benedyktynek a następnie przeszedł przez ręce kilku kolejnych właścicieli. Luigi i Anna mieli jasną koncepcję przyszłej posiadłości, więc przede wszystkim nakazali zburzenie wszystkich starych budynków. Powstał rozległy malowniczy park a w nim nowa willa w manierystycznym stylu, według projektu architektów Borsaniego i Savoldi.  Wystrojem wnętrz zajęli się inni artyści - Angelo Lorenzoli i Ernesto Fontana, malarz, który stworzył freski figuratywne. Bardzo bogato zdobione są przede wszystkim pokoje na parterze, które miały funkcję reprezentacyjną. Ich obszerne wnętrza odzwierciedlają nie tylko gust właścicieli i styl panujący w owych czasach, ale również możliwoścwilla Erbai finansowe zleceniodawców. Niczego tu nie brak - ani jedwabnych obić i rzeźbionych boazerii na ścianach, marmurowych kominków, czy weneckich żyrandoli. Jeden z niewielkich pokoików ma przepiękne obicia z kurdybanu, czyli drogocennej, złoconej skóry tłoczonej  przez rzemieślników w hiszpańskiej Kordobie. Mimo to, całość nie sprawia wrażenia domu tworzonego na pokaz, w celu olśnienia czy zaimponowania odwiedzającym te progi. Jest to dom ludzi którzy po prostu mieli pieniądze i nie wahali się je wydawać  na stworzenie pięknego miejsca, gdzie czuliby się dobrze. Po kilku latach od swego powstania, dom w drodze spadku stał się własnością Carli, jednej z dwóch córek Luigiego i Anny. Carla Erba była wspaniałym przykładem panny z dobrego (choć mieszczańskiego) domu. Piękna, utalentowana muzycznie, oprócz tego była kobietą mądrą i z charakterem. W 1900 roku    poślubiła księcia Giuseppe Visconti di Modrone. Rodzina Viscontich swego czasu panowała w Mediolanie i do dziś, zarówno tutaj jak i w innych miastach Lombardii można zobaczyć ich herb zwany "biscione"  ogromnego węża który pożera Saracena (widnieje on również w logo samochodów Alfa Romeo). Giuseppe Visconti mimo świetnego pochodzenia w żadnym razie nie był  typem złotego młodzieńca, który oddaje się wytracaniu rodzinnego majątku. Wykształcony, o wszechstronnych zainteresowaniach, początkowo pracował  na rzecz  firmy teścia komponując esencje zapachowe a następnie założył własną firmę, gdzie   stworzył kilka gatunków perfum, które cieszyły się dużym wzięciem. Był też członkiem zarządu Mediolańskiej La Scali i innych teatrów, ale dziełem jego życia chyba pozostało przekształcenie rodzinnego zamku Grazzano i przyległych terenów w neogotyckie miasteczko, gdzie powstały nie tylko domy mieszkalne ale również różnego rodzaju  pracownie rzemieślnicze i drobny przemysł. Co ciekawe, w projektowaniu tego wzorcowego miasteczka miał znaczny udział jego willa Erbaprzyjaciel - ni mniej, ni więcej - tylko sam  Gabriele  d'Annunzio a książę osobiście brał udział w pracach, min. malując freski na zewnętrznych ścianach niektórych domostw. D'Annunzio bywał też  w willi Erba gdzie nie był  jedynym wybitnym gościem -  odwiedzał ją także Arturo Toscanini, którego córki często spędzały  letnie dni bawiąc się  z dziećmi gospodarzy a także Giacomo Puccini. Rzec można, że poprzez małżeństwo Carli i Giuseppe zjednoczyła się arystokracja z pochodzenia z arystokracją finansową, a  owocem tego wwilla Erbazwiązku był jeden z najświetniejszych reżyserów w historii kina, Luchino Visconti.
Luchino urodził się w Mediolanie, lecz wraz z całą rodziną letnie miesiące spędzał w Cernobbio. Carla i Giuseppe mieli siedmioro dzieci: czterech synów i trzy córki. Na pierwszym piętrze willi, tam gdzie niegdyś były pokoje prywatne, można dziś obejrzeć zdjęcia z tych szczęśliwych dni. Widzimy na nich dwoje ludzi o wybitnej urodzie wraz z gromadką udanych dzieci o wielkich, ciemnych oczach. Jedno ze zdjęć przedstawia małego chłopca w dziecięcej sukience; to właśnie Luchino, przyszły geniusz kina i wyrafinowany artysta.  Można też zobaczyć jeden z jego pierwszych rysunków, na którym starał się przedstawić willę Erba. Szczerze mówiąc, trudno się tego domyśleć gdyż podobieństwo z oryginałem jest doprawdy znikome. Niestety, z atmosfery tamtych lat nie ostało się zbyt wiele. Z willi zniknęli nie tylko jej ówsześni mieszkańcy lecz również (praktycznie cały) ruchmy dobytek.willa Erba Umeblowanie jednego z salonów  możemy dziś obejrzeć na wyeksponowanych fotografiach, natomiast na piętrze pozostał nietknięty jedynie pokój "panienek" sióstr Idy Pace i Uberty, zwanych bliźniaczkami mimo iż naprawdę była między nimi różnica jednego roku. Obok ich pokoju jest inny, nieduży pokoik ze ścianami obitymi szarym suknem, obecnie służący za salkę konferencyjną. Niegdyś był on sypialnią Luchina a w drugim pomieszczeniu służącym mu z garderobę pozostała komoda z wbudowaną umywalką z której niegdyś korzystał. Jest jeszcze rodzinna łazienka, bardzo luksusowa jak na owe czasy kiedy to kanalizacja nie była rzeczą tak oczywistą jak dziś i w sypialniach powszechnie królowały "naczynia nocne". Poczesne miejsce  zajmuje tu marmurowa wanna z prysznicem, a obok niej widnieje muszla klozetowa z białej porcelany w kobaltowe wzory. Jest jeszcze seledynowa komoda, również wyposażona w umywalkę i duże lustro. Jak  wspomniałam, pomieszczenia na parterze wynajmowane są na ekskluzywne przyjęcia i wesela, natomiast pierwsze piętro oprócz niewielkiej części muzealnej którą tu opisałam, zajmują biura i pokoje Spółki. Nie ukrywam, iż byłam nieco rozczarowana tym obrotem rzeczy, gdyż spodziewałam się, że zastanę tu więcej pamiątek z przeszłości choćby przez pietyzm dla pamięci reżysera, który bardzo kochał ten dom i zarówno jemu a także  jego rodzeństwu, nieodmiennie kojarzył się on z osobą uwielbianej  matki.

 Niestety, wspólne szczęśliwe życie rodziny Viscontich nie trwało długo. Drogi Carli i Giuseppe po pewnym czasie zwilla Erbaaczęły się rozchodzić, aż doszło do ich całkowitej separacji. Visconti praktycznie na stałe zamieszkał  w Rzymie (krążyły plotki o jego romansie z królową Eleną di Savoia ) natomiast dzieci wraz z matką spędzały coraz więcej czasu w willi Erba. Zresztą obydwoje rodzice Luchina zmarli dość wcześnie, matka bowiem nie dożyła sześćdziesiątki natomiast ojciec odszedł zaledwie ją przekroczywszy. W czasie wojny willę zajęli Niemcy tworząc w niej swój sztab. Co ciekawe, Luchino mimo iż uwielbiał matkę która była zagorzałą zwolenniczką Mussoliniego i jego polityki, ze swoimi antyfaszystowskimi i lewicującymi poglądami był bliższy ojcu, który willa Erbarównież miał podobne tendencje. Po śmierci rodziców i zakończeniu wojny rodzeństwo Viscontich nadal spotykało się okazjonalnie w willi Erba organizując bale, koncerty i wspólne przyjęcia. Brakowało na nich nie tylko rodziców lecz i najstarszego brata Guido,  zginął on bowiem w bitwie pod El Alamein wypełniając rozkaz, który wysyłał go na pewną śmierć. Zapewne była w tych spotkaniach chęć odtworzenia szczęśliwej atmosfery dzieciństwa i epoki która minęła. Kiedy oglądam filmy Viscontiego mam wrażenie, że ta atmosfera, ten zapach domu, pozostał w nim na zawsze i znalazł swe odzwierciedlenie nie tylko w ich bogatej scenografii, ale równiez tematyce i filozofii, którą zawarł w swoich dziełach. Nie bez powodu chyba,  kluczową frazą "Lamparta" jest zdanie wypowiedziane przez księcia Salinę, takie gorzkie i mądre, a zarazem pełne pogodzenia się z przemianami jakie niesie życie;

           

               "Wszystko musi się zmienić, żeby wszystko pozostało tak samo".

 

 Luchino Visconti zmarł 17 marca 1976 roku a dziesięć lat później, po stu latach od chwili gdy Luigi i Anna powzięli zamiar zbudowania willi, jego  krewni podjęli decyzję o jej sprzedaży.

 

 Oczywiście, jak zwykle z pasją oddałam się mojej manii fotograficznej i w związku z tym można obejrzeć wiecej zdjęć willi Erba w albumie na Picasie pod linkiem

 >https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/VillaErba

 

poniedziałek, 10 października 2011

wystawawystawaCernobbio to niewielka, bardzo malownicza miejscowość, leżąca nieopodal Como na lewym brzegu jeziora o tej samej nazwie. Znajduje się tu kilka przepięknych willi, których uroki można podziwiać podczas rejsu statkiem. Widać wtedy w całej okazałości ich wspaniałe ozdobne frontony, zwrócone w stonę lustra wody. Kiedy po raz pierwszy wybrałam się w taki rejs moją uwagę zwróciła jedna z nich nosząca (jak się niebawem dowiedziałam) nazwę Villa Erba, od nazwiska rodziny właścicieli. Jednak dla milośników kina i kultury ważne jest przede wszystkim to, że jednym z jej lokatorów był Luchino Visconti. Napiszę o tym wiecej niebawem gdyż temat jest nie tylko interesujący, ale również  obszerny. Ostatnio nie piszę zbyt często ponieważ ten wystawamiesiąc jest dla mnie dość szczególny,  ostatni miesiąc we Włoszech przed powrotem do Polski. Nadal pracuję i powoli biorę się do pakowania mojego dobytku, oprócz tego od czasu do czasu staram się jeszcze zobaczyć coś wystawanowego. W związku z tym, nieco zaniedbałam mojego bloga a tym postem chciałabym nie tylko przypomnieć o sobie, ale również zapoczątkować małą serię wpisów na temat zdarzenia, w którym miałam okazję uczestniczyć w pierwszych dniach października. Ten ewenement to wystawa ogrodnicza, która odbyła się właśnie w Willi Erba. Widziałam tam wiele interesujących rzeczy i wspaniałych roślin, ale szczególnie zapadły mi w pamięć oryginalne lampy i dziewczyna, ktora je tworzy. Ta dziewczyna to właśnie Silvia, a lampy są wykonane metodą rzemieślniczą, z drutu i woskowanego papieru. Mogą służyć zarówno do oświetlenia wnętrza domu jak i ogrodu i gdyby nie to, że mój  jest położony z dala od domu, chyba bym się nie oparła ich urokowi. Z racji złodziejaszków grasujących na działkach  moja radość zapewne nie trwałaby zbyt długo więc powstrzymałam się od zkupu, co zaoszczędziło mi kłopotów związanych z wyborem jednej z nich, co też nie byłoby łatwą rzeczą. Chciałabym podzielić się z Wami tym wrażeniem i zaprezentować zdjęcia które wykonałam. Nawiasem mówiąc, kształty autorki tych  lamp wskazują na to że w niedalekiej przyszłosci spdziewa się narodzin potomka. Może dziecko które przyjdzie na świat będzie miało równie zręczne ręce i podobną fantazję, jak jego utalentowana mama? 

 Więcej zdjęć lamp (a także ich autorka)>https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/SilviaIJejLampy

wtorek, 27 września 2011

Triangolo LarianoJak już wspomniałam, postanowiłam odbyć wycieczkę"dwa w jednym" i po obejrzeniu źródła Menaresta zejść z płaskowyżu na którym leży Magrelio, na brzeg jeziora Lecco, do Onno. Kiedy kilka tygodni wcześniej płynęłam statkiem po jeziorze,  zafascynował mnie widok tej niewielkiej miejscowości położonej pod kilkusetmetrową, pionową ścianą skalną. Wybierałam się tam po obejrzeniu kościoła w Visino, ale ponieważ miałam mało czasu (czekał mnie jeszcze nocny dyżur)doszłam jedynie na tyle blisko że mogłam popatrzeć na nią z szosy biegnącej zakosami na przełęczy pomiędzy górami. Miałam wtedy zamiar dotrzeć do Onno pieszo a wrócić autobusem. Niestety, ten ostatni istniał jedynie w mojej (podobno aktualnej) książeczce z rozkładami jazdy, zaś w praktyce jego kursy zostały zawieszone o czym dowiedziałam się przez przypadek. Cudem udało mi się złapać tzw. "okazję" dzięki czemu zdołałam w porę dotrzeć do Asso a następnie do domu. Tym razem miałam zamiar podejść do Onno z przeciwnej strony, co według mojej  mapy powinno być sprawą dość prostą. Wynikało z niej że wystarczy znaleźć ścieżkę odbijającą w dół od drogi łączącej Asso i Bellagio, gdzieś pomiędzy wioskami Magreglio i Civenna. Szosa w tym miejscu tworzy podwójny zakręt i po pokonaniu drugiego, powinnam zacząć schodzić w dół. Różnica poziomów wynosi w tym miejscu około 550 m, a do przejścia powinnam mieć około czterech kilometrów gdyż ścieżka prowadziła w poprzek zbocza, łagodnym  łukiem schodząc coraz niżej. Faktycznie, tuż za zakrętem zauważyłam coś na kształt polnej drogi, która  dość szybko doprowadziła mnie do bramy pola campingowego. Tablica na bramie głosiła, iż wstęp na teren mają jedynie klienci campingu, więc nie miałam tam czego szukać. Nieopodal mieszkali jacyś ludzie u których próbowałam się dopytać o ścieżkę do Onno, lecz nikt nie potrafił mi udzielić informacji na ten temat. Rozczarowana, wróciłam na szosę i po kilkudziesięciu metrach znalazłam następną wąską drogę, tym razem asfaltową. Ta również zdecydowanie prowadziła w dół po zalesionym stoku góry. Z mapy wynikało że jest to droga jezdna, którą powinnam dojść wprost na brzeg jeziora. Ogarnęły mnie wątpliwości, kiedy po  przejOnnościu dość sporego odcinka znalazłam się przed dwoma słupkami, będącymi niegdyś częścią nieistniejącej już bramy. Wyglądało na to że był to prawdopodobnie teren prywatny, gdyż na jednym z nich widniał numer posesji. Mimo to droga była  ogólnie dostępna, więc postanowiłam kontynuować wędrówkę, w nadziei, że jednak uda mi się zejść na brzeg jeziora. Przeszłam jeszcze kilkadziesiąt metrów i po chwili   wśród drzew zobaczyłam dość spory malowniczy staw w dobrze utrzymanym parku. Na trawniku pośród drzew widniały liczne nowoczesne rzeźby i duży ładny dom, przy którym kręcili się ludzie prawdopodobnie będący pracownikami firmy zajmującej się pielęgnacją ogrodów. Zastanowił mnie fakt iż tak zasobne domostwo nie jest ogrodzone, nie było też nawet najmniejszej tabliczki mówiącej o zakazie wstępu na teren prywatnej posesji jakie w Lombardii można spotkać na każdym kroku, nawet na polu czy pastwisku. Miałam wielką ochotę zrobić tam parę zdjęć gdyż park był naprawdę piękny a  rzeźby wyglądały na dzieła o dużej wartości artystycznej. Uznałam jednak że to zbyt ryzykowne, bo o ile w razie czego  jakoś bym wytłumaczyła moją tam obecność to robiąc zdjęcia bez wątpienia mogłabym zostać oskarżona o naruszenie czyjejś prywatności. Przezornie oddaliłam się od efektownego domostwa a droga zaprowadziła mnie na niewielką polankę przy której stał drugi, zupełnie zwyczajny stary dom, tym razem ogrodzony. Tu asfalt urywał się definitywnie. Okna domu były otwarte, grało radio, więc najwyraźniej ktoś był w środku. Postanowiłam zadzwonić do drzwi i zapytać czy da się jakoś dotrzeć na brzeg jeziora. Na dźwięk dzwonka zjawiła się młoda kobieta która co prawda nie mogła mi pomóc, ale zawołała swego męża  posiadającego większą wiedzę na ten temat. Jej mąż okazał się bardzo sympatycznym młodym człowiekiem i słysząc o co chodzi, podjął się wskazać mi drogę. Szybko włożył buty trekkingowe na bose nogi i zaprowadził mnie  na skraj polany. Tu znajdowała się dróżka częściowo zarośnięta krzakami i prawie niewidoczna. Myślałam że to koniec wskazówek ale okazało się, że nie  jest to takie proste, jak sądziłam. Poszliśmy razem  jeszcze kawałek przez las a w tym czasie Carlo (tak miał na imię sympatyczny pan) tłumaczył mi, w jaki sposób mam się orientować w terenie gdyż ze ścieżki właściwie nikt nie korzysta, więc oznakowań dawno nie odnawiano. Za punkty orientacyjne miały mi posłużyć: rzeczka, mostek i wielki stary kasztan a gdybym zabłądziła i zgubiła drogę mogłam ewentualnie skorzystać z przesieki pod trakcją elektryczną, która   podobnie jak ścieżka prowadzi na dół na brzeg jeziora, co jednak według niego było rozwiązaniem ostatecznym. Na wszelki wypadek dał mi swój numer telefonu z zalOnnoeceniem abym zadzwoniła, jeśli sytuacja będzie tego wymagała. Na zakończenie ostrzegł mnie też że w lasku mogą być żmije więc idąc powinnam robić jak najwięcej hałasu, najlepiej używając do tego celu kijka. Szczerze mówiąc to wszystko  nie wyglądało różowo, ale postanowiłam zaryzykować. Droga przez las nie była zbyt przyjemna, a po pewnym czasie ścieżka zniknęła zupełnie co sprawiło że poczułam się  naprawdę niewyraźnie. Na szczęście, w pewnej odległości ujrzałam na drzewie  prawie zatarte niebieskie kółko, będące oznakowaniem szlaku. Kiedy doszłam do tego miejsca i nieopodal zobaczyłam mostek o którym mówił Carlo. Za mostkiem znalazłam coś, co kiedyś mogło być  ścieżką i po kilkunastu minutach z ulgą dotarłam do ogromnego kasztana. Tu ścieżka znowu zniknęła, więc uruchomiłam mój szósty zmysł i poszłam na chybił - trafił. To była dobra decyzja, bo odnalazłam jej następny odcinek a ten zaś doprowadził mnie do niewielkiej kapliczki. Okazało się, że stoi ona na skraju mulatiery a obok niej widniał mały słupek z  tabliczką mówiącą o tym, że idąc w dół dotrę nią do Vasseny, wioski leżącej się nad brzegiem jeziora nieopodal Onno, natomiast jej górny odcinek prowadzi do Civenny.  Gdybym pierwotnie poszła jeszcze dalej szosą w stronę Civenny, prawdopodobnie prędzej czy później natrafiłabym na tę mulatierę. Popełniłam błąd, gdyż skręciłam zbyt wcześnie jednak tu muszę się rozgrzeszyć, gdyż  mapa okazała się zupełnie niezgodna z rzeczywistością.  Na moje szczęście i dzięki pomocy Carla wszystko dobrze się skończyło a mulatiera po kilkunastu minutach istotnie zaprowadziła mnie do Vasseny. Nie napotkałam też żadnej żmii być może spłoszyłam je hałasując kijkiem i butami, jak mi radził Carlo? Mimo mojej obawy przed gadami myślę że jest mało prawdopodobne aby takie spotkanie groziło mi ukąszeniem, gdyż udając się w góry zawsze, nawet wnajwiększe upały,  przezornie zakładam długie spodnie i grube długie skarpety trekkingowe i takież buty z wysoką cholewką. Wielokrotnie bowiem ostrzegano mnie o tym bardzo realnym zagrożeniu jakim są żmije  których tu nie brakuje. Na początku mojej "kariery łazika" byłam w górach z grupą innych osób na wycieczce  z przewodnikiem alpejskim, który zupełnie niespodziewanie nakazał nam być cicho a następnie wskazał na  żmiję ukrytą w trawie pod drzewem na skraju ścieżki. Kilkakrotnie widziałam też żmije przejechane przez samochód, na asfaltowych, górskich drogach. Od tej pory jestem bardzo ostrożna i unikam schodzenia ze szlaku i chodzenia po trawie aby nie "kusić złego licha". 


 Kiedy znalazłam się w wiosce natychmiast zadzwoniłam do miłego pana Carla aby go powiadomić iż szczęśliwie dotarłam do celu. Miałam wrażenie że bardzo się ucieszył, nie omieszkał też wypytać mnie o stan dróżki i czy wskazówki których mi udzielił były użyteczne. Podziękowałam mu z całego serca za okazaną pomoc, bez której w tej sytuacji z całą pewnością nie dałabym sobie rady. Szczerze mówiąc,  miałam też ochotę poprzeklinać siarczyście kiedy jeszcze raz wyciągnęłam mapę gdzie jak byk widniała droga jezkapliczkadna z Magreglio do Vaseny, która w rzeczywistości urywała się nieopodal domu Carla a także szlak pieszy do Onno, o którym nikt z miejscowych ludzi nie słyszał. Oczywiście, nie było na niej również żadnego śladu po mulatierze na którą natrafiłam przypadkiem. Na pociechę jednak, wchodząc do wioski znalazłam się wprost na przystanku  i patrząc na rozkład jazdy z radością stwierdziłam, że za kilka minut będzie autobus do Onno. Ponieważ miałam mój całodobowy bilet na wszystkie środki lokalnej komunikacji, mogłam sobie zaoszczędzić kilku dodatkowych kilometrów marszu po asfalcie. Gdy dotarłam wreszcie do Onno okazało się że ta miejscowość tak atrakcyjnie wyglądająca gdy patrzyłam na nią ze statku widziana z bliska, nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Malutka przystań, kilka domów pod skalną ścianą i kamienista wąska plaża, to wszystko można było ogarnąć jednym rzutem oka. Na domiar złego, jezioro w tym miejscu wyraźnie cuchnęło rybą z której życie uciekło dość dawno temu. Ku mojemu żalowi nie było nawet przyzwoitej lodziarni! Niestety, do tego wszystkiego słońce stało już wysoko i w związku  z tym miałam też problem ze zrobieniem zdjęć skalnego urwiska, które faktycznie wyglądało imponująco. Na  osłodę  był tu przepiękny widok na jezioro Lecco, oraz niezawodne w tym względzie Grigne. Mimo to, zła i zmęczona tym tak mało ciekawym rozwojem wypadków, postanowiłam jak najszybciej wracać do domu. Ponieważ jednak życie nie zawsze jest tak proste jak byśmy sobie tego życzyli, musiałam jeszcze zatoczyć spore koło jadąc autobusem  do Bellagio aby stamtąd udać się do Asso, skąd odjeżdżał mój pociąg. No cóż, cała ta wyprawa to był przecież "szatański plan"! Poza tym życie jeszcze raz potwierdziło to, co  wiedziałam od dawna. Jeśli mam komuś lub czemuś, ufać, to (przynajmniej w Lombardii) nie są to  z całą pewnością:

a) zegary uliczne

b) rozkłady jazdy na przystankach autobusowych

c) mapy


Nie polOnnoiczę ile razy w ciągu tych lat które tu spędziłam sama się wyprowadziłam w pole za pomocą tych trzech czynników. Jak słusznie zauważyła Marta powinnam już do tego  przywyknąć, ale mimo wszystko, zazwyczaj nie mogę się otrząsnąć po kolejnym doświadczeniu tego typu. Negatywna opinia na ten temat nie jest tylko moim wymysłem, sami Włosi przekąsem mówią  o swoim kraju " Paese delle meraviglie" czyli "Kraj cudów" lub "dziwów", niczym zskakująca "Kraina czarów"do której trafiła Alicja z popularnej książki dla dzieci (i nie tylko).

A co do mapy to zweryfikowałam ją z inną, która bardziej przystawała do realiów jednak i tam znalazły się nieścisłości. W każdym bądź razie, nie było na niej ani asfaltowej drogi do Vaseny ani ścieżki do Onno której nadaremnie szukałam. Zresztą, jak już wspominałam nie było to pierwsze zdarzenie tego rodzaju w moim życiu, ale mimo wszystko nie zniechęciło mnie to do wędrówek. Mogę śmiało powiedzieć, że te logistyczne kłopoty zawsze z nawiązką wynagradzało mi  piękno natury i fakt, że na mojej drodze spotkałam naprawdę bardzo, bardzo liczną rzeszę wspaniałych, sympatycznych i życzliwych ludzi !

Jak zwykle jet album na Picasie, a przy nim dla zainteresowanych również  MAPKA OKOLICY

https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/Onno

środa, 21 września 2011

źródło LambroZ rzeką Lambro zawarłam znajomość podczas krótkiego pobytu w Caslino d’Erba, malutkiej miejscowości leżącej u podnóża Pre-Alp, w kotlinie pomiędzy górami Capanna Mara, Monte Barzaghino i Monte Scioscia. Obok wioski przebiega droga wiodąca z Bellagio do Asso, Erby i dalej, do Como. Od Canzo do Caslino, drodze towarzyszy wąski, rwący i szumiący strumień. To właśnie Lambro, która jak mi wtedy powiedziano, potrafi narobić niezłych szkód, kiedy nadciągają kilkudniowe ulewy. Bardzo mnie to  zdziwiło, gdyż rzeka z niewielką ilością wody w kamienistym korycie, nie wyglądała groźnie, a ja tak naprawdę nie miałam wtedy pojęcia o kataklizmach jakie tu powodują kilkudniowe opady. Kręcąc się przez wiele lat po okolicy, niejednokrotnie jeszcze stawałam na  jej brzegu, lub na przerzuconym ponad nią moście. Niedawno, kiedy dzieliłam się z jednym z kolegów wrażeniami z wycieczki na San Primo, usłyszałam, że byłam bardzo blisko źródła gdzie rodzi się Lambro i o tym, że prowadzi tam oznakowany szlak łączący Magreglio i Piano Rancio.źródła Lambro

Puściłam w ruch moje przewodniki i mapy, pomyszkowałam przez chwilę w internecie, poczym stwierdziłam, że istotnie, mźródła Lambrooże to być miła i relaksująca wyprawa. Ponieważ wyglądało na to, że nie zajmie mi  dużo czasu, postanowiłam, iż po obejrzeniu źródeł rzeki i powrocie do Magreglio, zejdę w dół, na brzeg jeziora, i w ten sposób dotrę wreszcie do Onno, co mi się nie udało podczas mojej wyprawy do Valbrony. Plan wyglądał na dobry i pozostało  tylko go zrealizować. Kiedy dotarłam do Piano Rancio, okazało się, że szlak do źródła to wygodna, szeroka, droga przez las. Do celu dotarłam więc bardzo szybko, i ani się nie obejrzałam, kiedy stanęłam na małym, drewnianym mostku, pod   którym coś ciurkało. Po jego drugiej stronie znajdowała się skała, spod niej zaś  wpływała odrobina wody. Na skale umieszczono tabliczkę donoszącą, iż jest to źródło Menaresta, gdzie bierze swój początek rzeka Lambro, która po przebyciu stu trzydziestu kilometrów, łączy swe wody z wodami Padu. Nie miałam najmniejszego zamiaru towarzyszyć jej aż tak daleko, jednak chcąc dotrzeć do Magreglio, należało pójść z jej biegiem przez jakieś marne trzy kilometry. Tuż obok mostku była mapa, z której wynikało, iż nieopodal znajdują się inne pomniki przyrody warte aby na nie rzucić okiem. Najbliższy nosił nazwę „Buco della Pecora” czyli „Owcza jama” i okazał się być grotą, do której prowadziły dwa wejścia. To, które było widoczne na źródła Lambropierwszy rzut oka, miBuco della Pecoraało kształt okrągłej dziury przez którą faktycznie mogłaby się przecisnąć jedynie owca i to niezbyt duża. Pod skałą znajdowała się rozpadlina, a dalej następne wejście, którego nawet nie miałam zamiaru oglądać. Jaskinie i rozpadliny budzą we mnie bowiem nabożny lęk, na równi z krowami i wężami. Zorientowałam się,  że jest tam to drugie wejście, ponieważ chwilę wcześniej, w lasku, spotkałam trzech chłopaków, z którymi rozmawiałam przez chwilę. Wyprzedzili mnie nieco, więc widziałam jak weszli do rozpadliny. Kiedy doszłam do skały słyszałam jeszcze ich głosy, jednak szybko one umilkły, więc prawdopodobnie młodzieńcy poszli spenetrować jaskinię. Ja natomiast puściłam się w dalszą drogę oglądając prlaszy okazji ogromne głazy narzutowe, które wiele tysięcy lat temu pozostawił tu pełznący lodowiec. Rejon Triangolo Lariano w którym się znajdowałam jest bardzo ciekawy pod względem geologicznym i można tu zobaczyć całe mnóstwo tego rodzaju znalezisk. Wędrowałam od głazu do głazu, wzdłuż Lambro, która w międzyczasie zamieniła się w wąski strumyk. Pomykał lason raźno po kamieniach, szemrząc wesolutko, niczym chłopaczek, który wybiegł na ulicę nucąc swoją ulubioną piosenkę. Ale tak jak z wesołych chłopaczków czasem wyrastają osiłki, które po latach wybijają innym zęby lub łamią kości, tak i na pozór niewinna Lambro, po przebyciu kilkudziesięciu kilometrów, w okolicy Mediolanu, zamienia się w niebezpieczną rzekę, która w okresie przyboru wody potrafi narobić dużych szkód. Rzeki w Lombardii, także Lambro  i przepływająca nieopodal Limbiate rzeka Seveso, w obrębie zabudowań mają uregulowane brzegi i płyną w głębokich na kilka metrów, obmurowanych korytach. Kiedyś zdarzyło mi się zobaczyć Seveso po kilkudniowych, lecz niezbyt  ulewnych deszczach. Nie wierzyłam własnym oczom,  na widok rwącej wody, która wypełniała to kamienne koryto prawie po brzegi. Taka sytuacja powtarza się co roku na wiosnę i na jesieni, a w najlepszym wypadku Straż Pożarna ma wtedy pełne ręce roboty, przy wypompowywaniu wody z piwnic i innych, niżej położonych pomieszczeń. Zresztą co tu dużo opowiadać, w Polsce także zdarzają się zalania, podtopienia i dewastujace powodzie, więc każdy albo to przeżył, albo zna z wiadomości. Pamiętam, jak kilka lat temu, pewna Polka, którą poznałam we Włoszech, opowiadała mi o powodzi, jaka nawiedziła Kędzierzn - Kożle. Nigdy tego nie zapomnę, gdyż początkowo opowiadała o tym zupelnie spokojnie, lecz w pewnej chwili zaczęła się trząść i wybuchnęła płaczem, mimo iż od tego przeżycia minęło wiele lat. lambro

 Ja natomiast po przebyciu kilku kilometrów przez las, doszłam w pobliże Magreglio. Tu Lambro, choć wciąż niezbyt okazała, zasłużyła sobie jednak na  niewielki, lecz kamienny, mostek. Pożegnałam rzeczkę i malowniczą mulatierą a następnie  stromymi uliczkami, dotarłam do placu w centrum wioski. Teraz należało poszukać ścieżki wiodącej nad brzeg jeziora. Jak się okazało, był to iście szatański plan, ale o tym będzie w następnym wpisie.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Najlepsze Blogi

Pisz swój dziennik w Internecie