Zawsze pasjonowało mnie odkrywanie świata, później narodziła się moja pasja fotograficzna. Przez wiele lat mieszkałam i pracowałam we Włoszech. Ich efektem jest nie tylko mnóstwo wspomnień tego co widziałam, lecz także kilka tysięcy zdjęć w komputerze. Moje wędrówki były odległe od najczęściej uczęszczanych szlaków, niemniej widziałam miejsca i rzeczy warte upamiętnienia. Dlatego też, postanowiłam na łamach tego bloga podzielić się moimi włoskimi impresjami. Co do innych zainteresowań - lubię malarstwo, literaturę i dobrą muzykę, niezależnie od gatunku.
Kategorie: Wszystkie | pamiętnik | turystyczny
RSS

turystyczny

wtorek, 23 sierpnia 2011

     triangolo Lariano 

Nad Lombardię nadciągnęła fala afrykańskiego upału. Właściciele domku
pojechali nad Morze Jońskie, zostawiając mnie na gospodarstwie w
towarzystwie psa i kotów. Wszyscy czworo umieramy z gorąca, a ja
dodatkowo biję się z myślami, co zrobić z jutrzejszym dniem wolnym. Jest
nie tylko gorąco ale i wilgotno, więc dłuższe piesze wędrówki mogą się
źle skończyć. Oprócz tego, jest to pogoda która nie sprzyja robieniu
zdjęć, więc  to jeszcze jeden minus. Na razie kontentuję się
wspomnieniami z mojej ostatniej wyprawy na Monte San Primo.

Triangolo Lariano 

Jest to najwyższe (1680m) wzniesienie w trójkątnym obszarze pomiędzy 
odnogami jeziora Lario i ma  kształt wydłużonego grzbietu, leżącego w osi 
 wschód-zachód. Południowy, trawiasty stok spływa na płaskowyż Piano di Tivano,
natomiast północny, stromy i skalisty, jest porośnięty lasem. Tu
rozciąga się drugi płaskowyż - Piano Rancio, a u podnóża góry znajduje się park 
krajobrazowy, dolina zwana Parco San Primo. Od dawna nosiłam się z 
zamiarem wycieczki w te strony, trudno jest jednak zsynchronizować mój
wolny czas z odpowiednią pogodą, gdyż jak już niejednokrotnie pisałam,
przejrzyste powietrze zapewniające dobrą widoczność, to w Lombardi
prawdziwa rzadkość. Zarówno podczas kiedy pracowałam w Saronno jak i
obecnie, mogę zobaczyć tę górę kiedy patrzę przez okno mojej dyżurki.

 
Triangolo Lariano

Najczęściej spowija ją opar foschii, czasem jednak jest widoczna w całej
swojej wspaniałości, co oczywiście sprawia, iż jestem niepocieszona,
ponieważ jest to dla mnie dzień pracy.  W zasadzie chodzenie po górach
zawsze  daje mi ogromną satysfakcję, jednak jest ona zdecydowanie
większa przy dobrej widoczności. Nie bez znaczenia jest też fakt, iż  w
okresie dużej wilgotności powietrza pot leje się z człowieka strumieniami i
zmęczenie bardziej daje się we znaki. Kilka dni temu tak się szczęśliwie
złożyło, że po okresie deszczu zaczęły wiać silne wiatry i pogoda
zrobiła się wprost idealna na taką wyprawę. Na dodatek miałam właśnie
wolne, co ostatnio nie zdarza się zbyt często. Dzień wcześniej
przygotowałam mój ekwipunek i nazajutrz, wcześnie rano, wsiadłam do
pociągu jadącego w kierunku Asso. Stąd lokalnym autobusem udałam się w stronę
Bellagio, do niewielkiego skupiska domków leżących u podnóża góry, na
terenie Parku San Primo. Na miejscu znalazłam się w dość licznym
towarzystwie. Przyjeżdża tam bowiem wiele osób aby odpocząć na świeżym
powietrzu, poopalać się, lub zjeść regionalny obiad w schronisku czy  
malowniczej restauracji. Część, tak jak ja, wybiera się na wędrówkę po
okolicznych górach, jednak jest to zdecydowanie mniejsza grupa. Po
przybyciu na miejsce, niezwłocznie ruszyłam w stronę schroniska
"Martina"gdzie zaczyna się ścieżka wiodąca na szczyt.

Triangolo Lariano 

Leży ono na wysokości około 1000 metrów, więc kiedy tam się znalazłam oczarował mnie
widok, który roztoczył się przede mną. Zielone stoki wzniesień wokół
doliny, szafirowe jezioro  i wspaniała panorama Alp na horyzoncie
były widoczne jak na dłoni. Nie mogłam się wprost doczekać kiedy stanę
na szczycie i zobaczę to wszystko w całej okazałości. Dało mi to
dodatkowy napęd, więc raźno zaczęłam się wspinać po nieco błotnistej
ścieżce pomiędzy drzewami. I tu mój niezawodny kijek okazał się
rzeczywiście niezbędny, gdyż ścieżka z błotnistej dość szybko zmieniła
się w kamienistą. Spore odłamki skał tworzyły swego rodzaju stopnie a
niektóre z nich były dość wysokie dla osoby o moim wzroście. Mimo to,
szło mi się bardzo dobrze. Ponieważ zbocze jest  strome te
kamieniste "schody do nieba" są prawdziwym dobrodziejstwem natury. Do
pokonania miałam około 600 m różnicy poziomów, lecz sprzyjało mi rześkie
powietrze i cień, który dawał liściasty, niezbyt gęsty las. Ani się nie
obejrzałam, kiedy weszłam na ostatni odcinek ścieżki, gdzie mogłam już
zobaczyć zaokrąglony kształt szczytu i błękitne niebo ponad nim. Jeszcze
kilkadziesiąt metrów i znalazłam się u celu.

Triangolo Lariano

 Widok był oszałamiający!
Na wprost widziałam półwysep Bellagio gdzie jezioro dzieli się na trzy
części. W głębi majaczyło miasto Chiavenna a poza nią przestrzeń
zamykał łańcuch Alp, gdzie mogłam dostrzec biały rąbek Berniny. Z prawej strony
miałam Monte Legnone i majestatyczne Grigne, a z lewej Monte Generoso,
wspaniałą Monte Rosa i szpiczasty Matterhorn. Nieco bliżej, pomiędzy
zielonymi kopcami Pre-Alp widać było błękitne fragmenty jezior, Lugano,
Varese i Maggiore. Od strony południowej, za doliną Piano di Tivano,
wznosił się łańcuch Monte Palanzone i Monte Bolettone, Corni di Canzo i
Cornizzolo. Jeszcze dalej leżała Dolina Padu, zatopiona w błękitnej
poświacie. Słońce stało wysoko, więc nad całą jej powierzchnią unosił
się leciutki opar foschii rozedrgany światłem. Tam gdzieś był Mediolan i
Limbiate, a nieco bliżej Erba i pagórki Brianzy. Trudno mi było oderwać
oczy od tej wspaniałej panoramy, która roztaczała się wokół. Jak zwykle
zrobiłam ogromną ilość zdjęć i z żalem ruszyłam w drogę powrotną.

 Triangolo Lariano

Co ciekawe, chyba tylko ja przyszłam na szczyt od strony Parco 
San Primo. Na górze spotkałam  dość sporo osób, lecz wszyscy przyszli od strony 
Piano di Tivano lub Colmy di Sormano (miejsca gdzie kończy się sławny
etap wyścigu "Giro d"Italia", Muro di Sormano, o którym pisałam na
jesieni). Ta droga na szczyt to szeroka, wygodna ścieżka, nie sprawiająca
 problemów, lecz ja nie chciałabym być w ich skórze, kiedy po "schodach" będą 
schodzili do schroniska! Być może część z nich miała w planie przejście
włoskiej "ścieżki nr 1" łączącej Como i Bellagio. Jest to piękna trasa,
jednak nie da się jej przejść w jeden dzień, więc należy zatrzymać się
na noc po zejściu z Monte Palanzone . Mój plan nie był tak ambitny, wiec
 pogratulowałam sobie pomysłu przejścia od strony północnej, bo teraz  idąc
mogłam do woli delektować się widokiem otwartej przestrzeni, bez
konieczności patrzenia pod nogi. Pogoda była wspaniała, wiał lekki
orzeźwiający wiatr i w związku z tym, dość wysoka temperatura nie dawała
mi się we znaki.

Triangolo Lariano 

Kiedy pokonałam odcinek drogi prowadzący wzdłuż
grzbietu, doszłam do miejsca gdzie  należało zejść w dół, w stronę Piano
Rancio. Tu na szczycie Monte Ponciv zobaczyłam  jakiś przekaźnik, a tuż
obok, dziwne monstrum, którego w pierwszej chwili nie mogłam z niczym
skojarzyć. Jedyne co mi przyszło do głowy, to maszyny w kształcie wieży w
których przemieszczali się Obcy z "Wojny Światów". Przez chwilę
przemknęła mi przez głowę myśl, że może za chwilę usłyszę żałosne "U
aaa", niczym bohater książki błądzący w porannej, londyńskiej mgle.
Jednak nic takiego się nie wydarzyło i po przejściu kilkudziesięciu
metrów zobaczyłam monstrum z drugiej strony, i wtedy okazało się, że to
po prostu najniewinniejsza w świecie część wyciągu narciarskiego.
Uspokojona poszłam dalej, kiedy w połowie drogi natknęłam się na stado
krów. Trochę mnie zbił z tropu ich widok, lecz na szczęście pasły się
spokojnie i ani im było w głowie szarżować w moją stronę, więc w nagrodę
zrobiłam im kilka zdjęć. Gdy skontrolowałam czas okazało się, że
niestety, ostatni autobus do Asso pojedzie beze mnie.

Triangolo Lariano  

Gdybym nie marudziła po drodze podczs robienia zdjęć, za chwilę pojechałabym w stronę domu, a tymczasem czekał mnie jeszcze siedmiokilometrowy marsz do Magreglio              gdzie był następny przystanek z którego odjeżdża więcej autobusów w stronę Asso.                               Miałam jednak szczęście, bo na parkingu w dolinie natknęłam 
się na francuską rodzinę, która właśnie odjeżdżała w stronę Piano Rancio. 
 Bez problemu zrobili mi miejsce w samochodzie i dzięki temu do 
przejścia pozostała mi jedynie połowa trasy. Nie narzekałam, bo
asfaltowa droga w dół prowadziła  przez las, a w prześwitach pomiędzy
drzewami znowu mogłam popatrzeć na jezioro Lecco i wspaniałe sylwetki
Grigni. Jednak gdy na koniec dotarłam do przystanku, z ulgą zdjęłam
plecak i  usiadłam na ławce. To był wspaniały dzień i piękna wycieczka,
lecz pięć godzin marszu robi swoje!

Na Picasie jest album Monte san Primo, a w nim więcej zdjęć >

https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/MonteSanPrimo

czwartek, 18 sierpnia 2011

osiołki

 

 

                                                                                                                                                             Ten wpis dedykuję mojej sympatycznej krajance, polskiej blogerce mieszkającej w Irlandii i piszącej pod pseudonimem "od-kuchni". Mimo, że obecnie mieszkamy na dwóch przeciwległych krańcach Europy, są jednak przynajmniej dwie  rzeczy, które nas łączą. Pierwsza - obydwie pochodzimy z okolic Olsztyna, a druga, to sympatia do  osiołków. Staram się regularnie czytać jej bloga "Ogr i Osiołek w Irlandii", w którym niezmordowanie opisuje uroki Szmaragdowej Wyspy.

 

Moja "ośla przygoda" na dobre osiołekrozpoczęła się podczas pobytu we Włoszech. Oczywiście, jako dziecko widziałam osiołki w ZOO, ale szczerze mówiąc, nie zrobiły na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Zresztą, prawdę mówiąc, osiołek (poza tym z Bożonarodzeniowej stajenki) nie jest  zwierzęciem cieszącym się szczególnym zainteresowaniem czy estymą. Nie wiadomo też właściwie, dlaczego stał się synonimem głupoty. Trudno to zrozumieć, chyba że za dowód uznamy niestrudzoną pracę tego gatunku na rzecz człowieka, który często - gęsto nie karmi go jak należy, a do tego niejednokrotnie okłada kijem. Oprócz tego posądzanie o złośliwy upór i lenistwo, też wydaje mi się na wyrost. W końcu każde stworzenie ma swój instynkt samozachowawczy i broni się jak może! Gatunek ludzki, sam niedoskonały, nauczył się przypinać łatki innym kreaturom i ustanawiać stereotypy na swoją miarę. Kiedy jako dziecko czytałam "Kubusia Puchatka", Kłapouchy i Mama Tygrysica byli moimi ulubionymi bohaterami. Samego Kubusia niezbyt lubiłam, bo zawsze uważałam że jest zbyt łakomy, no i ten mały rozumek... 

osiołek

Kiedyś, na początku mojego pobytu w Lombardii, zdarzyło mi się wędrować na piechotę w okolicy Erby, miasta leżącego u podnóża Pre - Alp. Jak zwykle, piesza wędrówka była dla mnie okazją do rozmyślań, więc bujałam w obłokach, mechanicznie przebierając nogami. Raptem, poczułam ostry zapach stajni i po chwili jakiś przeraźliwy głos zmroził mi krew w żyłach. Kiedy doszłam do siebie po przeżytym wstrząsie, stanęłam oko w oko  z grupą osiołków, które pasły się za płotem. Wtedy po raz pierwszy, lecz nie ostatni, miałam okazję widzieć te miłe zwierzaki. Od tamtej pory spotykałam je wielokrotnie, i na ogół zawsze zatrzymywałam  się żeby na nie popatrzeć i zrobić zdjęcie, jeśli któryś miał ochotę, aby mi pozować. Lubię ich miękkie pyski, długie uszy i ufne, spokojne oczy. Nie ukrywam, że boję się zwierząt, które są większe ode mnie i właśnie osiołek był pierwszym zwierzęciem, któremu podałam coś do zjedzenia nie myśląc przy tym, że może mi odgryźć rękę.

Mam nadzieję że osobom, które przeczytają ten wpis, spodobają się "moje" osiołki. Zapraszam wszystkich jak zwykle na Picasę, gdzie jest więcej zdjęć osiołków

>https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/Asinelli

osiołek

 

< Kiedy Marta zobaczyła to zdjęcie wykrzyknęła: "O, ośle dziecko"!

Faktycznie, trudno tak nie pomyśleć, widząc jego nieporadność i duży, jeszcze niekształtny łebek. Jest to jedno z moich pierwszych zdjęć, ale bardzo je lubię. Pozdrawiam wszystkich, którzy lubią zwierzęta, a osiołki w szczególności.

 

 

A tak po cichu, miedzy nami - myślę, że każdy z nas, chociaż raz w życiu usłyszał, że jest bliskim krewnym Kłapouchego.....

Tagi: osiołek
23:34, sukienka_w_kropki , turystyczny
Link Komentarze (8) »
wtorek, 09 sierpnia 2011

 

koty

 

  Tym razem nie będę pisała o moich wycieczkach, lecz o tym, co jest dla mnie punktem odniesienia tu, we Włoszech. To miejsce to niewielki parterowy domek w miejscowości Limbiate,pies leżącej nieopodal Mediolanu. Zamieszkałam tu kiedy po krótkich perypetiach związanych z pobytem w Bari przeniosłam się do Lombardii. W domku znajdują się dwa apartamenty. W mniejszym (który nie jest taki znów mały) mieszkam ja, większy zajmuje rodzina właścicieli. Rodzina składa się z czterech osób. Są to Dario i Patrycja, oraz ich córki Federica i Ilenia. Oprócz naszej piątki jest jeszcze trójka czworonożnych lokatorów - dwa koty, Tommy i Minu oraz suczka o imieniu Ciuffy. Kiedy wiele lat temu po raz pierwszy przestąpiłam te progi, w domu nie było jeszcze Minu, Tommy był malutkim kotkiem, a Ciuffy kilkumiesięcznym szczeniaczkiem. Lubię zwierzęta, więc bez problemu nawiązaliśmy pierwszy kontakt. Co prawda dzikie skoki i hałaśliwe zachowanie szczeniaka nie budziły mojego entuzjazmu, lecz mimo wszystko trudno mi było  oprzeć się tak bezkrytycznie wyrażanej sympatii. Z Tommym, który szybko stał się dla mnie Tomkiem lub Tomusiem, również polubiliśmy się od pierwszego wejrzenia, a po pewnym czasie połączyło nas szczere i trwałe uczucie. Często przychodził do mnie podrzemać lub sprawdzić, czy w spiżarni nie stoi spodeczek z mlekiem.

kot

W żartach nazwałam go moim "Principe Azzurro". Bowiem Tomek to kot naprawdę wyjątkowy. Nie tylko z powodu pięknego, puszystego futra, wspaniałych, bardzo długich wąsów i wymownych, zielonych oczu.Jak przystało na kociego arystokratę, ma on doskonałe maniery i wrodzoną godność, a jego skromność i dystynkcja nie mają sobie równych. Jest też wyjątkowo pojętny i umiarkowany w swoich oczekiwaniach. Uwielbiają go wszyscy, łącznie z psem. Ciuffy chętnie się z nim bawi a nawet dzieli z nim legowisko. Natomiast kotka Minu to zupełne przeciwieństwo Tomasza. Swego czasu została znaleziona na pobliskiej łączce, głodna i brudna, jak nieboskie stworzenie.Z tych pierwszych, niełatwych tygodni życia pozostał jej instynkt walki o przetrwanie i strach przed psami.Jest to typowy okaz histeryczki, która zawsze musi być pierwsza do wszystkiego. W porze karmienia szybko zjada swoją część i rzuca się na porcję Tomka. Biedny kot szybko ustępuje z placu i patrzy smętnie jak jego jedzenie znika w żołądku Minu. W związku z tym ich posiłki  muszą się odbywać pod nadzorem lub o oddzielnych pomieszczeniach. Minu panicznie boi się psa, niejednokrotnie też doszło pomiędzy nimi do krwawych bójek. 

kot Chyba z tego powodu upodobała sobie moje mieszkanie, gdzie z reguły panuje spokój i nikt jej nie przeszkadza. Wszyscy ją kochają gdyż jest milusińską pieszczochą i wybaczają żarłoczność oraz skłonność do histerycznych wrzasków. Obydwa koty są niczym rozpuszczone dzieciaki, które po całych dniach baraszkują przed domem. Ciuffy jest w nieco gorszej sytuacji. Niestety, daleko jej do inteligentnych i zaradnych kotów, jest to bowiem typowy okaz osobnika o "bardzo małym rozumku".Mimo zbiorowego wysiłku rodziny nie dała się wyedukować ani nie nauczyła dobrych, psich manier.Na nic się nie zdały światłe rady weterynarza i poradniki typu "Jak wychować psa". Skończyło się na tym, że Rodzina  uznała, że należy jej odpuścić i pozostawić pieska jego naturalnym instynktom.piesJej terytorium to pokój dzienny kuchnia i taras kuchenny oraz kawałek podwórka za domem, gdzie może hasać do woli. Ciuffy jest szczególną ulubienicą Federiki, która ma dla niej uczucie jakim matka darzy swoje niezbyt udane dziecko. Pozostali domownicy traktują ją z pobłażliwą tolerancją, w zamian za to zwierzaczek stara się jak najlepiej wypelniać rolę stróża domu, szczekając ofiarnie na swoich i obcych, bez wyjątku. Pani domu, Patrycja, jest osobą mającą ogromny kult dla czystości i porządku. W związku z tym również zwierzęta podlegają okresowym akcjom higienicznym w postaci kąpieli. Zabieg ten odbywa się w pralni, w suterenie domku, w dużym zlewozmywaku - wanience. Tommy jak przystało na gentelmana poddaje się tym zabiegom z godnością, wręcz chętnie. Nieco mniej lubi suszenie futra za pomocą suszarki, ale i to znosi cierpliwie. Minu początkowo histeryzowała, lecz po pewnym czasie przywykła i również ona nie stwarza problemów.

 

Natomiast kąpiel psa, to zabieg w którym muszą uczestniczyć co najmniej dwie osoby. Nieszczęsne zwierzę broni się jak może, próbuje uciekać, chlapiąc wodą na wszystkie strony. Każda kąpiel kończy się więc przymusowym, generalnym sprzątaniem pralni i kąpielą lub prysznicem "kąpielowych". Od wiosny do późnej jesieni zwierzaki mogą do woli buszować na dworze. Kiedy robi się chłodno, siłą rzeczy przenoszą się do mieszkania, zajmując swoje ulubione miejsca. Ciuffy ma swoje legowisko pod kuchennym stołem, Tommy w zacisznym kącie pod kaloryferem w przedpokoju, lub na fotelu - leżaku, który często dzieli z Minu.Niejednokrotnie godzinami śpią przytulone do siebie, aż do chwili, kiedy kotka wpada na pomysł aby wylizywać Tomkowi głowę, co jest z jej strony wyrazem ukotczucia, lecz absolutnie nie budzi jego entuzjazmu, więc szybko dochodzi do separacji.Minu zpowodu swojej obawy przed psem lubi też przebywać wraz ze mną. Kiedy wracam do domu po nocnym dyżurze, obydwa koty czekają na mnie przy furtce. Kiedy otwieram drzwi, szybko wpadają do środka (Minu jak zwykle pierwsza i do tego z wrzaskiem). W głębokiej tajemnicy wypijają nieco mleka bez laktozy którego używam do kawy (weterynarz "prowadzący" wciąż utyskuje, że koty

mają nadwagę),po czym Tommy udaje się na poranny obchód okolicy, a Minu mości się do drzemki na kanapie.Zanim zapadnie w sen, bacznie mnie obserwuje,czy przypadkiem nie wyjmuję z lodówki pudelka z serkiem "Filadelfia".

 

Nie mam pojęcia jak potrafi je odróżnić od innych produktów, ale zawsze trafia w dziesiatkę. Jesli istotnie mój wybór padnie na "Filadelfię" zrywa sę z okropnym wrzaskiem i domaga zaraz, natychmiast, swojego udziału w konsumpcji. Mimo iż zawsze dostaje odrobinę, nie pozwala mi zjeść spokojnie, wdrapuje się na kolana i próbuje zlizywać serek z kanapek. Jedyny sposób abym mogła spożyć śniadanie to "wystawienie" jej za drzwi, gdzie lamentuje w nieskończoność. Mimo tych awantur kochamy się bardzo i często śpimy razem jak susły, ja w moim łóżku, a kotka na kanapie.

I tak na wzajemnych kłótniach i pieszczotach minęło nam prawie dziesięć lat. Tommy z małego kociaczka stał się kotem niemal w podeszłym wieku.  Minu również ma już swoje lata, nawet Ciuffy  nie szczeka jak szalona, a nawet czasem grzecznie wychodzi na smyczy na spacer po okolicznych uliczkach.

A ja? Casem wydaje mi się, że to nie dziesięć lat, lecz całe wieki, a może lata świetlne, dzielą mnie od dnia, kiedy po raz pierwszy przez okno autobusu patrzyłam na zielone łańcuchy Alp i Apeninów.kotka PatrycjiMówi się, że jeden rok psiego lub kociego życia, to jak siedem lat ludzkich. Również dla mnie,każdy rok tu spędzony był niczym kilka lat przeżytych w Polsce. Czasem mam wrażenie, że całe to doświadczenie życiowe które mi przyniósł pobyt we Włoszech nie tylko psychicznie postarzyło mnie o wiele lat, lecz paradoksalnie, przybliżyło mi moje dzieciństwo. Niektóre filozofie ukazują nasze życie w postaci okręgu, a jego kres jest również początkiem. Mimo iż nie czuję się stara coraz częściej mam wrażenie, że znalazłam się w punkcie w jakim byłam wtedy, gdy świat odkrywał przede mną swoje tajemnice. Przyjechałam do Włoch jako dojrzała osoba, lecz w obcym kraju i w obcym mi świecie stałam się niczym dziecko, które uczy się mówić i interpretować otaczającą rzeczywistość. Gdy zamieszkałam w małym domku w Limbiate, mimo moich metrykalnych lat byłam równie nieporadna, jak ślepy kociak lub pełzający szczeniaczek. No cóż, lata minęły, Tomkowi siwieje pyszczek, Cuffy spoważniała, a ja przeszłam drogę tak długą, że czasem gdy o tym myślę, mam wrażenie, że to film, który widziałam dawno, dawno temu. Dwa lata temu, kiedy podjęłam decyzję o powrocie do Polski, miałam sen. Śniło mi się, że wraz z Martą idę na dworzec kolejowy. Marta poszła przodem aby kupić bilety, a ja miałam przejść przez ścieżkę, która przecinała pożółkły, rozmokły trawnik. Bardzo się śpieszyłam, lecz nagle nogi odmówiły mi posłuszeństwa i upadłam na kolana. Z ogromnym bólem i niesamowitym wysiłkiem czołgałam się czepiając drewnianego płotka, bo ze wszystkich sił pragnęłam dotrzeć na czas do pociągu. Obudziłam się z tego snu ze ściśniętym sercem i łzami w oczach. Wtedy zdążyłam na mój pociąg, lecz mimo  gorącego pragnienia aby zamknąć ten etap życia, przyszło mi jeszcze raz oglądać słońce Italii. Teraz jednak już jestem spokojna, bo wiem, że to tylko ostatnie, długie, pożegnanie.

 

 

20:05, sukienka_w_kropki , turystyczny
Link Komentarze (13) »
środa, 27 lipca 2011

logo

 

 

Nominację otrzymałam od mojej sympatycznej znajomej zza oceanu która pisze pod pseudonimem artdeco (artdeco.blox.pl/html) której  w tym miejscu chcę za nią serdecznie   podziękować!

Dziękuję! 

 

 

 

Śledzimy nawzajem nasze blogi od czasu kiedy zajęłam się pisaniem mojego. Jest mi bardzo miło z  powodu przyznanej nominacji, tym bardziej, że mimo iż piszę nieco od ponad roku, czuję się nadal neo-blogerką. Z przyjemnością wezmę udział w tej zabawie, która być może zaowocuje nowymi, interesującymi kontaktami. Kiedy się dowiedziałam o tym że zostałam nominowana jako jedna z szesnastu osób, naturalną koleją rzeczy zainteresowało mnie grono w którym się znalazłam. Zaintrygowały mnie ciekawe pseudonimy i tytuły więc w najbliższym czasie z pewnością do nich zajrzę! 

Zasady zabawy:

Podziękuj i wklej na swoim blogu link blogera który przyznał Ci tę nagrodę.

Skopiuj i wklej logo na swoim blogu.

Nominuj szesnaście innych wspaniałych blogów (za wyjątkiem blogera który przyznał Ci nagrodę).

Napisz o sobie krótką notkę w siedmiu punktach.

Napisz swoim nominowanym komentarz aby dowiedzieli się o nagrodzie i nominacji.

Siedem rzeczy o mnie:

Urodziłam się w roku Kota.

Z wiekiem coraz bardziej go przypominam (z charakteru). Moje ulubione zajęcie to samotne włóczęgi, gdzie oczy i nogi poniosą.

Często też czuję  dziwną więź z innym zwierzątkiem, znanym z długich uszu i przysłowiowego uporu, oraz zamiłowania do noszenia ciężarów.

Ulubiony strój w którym czuję się najlepiej, to mój strój i ekwipunek łazika.

Mam bardzo rozwinęty szósty zmysł, którego nie zawsze słucham, gdyż rozsądek i wyuczone zasady często mówią  mi  coś innego (i zawsze jest to błąd).

Kocham moją wolność, nawet jeśli nie zawsze z niej korzystam.

Uwielbiam film " Łowca androidów"  Ridleya Scotta. Jest w nim wszystko co chciałabym powiedzieć o człowieku, gdybym była wybitnym artystą. 

Moje nominacje:

A w moim znaku Wagahttp://waga.blox.pl/html

Anglia w moich oczachhttp://zwiedzaniewyspy.blox.pl/html

 Babcia bez mochera http://babciabezmohera.blox.pl/html

Bawaria nieOBIKTYWniehttp://bawarianieobiektywnie.blox.pl/html

Blog latajacej pyzyhttp://latajacapyza.blox.pl/html

Fotołowyhttp://orillo.blox.pl/html

Migawki subiektywnehttp://migawkisubiektywne.blox.pl/html

Moja szufladahttp://mojaszuflada.blox.pl/html

Moje klimatyhttp://klimaty.blox.pl/html

Ogr i Osiołek w Irlandiihttp://irlandzko.blox.pl/html

Patriota pejzażuhttp://hanys1920.blox.pl/html

Spacery krótkie i te nieco dłuższehttp://spacery.blox.pl/html

Subiektywny przewodnik po górachhttp://subiektywnyprzewodnikpogorach.blox.pl/html

Wyspa jak kropla herbatyhttp://vagabundoslk.blox.pl/html

Zachłanność na życiehttp://korbalatina.blox.pl/html

Zmywakhttp://zmywak.blox.pl/html

Jako żywo, ta zabawa przypomina mi łańcuszek świętego Antoniego lub sławetne piramidy finansowe. Mam nadzieję że osoby nominowane przeze mnie  zechcą ją kontynuować! W moich nominacjach brakuje wspaniałego bloga Ady

 http://krakow-i-okolice.blogspot.com

gdyż Ada milczy od dłuższego czasu. Mimo to, ma u mnie złoty medal wszechczasów, więc wszystkim gorąco polecam jej dotychczasowe wpisy o Krakowie.

 

17:51, sukienka_w_kropki , turystyczny
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 25 lipca 2011

Jezioro Lecco 

Zupełnie  przypadkowo, serfując w internecie natrafiłam na bardzo interesującą stronę, która zawiera wiele ciekawych dla mnie informacji na temat Triangolo Lariano.  Lubię tę okolicę, bo oprócz pięknej panoramy oferuje wiele atrakcji tak drogich memu sercu - maleńkie, romańskie kościółki z szarego kamienia, barokowVisinoe świątynie, i piękne wille, zatopione w parkach pełnych wspaniałych roślin. Cieszy mnie, że kiedy wstanę rano mogę wsiąść do pociągu i wyruszyć gdzie mi fantazja podpowie. Czasem są to nowe miejsca a czasem te, gdzie byłam już wielokrotnie, lecz zawsze mogę tam znaleźć coś, co dotychczas umknęło mojej uwadze. Takim miejscem jest dla mnie jezioro Lario, ze swymi trzema odgałęzieniami. Najmniej znam jego wschodnią odnogę, czyli Jezioro Lecco. Nie jest ono tak efektowne jak Jezioro Como, również miasto Lecco nie ma tej gracji co  Como - miasto. Ta część jeziora wciska się pomiędzy pasma gór sporo wyższych niż te, które otaczają zachodnią odnogę. Tam łagodne zielone stoki spływają w stronę brzegu - tu natomiast posępne skały niejednokrotnie prawie pionowymi ścianami schodzą wprost do wody. Nawet żegluga w tej części jeziora jest o wiele słabiej rozwinięta. Kiedy przybyłam do Lombardii, nie było żadnych rejsów  do Lecco.  Od kilku lat  to się zmieniło i  można tu  przypłynąć  statkiem z Bellagio. Mankamentem jest jednak niewielka ilość kursów w dni powszednie. Mimo to udało mi się opracować stosowną marszrutę i znalazłam się na statku. Podczas gdy jezioro Como momentami wręcz przytłacza nadmiarem wrażeń związanych z uroczymi miasteczkami i willami, tu można spokojnie oddać się kontemplacji natury. Po lewej stronie wznoszą się dwa skaliste szczyty - to Grigna Settentrionale i Grigna Meridionale. Są to góry z wieloma dobrze oznaczonymi szlakami pieszymi, chętnie uczęszczanymi przez turystów. Drugi brzeg, od godzin południowych tonący w cieniu,  to kilkusetmetrowe urwisko, pod którym przycupnęła niewielka miejscowość Onno. Niewnętrze kosciołaco dalej widać charakterystyczną sylwetkę wzniesienia zwanego Corni di Canzo, górski grzbiet, z którego wyrastają dwie skały  z oddali wyglądające niczym rogi byka. Podczas rejsu statkiem zauważyłam, że ze wzniesienia  schodzi w dół malownicza droga wiodąca do Onno. Wiedziałam, że prowadzi tu z dobrze mi znanego miasteczka Asso, do którego mam wygodny dojazd pociągiem. Natychmiast powzięłam zamysł aby w najbliższym czasie wybrać się na  przechadzkę w te strony. Odległość sześciu - siedmiu kilometrów  można pokonać idąc górskimi ścieżkami lub asfaltową drogą. I tu zaczęła się moja nieoczekiwana przygoda. Kiedy szukałam w internecie detali na temat scieżek w tej okolicy, trafiłam na stronę z informacjami o kościołach w Triangolo Lariano, czyli trójkątnym, górzystym obszarze, pomiędzy jeziorami Como i Lecco. Okazało się, że w miejscowości którą będę mijać po drodze, zwanej Valbrona, a właściwie jej części noszącej nazwę Visino, znajduje się świątynia, a w niej  skarby sztuki, których nikt nie oczekuje w niewielkim wiejskim kościółku. Mianowicie są tam obrazy pędzla takich mistrzów jak Ambrogio da Fossano zwany Bergognone, Andrea Appiano, Daniele Crespi i Pier Francesco Mazuchelli, znany jako Il Morazzone. Znam niektóre z ich obrazów -  zarówno z innych, daleko bardziej bogatych lombardzkich kościołów i opactw, jak i mediolańskich muzeów. Jednak fakt  obecności ich dzieł w  wiosce o której mało kto słyszał, to zupełnie inna sprawa. Pozostało mi tylko poczekać na dzień wolny od pracy i wybrać się tam, aby zobaczyć to tak ciekawe miejsce. Kiedy dotarłam do Visino i ujrzałam pomiędzy drzewami szarą wieboczny ołtarzżę kościółka, zaczęły mnie dręczyć obawy, że ze względu na zbliżające się południe może być on zamknięty. Kiedy dotarłam na miejsce okazało się, że  prawda jest o wiele bardziej brutalna. Dwóch obywateli siedzących na ławeczce nieopodal oświeciło mnie, że kościół jest otwierany jedynie w maju, na wieczorne nabożeństwa, oraz z okazji nielicznych ślubów. Nie mogłam wprost uwierzyć w to, co usłyszałam. Zaczęłam kombinować, co by tu zrobić w tej sytuacji? Szukać proboszcza? Wrócić ponownie kiedy będzie jakiś ślub?. Nieco speszona, ale nie załamana, postanowiłam iść za moim szóstym zmysłem, który nakazywał mi obejście świątyni dookoła. W ten to sposób dotarłam do dwóch domków przyklejonych do jej południowej ściany. Było tam dwoje drzwi, a przy każdych po dwa dzwonki. Na chybił trafił zadzwoniłam, zaszczekał pies i jakaś kobieta wewnątrz wrzasnęła - kto tam? A po chwili w oknie na piętrze ukazała się głowa właścicielki donośnego głosu. Z głupia frant zapytałam, czy może wie, kto ma klucze od kościoła? Jaka była moja radość gdy okazało się, że trafiłam w dziesiątkę! Okazało się że pani nie tylko ma klucze, ale chętnie otworzy kościół, abym mogła go obejrzeć. Po chwili zeszła na dół w towarzystwie przyjacielsko nastawionego psiaka, otworzyła podwoje  i zapaliła wewnątrz światło, abym mogła zrobić zdjęcia. Przy okazji wdałyśmy się w rozmowę. Kiedy dowiedziała się ze jestem Polką powiedziała mi, że jej ojciec był żołnierzem i w czasie wojny stacjonował w okolicy Poznania. Został tam po wojnie i założył drugą rodzinę a ją wychowała  matka. Ojca i przyrodniego rodzeństwa nigdy nie poznała. Uznałyśmy, że to dość niezwykłe spotkanie, zważywszy, iż po ojcu jestem półkrwi poznanianką! Obejrzałam wnętrze kościoła, zrobiłam kilka wersji zdjęć, poczym podziękowałam serdecznie pani Lilianie i pożegnałam ją,  oraz  jej sympatycznego pieska.boczny ołtarz Oczywiście, uiściłam też ofiarę na fundusz restauracji kościoła i cała szczęśliwa ruszyłam w dalszą drogę. Byłam bardzo ciekawa czy zrobione przeze mnie zdjęcia wyszły przynajmniej znośnie ( szczerze mówiąc, byłabym niepocieszona, gdyby tak nie było). Visino to bardzo mała wioska, kościółek jest istotnie skromny, więc tym bardziej zaskakujący  jest fakt, iż znajdują się tam dzieła tej klasy. Ołtarz główny to właśnie poliptyk pędzla Bergognone, gdzie w bocznych skrzydłach malarz umieścił postacie świętych Michała i Jana Chrzciciela. Jego dziełem są również postacie innych świętych w  dolnej części ołtarza. Część centralną poliptyku wypełnia wizerunek Madonny z Dzieciątkiem. Wykonał go Andrea Appiani, który był nadwornym malarzem Napoleona. Prawdopodobnie pierwotnie znajdował się tam inny wizerunek, a dziś  nie wiadomo  czy był to obraz, czy figura, gdyż nie ma doniesień na ten temat. W XVII wieku poliptyk umieszczono w marmurowym ołtarzu który oglądamy obecnie. Natomiast dwa mniejsze, boczne ołtarze zdobią  wizerunki świętych - Antoniego, dzieło Morazzone i  Karola Boromeusza, pędzla Daniela Crespi. Obydwaj malarze współpracowali z Janem Baptystą Crespi, zwanym Cerano. Ich dzieła mogłam podziwiać między innymi w przepięknym opactwie Certosa di Pavia, Sacromonte w Varallo, Orcie, oraz Varese. Właściwie trudno się dziwić, że w dobie kiedy bez skrupułów kradzione są obrazy z kościołów, zamyka się świątynie na klucz (zauważyłam że jest tam też system alarmowy). Mogę się jedynie cieszyć, że mój szósty zmysł nie zawiódł i moja wyprawa nie poszła na marne.Triangolo Lariano

 

 

 

                               

 

  Ciąg dalszy nastąpi!

Więcej zdjęć >https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/JezioroLecco

 

 

 

 

 

 

17:59, sukienka_w_kropki , turystyczny
Link Komentarze (7) »
wtorek, 12 lipca 2011

CanobbioW mojej turystycznej karierze przeżyłam wiele miłych niespodzianek, lecz jak to zwykle bywa w życiu, nie brakowało również niezbyt przyjemnych zaskoczeń i uczucia niedosytu. Bardzo często zdarzyło mi się, że jakieś zdjęcie, fragment filmu, lub nazwa gdzieś zasłyszana poruszyły moją wyobraźnię do tego stopnia, że myślałam - "prędzej czy później, muszę to zobaczyć". Z różnych względów odkładałam te projekty w czasie, lecz mimo wszystko przychodził dzień kiedy mówiłam sobie, iż to właśnie dobry moment na realizację jednego z tych długo piastowanych zamierzeń. Jedną z takich "idee fixe" było zobaczenie Orrido Santa Anna w miejscowości Cannobio, nad Lago Maggiore. Cannobio to  włoska miejscowość leżąca tuż przy granicy ze Szwajcarią. Z alpejskich zboczy spływa  do jeziora potok noszący tę samą nazwę co miasteczko. Idąc jego brzegiem w głąb gór, w odległości mniej więcej czterech kilometrów od Cannobio, znajduje się most i niewielki kościóCanobbiołek pod wezwaniem Świętej Anny. Tuż obok zaczyna się skalisty wąwóz zwany po włosku "orrido". Pewnego razu przeglądając album ze zdjęciami Lago Maggiore i jego okolic, trafiłam na piękne zdjęcie tego miejsca, przedstawiające ogromne głazy leżące w łożysku potoku, doskonale wygładzone przez wodę. W głębi, poza nimi, widniał malutki, malowniczy kościółek. Zafascynowało mnie to miejsce, lecz ponieważ Limbiate i Cannobio dzieli dość znaczna odległość, z reguły skłaniałam się do realizacji mniej skomplikowanych projektów. Jednak od kiedy mam stały dostęp do internetu, mój świat skurczył się nieco, a z całą pewnością mogę bez większych trudności studiować rozkłady jazdy, co znacznie zwiększyło moją mobilność. W ten sposób udało mi się ustalić korzystną marszrutę i pewnego ranka,  po zakończeniu nocnego dyżuru, wyruszyłam w drogę. Mimo nieprzespanej nocy czułam się dość dobrze, oprócz tego czekały mnie prawie trzy godziny jazdy, więc miałam nadzieję, że uda mi się zdrzemnąć w pociągu lub autobusie. Pociągiem dojechałam do Laveno na lombardzkim brzegu Lago Maggiore i po przeprawieniu się promem na brzeg piemoncki, wsiadłam do autobusu jadącego w stronę granicy ze Szwajcarią. Okazalo się, że Cannobio to niewielkie miasteczko gdzie częściej słyszy się język niemiecki niż Canobbiowłoski. Mimo to, bez przeszkód dopytałam się o drogę i ruszyłam w stronę gór. Szłam drogą wśród lasu, a po prawej stronie, w wąwozie, widziałam szumiący potok. Po niedługim czasie, pośród drzew zobaczyłam szarą wieżę znaną mi ze zdjęcia. Droga zaprowadziła mnie na niewielki most za którym wznosił się kościół. Dużo sobie obiecywałam po tej wycieczce, gdyż podobno są tam bardzo interesujące freski. Niestety, kościół był zamknięty, a niewielkie (otwarte) okienko zakryto siatką tak gęstą, że  we wnętrzu nic nie można było dojrzeć. I tu muszę wyrazić moje głębokie rozczarowanie! Cannobio bardzo reklamuje atrakcję jaką jest wąwóz i stojący tu kościół i ta reklama jak widać, przynosi wymierne efekty.Oprócz mnie było tam bowiem sporo ludzi - kilka rodzin z dziećmi (słyszałam język niemiecki, francuski i angielski) spora grupa młodych osób i szkolna wycieczka. Zdawać by się mogło, iż w Canobbiotej sytuacji należałoby znaleźć człowieka, który mógłby udostępnić świątynię zwiedzającym. Tym bardziej, że prowadzi tam wygodna droga jezdna i kustosz nie miałby najmniejszego problemu z dotarciem na miejsce. Przyszli mi na myśl wolontariusze pilnujący położonych wysoko w górach romańskich bazylik San Pietro czy San Benedetto, gdzie jedynym środkiem lokomocji są własne nogi, i myślę, że mieszkańcy Cannobio mogliby się od nich wiele nauczyć! Samo orrido również, jak się okazało, bardzo zazdrośnie strzeże swych wdzięków. Wąwóz jest praktycznie niedostępny, widać zaledwie jego początek. Tuż obok kościoła znajdują się dwa wysokie mosty. Jeden współczesny, choć stylem naśladujący ten drugi (niedostępny) liczący sobie kilkaset lat. Za mostami zaczyna się głęboki, skalisty wąwóz, pośród zalesionych, górskich stoków. Nieco dalej, za kościołem, znajduje się niewielka restauracja z pięknie położonym tarasem. Sympatyczni kelnerzy nie mieli nic przeciw temu, abym mogła tam wejść  i zrobić parę zdjęć. Mimo to, pozostało mi przykre uczucie niedosytu, gdyż jak sądzę, widok który miałam przed sobą, to zaledwie zapowiedź tego, który niestety, był niedostępny moim oczom. Podobno nie ma  żadnej możliwości Canobbioaby zwykły turysta mógł zapuścić się dalej, ponieważ teren jest niebezpieczny i nie ma tam żadnej oznakowanej ścieżki. W związku z tym, pozostało mi zejście na dół, na brzeg rzeki gdzie w jej kamienistym zakolu buszowały cudzoziemskie rodziny z dziećmi. Dzieciaki hasały po kamieniach, niektóre gołe, jak je Pan Bóg stworzył. Tu zobaczyłam ogromne głazy, które tak minie zafascynowały na zdjęciu. Okazało się, że istotnie są imponującej wielkości. Rzeka bardzo głęboka w okolicy mostu, tu jest płyciutka, lecz dość rwąca, i tworzy na kamieniach małe kaskady. Przysiadłam na jednym z głazów i oddałam się kontemplacji. Zmęczenie po nieprzespanej nocy zaczęło mi się dawać we znaki i niewykluczone, że zapadłabym w sen gdyby nie fakt, iż niedaleko brzegu, w wodzie, zobaczyłam niewielki kształt, który początkowo wzięłam za patyk. Nie zwróciłabyCanobbiom na niego uwagi, gdyby nie niemieckojęzyczny tata dwojga maluchów, który bacznie go obserwował, a po chwili zaczął mu robić zdjęcia. Kiedy się zbliżyłam, dostrzegłam, że jest to ni mniej ni więcej tylko mały  wąż, który niezadowolony z sensacji jaką wzbudził, oddalił się po chwili płynąc w poprzek nurtu. Prawdopodobnie był nieszkodliwy sądząc po białych plamach po bokach głowy, ale mimo to jego obecność popsuła mi humor wystarczająco abym powzięła decyzję o powrocie do miasteczka. Szczerze mówiąc, po zamkniętym kościele i niewidocznym wąwozie, widok węża był ostatnią kroplą, która przelała czarę goryczy. Tak naprawdę nie miałam powodu do narzekania, bo okolica jest piękna, dzień był dość ładny, więc chyba po prostu moje oczekiwania przerosły rzeczywistość. Rozczarowanie to nieco się zmniejszyło, gdy po powrocie do miasteczka, w czasie dzielącym mnie od odjazdu autobusu  udałam się nad jezioro. Okazało się, że Cannobio ma bardzo efektowne nabrzeże do którego przylega rząd pięknych, stylowych kamieniczek. Żałowałam, że ze względu na znaczną odległość od domu, nie mogę jechać późniejszym autobusem. "W locie" zrobiłam jeszcze kilka zdjęć i z mieszanymi uczuciami ruszyłam w drogę powrotną.

 

Ponieważ uczucie niedosytu w związku z tą wycieczką mocno daje mi się we znaki, postanowiłam nie odpuszczać i pogłębić moją wiedzę na ten temat. Mam zamiar zadzwonić do klubu CAI lub Pro Loco w Cannobio aby "zasięgnąć języka". Jeśli otrzymam jakieś istotne informacje zarówno w sprawie kościoła jak i ścieżek, możliwe, że wrócę tam jeszcze zanim wyjadę definitywnie do Polski.

Jak zwykle zapraszam do obejrzenia innych zdjęć które są w albumie na Picasie >

https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/CannobioOrridoSantaAnna

niedziela, 10 lipca 2011

lotTak się złożyło, że w ostatnich dniach czerwca musiałam udać się do Polski aby pozałatwiać  sprawy wymagające mojej obecności. Niestety, udało mi się to jedynie częściowo,  lecz ta wizyta choć krótka i wypełniona wieloma zajęciami, mimo to, dała mi dużo radości. Ze względu na oszczędność czasu tym razem poleciałam samolotem. Mimo iż z Mediolanu do Warszawy latałam wielokrotnie,  nie udało mi się jak dotąd nacieszyć panoramą Alp widzianych z okien samolotu. Zaledwie raz aura była na tyle łaskawa, że pomiędzy chmurami mogłam dostrzec zielone doliny i alpejskie lotszczyty pokryte śniegiem. Tym razem  pogoda też była niezła, więc po wylocie z lotniska Malpensa mogłam popatrzeć z góry na znajomą okolicę. Było to niesamowite i wspaniałe uczucie kiedy daleko, daleko w dole, zobaczyłam zielone kopczyki Pre - Alp, z wystającymi gdzieniegdzie skalnymi turniami. Widziałam  białe kreski górskich ścieżek po których chodziłam wiele razy a także miejsca gdzie jeszcze nie byłam, a gdzie chciałabym się znaleźć. Kiedy przelatywaliśmy nad Jeziorem Garda przypomniały mi się moje wpisy o Gabrielu d'Annunzio i o tym jak  go oczarowało, kiedy po raz pierwszy zobaczył je z aeroplanu. Niestety, mój aparat fotograficzny włożyłam do walizlotki a ta powędrowała do luku bagażowego. Miałam nadzieję że w drodze powrotnej pogoda również nie sprawi mi zawodu i będę mogła zrobić parę zdjęć. Jednak jak na złość, w dniu kiedy wylatywałam z Warszawy było pochmurno i padał przykry mżący deszcz. Mimo to kiedy samolot wzniósł się na wysokość przelotową, ponad zwały cumulusów, mogłam do woli napawać się widokiem szafirowych przestworzy i chmur podobnych do bezkresnego morza bitej śmietany. Gdy znaleźliśmy się nad terytorium Austrii, pomiędzy obłokami znów zobaczyłam skalne szczyty. Ponieważ zawsze jest to małe "ale" również i tym razem nie było dobrych warunków do folottografowania,  z racji słońca świecącego wprost w okno przy którym siedziałam. Miałam jednak małą satysfakcję - kiedy samolot znalazł się ponad Lombardią i skierował  w stronę lotniska,  "pstryknęłam" fotkę Monte Cornizzolo. Byłam już kiedyś na jego zachodnim zboczu (wpis >San Pietro del Monte) i wybieram się tam znów niedalekiej przyszłości gdyż  chciałabym przejść jego grzbietem na pobliską Monte Rai. A gdy samolot zaczął podchodzić do lądowania i wszedł w warstwę chmur, udało mi się sfotografować piękne zjawisko które nazywam "okiem opatrzności". Szczerze mówiąc, chciałabym mieć lepszy aparat i większe umiejętności, co  pozwoliłoby mi na podzielenie się widokami jakie zobaczyłam podczas tego lotu w całej ich krasie!lot

Tagi: samolot
17:07, sukienka_w_kropki , turystyczny
Link Komentarze (11) »
czwartek, 23 czerwca 2011

Monte IsolaZa czasów rzymskich w okolicy jeziora Sebino najbardziej rozwiniętym kultem był podobno kult bogini Izydy. Od jej imienia pochodzi nazwa miasteczka Iseo i druga, chyba bardziej popularna, nazwa tego jeziora,  Lago d'Iseo. Jak to notuje historia, w miarę rozszerzania się, chrześcijaństwo wchłonęło pewne elementy kultów pogańskich, adaptując je do swoich potrzeb. Prawdopodobnie tak też się stało w przypadku Sanktuarium Maryjnego na Monte Isola. Tak naprawdę początek jego historii niknie w pomroce dziejów, jednak są doniesienia, że w V wieku, za czasów San Vigilio, biskupa BrMonte Isolaesci,  była tam niewielka kaplica, a  na jej miejscu wzniesiono z czasem większy kościół. Został on rozbudowany w XVI  wieku, a w XVIII dobudowano obecną, imponującą  dzwonnicę. Ciekawe jest też pochodzenie przydomka Madonny - Ceriola. Tu nie ma zgody, ponieważ są przekazy mówiące o tym, że pierwsza statua Matki Boskiej była wykonana z wosku (cera) a dopiero później zastąpiono ją obecną rzeźbą, wykonaną w drewnie . Inna wersja donosi natomiast, że nazwa ta jest związana z woskowymi świecami wotywnymi, licznie przynoszonymi przez wiernych, które miały symbolizować światło wiary. Mówi się bowiem o szybko rozwijającym się kulcie Madonny, zarówno na wyspie, jak i w okolicy. Wiele osób zaświadczało, iż doznało różnych łask za jej pośrednictwem. Jednak Sanktuarium rozsławiło dopiero pewne zdarzenie, tragiczne dla wyspy i pobliskich miejscowości. Otóż w 1836 roku,  nawiedziła te strony epidemia cholery azjatyckiej. Ludzie umierali masowo z braku skutecznego remedium, więc zrozpaczonym wyspiarzom pozostała jedynie modlitwa. W drugą niedzielę lipca udali się wspólnie do Sanktuarium, modlić się o cud. Tak się stało, że straszna choroba przestała się szerzyć i w ciągu kilku dni epidemia znalazła swój koniec. Od tej pory okoliczna ludnośćMonte Isola świętuje rocznicę tego zdarzenia, udając się w drugą niedzielę lipca do Sanktuarium, aby zanieść Madonnie swe prośby i podziękowania. Tak, czy inaczej, Sanktuarium dla mieszkańców wyspy i wybrzeża jest od wieków nie tylko ośrodkiem kultu, lecz również symbolem ich jedności. Nie po raz pierwszy, czytając doniesienia na temat historii podobnych miejsc, ogarnia mnie uczucie respektu dla tych małych społeczności, które kultywują tradycję swych przodków, jednocząc się w swoich staraniach. Wiele razy wędrując po górach, w miejscach bardzo odległych od ludzkich siedzib odkrywałam małe kapliczki, gdzie czyjeś ręce postawiły świeże kwiaty i zapaliły lampkę. Również i to Sanktuarium jest takim pięknym i wzruszającym dowodem wspólnego działania tej wyspiarskiej społeczności. Najbardziej imponującym przykładem jest przedsięwzięcie, które miało miejsce w 1924 roku. Dokonano wtedy uroczystej koronacji wizerunku Madonny i Dzieciątka, a był to ewenement na ogromną skalę, dla tej niewielkiej w końcu, grupy ludzi. Aby odlać dwie korony ze złota, kobiety oddały wszystkie swoje kosztowności. Zarówno mieszkańcy wyspy jak i  okolicznych wiosek na stałym lądzie, na własnych plecach nosili materiały budowlane niezbędnie do restauracji i upiększenia świątyni. Podobnie rzecz się miała, kiedy 1964 roku pMonte Isolaowzięto ideę zbudowania kaplic drogi krzyżowej. Ludzie znowu zjednoczyli się we wspólnej pracy, aby zbudować kaplice i monument poświęcony współmieszkańcom, którzy stracili życie w działaniach wojennych i w wypadkach podczas pracy. Jednak chyba najpiękniejsze święto zorganizowano w pięćdziesiątą rocznicę koronacji Madonny, w 1974 roku.  Statua została przetransportowana z kościoła do poszczególnych wiosek, goszcząc w każdej z nich przez tydzień. Na zakończenie zorganizowano na jeziorze procesję, podczas której statek  wiozący figurę Madonny wraz z wiernymi, okrążył wyspę w towarzystwie innych, płynących na łódkach, których było w sumie ponad dwieście. Po wylądowaniu, młodzież odniosła statuę do świątyni podczas nocnej procesji z pochodniami. Z tej okazji dokonano następnego etapu rozbudowy Sanktuarium - powstał dom pielgrzyma i schody wiodące do świątyni. Dom pielgrzyma wewnątrz ozdobiono freskami nawiązującymi do życia na wyspie, a jeden z nich przedstawia obchody z 1974 roku. Wewnątrz kościoła zwraca uwagę przede wszystkim piękny drewniany tryptyk głównego ołtarza pochodzący z 1400 roku, w obudowie z marmuru, którą dodano w roku 1620.Tryptyk przedstawia Madonnę z Dzieciątkiem na kolanach, a towarzyszą jej święci Faustino i Giovita, którzy przynieśli wiarę chrześcijańską w te strony. W kościele znajdują się liczne wota, również pod postacią niewielkich obrazków. Przedstawiono na nich zdarzenia, które ofiarodawcy uznali za cudowną interwencję Madonny. Na ścianie na wprost wejścia znajduje się fragment pięknego, XVI wiecznego fresku, zdobiącego kościół przed późniejszą restauracją. Z tego samego okresSanktuariumu pochodzi drugi fresk "Ecce Homo"przypisywany Giulio Romanino. Wiąże się z nim interesujące zdarzenie - został on bowiem przypadkowo wydobyty spod pokrywającego go tynku na skutek uderzenia pioruna. Nie muszę dodawać, że do Sanktuarium wraz ze mną przybyło wiele osób. Część, tak jak ja, przyjechała autobusem, inni przyszli na piechotę z okolicznych miejscowości. Ponieważ jest tu kilka scieżek prowadzących w dół, postanowiłam że do Maraglio wrócę pieszo. Ścieżka prowadziła mnie miejscami przez las, aby po chwili wyjść na tarasy gdzie rosły oliwki i winorośl. Była to prawdziwa przyjemność wędrować po tej pięknej, spokojnej okolicy, oddychając czystym powietrzem i słuchając śpiewu ptaków. Niestety, pogoda nieco się popsuła i powietrze, dotąd przejrzyste, zrobiło się ciężkie i wilgotne. Żałowałam, bo jak to zwykle bywa w Lombardii, foschia nie pozwoliła mi na nacieszenie się widokiem przeciwległych brzegów jeziora. No, ale cóż, życie nie składa się z samych przyjemności!

Przykro mi, że zdjęcia z wnętrza Sanktuarium nie są dobrej jakosci, ale robiłam je w taki sposób, żeby nie zwracać uwagi modlących się wiernych i nie przeszkadzać "pstrykaniem". Mimo to, zapraszam na Picasę.

 Więcej zdjęć>                  

https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/MonteIsola

 

niedziela, 19 czerwca 2011

LombardiaLago d'Iseo albo raczej Sebino leży nieopodal Bresci i jest najmniejszym z czterech wielkich, lombardzkich jezior. Słyszałam głosy, że również najładniejszym, choć o to mogłabym się kłócić, ponieważ w moim sercu pierwsze miejsce ma nieodmiennie jezioro Como. Ale to tak, jak z pierwszą miłością - przychodzą po niej inne, lecz czym więcej czasu upływa, z tym większym sentymentem ją wspominamy. Być może, nie powinnam się wypowiadać tak autorytatywnie, ponieważ całego jeziora nie udało mi się zobaczyć, ale jeśli w przyszłości zdołam to nadrobić i zmienię zdanie, nie omieszkam przyznać się do błędu. Tak, czy inaczej,  również to jezioro ma swoje atrakcje i uroki. Podobnie jak Lago di Garda i Lago  Maggiore, charakteryzuje się tym, że jego południowa część ma prawie płaskie brzegi, natomiast północna leży  pośród gór. Również Lago d'Iseoi tu, w każdej z miejscowości leżącej w pobliżu brzegu, znajduje się większa lub mniejsza przystań gdzie zawijają liczne statki. Z tego co zauważyłam, wszystkie one są nieduże i pełnią rolę "tramwaju wodnego". Niestety, kiedy tam byłam, nie zaczął się jeszcze sezon letni, więc dłuższe rejsy w głąb jeziora na jego północny kraniec, odbywały się jedynie w weekendy. Ja wybrałam się tam w środku tygodnia, więc nie udało mi się dotrzeć do Lovere, jednej z najdalej położonych miejscowości, jak to miałam w planie. W jednym z poprzednich wpisów wspominałam, iż Region Lombardia wprowadził do obrotu całodzienne bilety, uprawniające do swobodnego poruszania się wszystkimi środkami transportu publicznego,  w tym również statkami po Lago d'Iseo  (jako jedynym, na innych jeziorach, niestety, ta zasada nie obowiązuje). Jak sądzę, jest to spowodowane tym, że to jezioro posiada atrakcję jedyną w swoim rodzaju, czyli największą wyspę w Europie położoną na wodach śródlądowych.  Statek, lub łódź prywatna,  jest dla jej mieszkańców i przybyszów z innych stron, jedynym środkiem łączności ze stałym lądem. Wyspa nazywa się bardzo ciekawie - Monte Isola, czyli Góra - Wyspa. Rzeczywiście, wygląda niczym dość spora góra pokryta bujną roślinnością, wyrastająca na środku jeziora. Ma też ciekawy kształt, gdyż w zasadzie składa się z dwóch wzniesień, pomiędzy którymi znajduje się coś na kształt przełęczy. Przyjrzałam jej się dokładnie kiedy czekałam na statek, który miał mnie tam zawieźć. Wyższe wzniesienie stromo schodzi do wody, a na jego szczycie widać sylwetkę kościoła. Ponieważ przed wyjazdem "odrobiłam lekcję" wiedziałam, że jest to Sanktuarium  Madonna della Ceriola. Słyszałam o nim swego czasu we włoskiej telewizji, kiedy wspominano pielgrzymkę Jana Pawła II do Bresci i Bergamo. Natomiast na niższym szczycie, pośród drzew,  dostrzegłam okrągłą wieżę gotyckiego zamku. Oczywiście, na  widok tych atrakcji zaczęłam snuć plany dotarcia na górę. Ponieważ w dalszym ciągu z powodu uporczywego zapalenia ścięgien mam problemy z dłuższymi trasami, niestety, nie mogę działać "na żywioł" lecz liczyć siły na zamiary. Postanowiłam, że na miejscu zasięgnę języka co do odległości, stanu ścieżek, itd. Kiedy dopłynęłam do portu w miejscowości Peschiera Maraglio, okazało się, że sytuacja przedstawia się lepiej niż mogłam przypuszczać. Na wyspie jest absolutny zakaz używania samochodów prywatnych, więc siłą rzeczy, istnieje dobra komunikacja publiczna. Monte Isola jest jednocześnie gminą (comune) składającą się z jedenastu  niedużych wiosek. Te położone nad brzegiem jeziora mają swe przystanie gdzie zawijają statki. Część wiosek jest położona wyżej, na stoku góry, a wszystkie  łączy asfaltowa droga, która niczym wąż wije się po zboczach wzniesień. Najwyżej i jednocześnie najbliżej Sanktuarium leży wioska Cure. Jak się dowiedziałam,  na sam szczyt prowadzą dwie odrębne ścieżki o długości mniej więcej kilometra każda, więc uznałam, że  dotarcie tam nie sprawi mi żadnego problemu.Czekając na autobus obejrzałam  miejscowość Maraglio. Szczerze mówiąc, do oglądania nie ma zbyt wiele, bo miejscowość jest naprawdę mała. W zasadziMonte Isolae składa się z bulwaru będącego jednocześnie portowym nabrzeżem, oraz kilku uliczek na zboczu góry. Mimo to, ma ona wiele uroku. Stare, kolorowe domki, są w większości zadbane i ładnie utrzymane. Wiele z nich liczy sobie dwieście- trzysta lat, a kilka pochodzi z okresu średniowiecza. Jest tu też zabytkowy kościół oraz zamek, będący niegdyś własnością rodziny Oldofredi (niestety, niedostępny, gdyż jest własnością prywatną) Podobnie jak w Portofino, w większości budynków na parterze znajduje się bar, restauracja, lub sklep z pamiątkami. Nie brak też pięknych kwiatów, które kolorowymi  kaskadami zdobią okna i balkony. Mnie jednak najbardziej urzekł sklep z sieciami rybackimi. Pozwoliłam sobie wejść do środka, aby popatrzeć z bliska na pracę nad ich produkcją, która odbywa się na miejscu, w wydzielonej części tego obszernego pomieszczenia. Oprócz różnego rodzaju sieci i siatek na ryby, można tam kupić siatkowy hamak, huśtawkę, lub plecioną torbę. Wszystko to wyglądało bardzo atrakcyjnie. Jak się dowiedziałam, jest to rodzinna wytwórnia z dużą tradycją. Niewykluczone, że skusiłabym się na piękny, biały hamak z frędzlami (jak znalazł, do mojego ogrodu) gdyby nie stanowczy zakaz (wydany mi przez Martę) kupowania  we Włoszech rzeczy, które mogę kupić w Polsce, bez narażania się na transportowanie dodatkowych bagaży. Ponieważ zdaję sobie sprawę, że jest to tak zwana "święta racja" z żalem opuściłam sklep i pomaszerowałam na przystanek, skąd miał odjechać autobus do Cure. Autobus okazał się pakownym mini - busem, w którym bez trudu znaleźli miejsce wszyscy chętni. Podczas jazdy krętą drogą miałam okazję dość dobrze obejrzeć  prawie całą wyspę. Okazało się, że linia komunikacyjna prowadząca na wyższy ze szczytów, obsługuje siedem, z jedenastu miejscowości, stanowiących gminę Monte Isola. Ponieważ wyspiarzy jest niewielu, nic więc dziwnego, że kierowca zna wszystkich swoich  pasażerów którzy mieszkają tu na stałe, od wiekowych dziadków, do maluchów w wózku. Z przyjemnością muszę podkreślić, iż mimo dużej ilości turystów, wyspiarze traktują obcych z sympatią i chętnie udzielają wyczerpujących wyjaśnień na zadawane pytania. Przez chwilę nawet przyszło mi do głowy, że to być może z powodu izolacji, ale po namyśle doszłam do wniosku, że to zapewne raczej wrodzona pogoda ducha z powodu zdrowego środowiska i życia bliżej natury. Wyspa bowiem jest istotnie oazą spokoju. Jej całkowita powierzchnia wynosi nieco ponad 12 km2 a obwód 9 km. Wyższe wzniesienie, to, na którym znajduje się Sanktuarium, liczy sobie 600 mnpm. Na wyspie mieszka ogółem około 1800 stałych mieszkańców. Jak już pisałam, jest tu całkowity zakaz ruchu samochodowego dotyczący osób prywatnych. Jedyne samochody to ambulans medyczny, mini - busy komunikacji publicznej, samochód policyjny, oraz te, którymi poruszają się lekarz i ksiądz. Pozostali mieszkańcy jeśli nie korzystają z busa, przemieszczają się na rowerach i skuterach, oraz motocyklach. Są też dwa parkingi, gdzie w sezonie letnim turysta może wypożyczyć rower, jeśli nie dysponuje własnym. Również kontakt ze stałym lądem nie sprawia większych problemów, gdyż statki w dzień kursują co kwadrans,Monte Isola natomiast w nocy - co czterdzieści minut. Mimo to, życie na wyspie zapewne nastręcza też problemy; np. nie ma tu szkół średnich czy szpitala, lecz w zamian za to, jest spokój i nieskażone środowisko.Większość mieszkańców wyspy żyje z rzemiosła, oraz uprawy oliwek i winorośli. Myślę, że  kochają ten skrawek ziemi i przywykli do  trybu życia, jaki prowadzi się tu od  pokoleń. Gdy statek wiozący mnie  na wyspę zbliżał się do przystani, pierwsza rzecz, która zwróciła moją uwagę, to długi rząd skuterów i motocykli stojących na nabrzeżu. Wraz ze mną przypłynęło wiele osób, przeważnie kobiet, obładowanych torbami i paczkami. Byłam w szoku, widząc jak układają te pakunki na podnóżku skutera i bagażniku, zawieszają na kierownicy, a na koniec instalują się na swoim pojeździe, i trzymając jeszcze po torbie w każdej ręce chwytają za kierownicę, ruszają w drogę. Potwierdziło to moją teorię o niesamowitych zdolnościach adaptacyjnych gatunku ludzkiego, ale z całą pewnością w tym wypadku sprzymierzeńcem była też ładna pogoda. Trudno sobie wyobrazić takie jazdy kiedy pada deszcz lub śnieg, a od jeziora wieje zimny wiatr. No, ale  w odwodzie jest  komunikacja publiczna, która zapewne cieszy się wtedy większym powodzeniem. Jak zauważyłam, z nastaniem cieplejszej pory roku preferują ją przede wszystkim turyści, matki z małymi dziećmi i osoby w podeszłym wieku, które nie czują się na siłach aby korzystać z "czaru dwóch kółek". Ja również dołączyłam do tej grupy i po mniej więcej trzydziestu minutach, podczas których autobusik jechał wciąż wyżej i wyżej, znalazłam się w maleńkiej miejscowości Cure. Tu zaznajomiłam się z mapą, gdzie przedstawiono ścieżki prowadzące do Sanktuarium. Mimo iż było niedaleko, nie widziałam go, ponieważ zasłaniały je drzewa rosnące na zboczu. Ruszyłam przed siebie, uliczką prowadzącą pomiędzy domostwami z szarego kamienia. Kiedy znalazłam się poza obrębem zabudowań, wygodna droga poprowadziła mnie dalej pośród tarasowo położonych gajów oliwnych i winnic, porastających zachodnie zbocze góry. Teraz mogłam do woli cieszyć się wspaniałą panoramą przeciwległego brzegu jeziora i niżej położonej części wyspy. Po kilkunastu minutach mulatiera przywiodła mnie do bramy za którą zaczynały się kaplice drogi krzyżowej, więc musiałam być blisko Sanktuarium Madonna della Ceriola. Ale o mojej wizycie w Sanktuarium będzie następny wpis.

Monte Isola

 

 

                                                                                                                                                                        Jak zwykle, zapraszam do obejrzenia albumu na Picasie gdzie jest więcej zdjęć>                  

https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/MonteIsola

 

piątek, 10 czerwca 2011

VittorialePisałam już wcześniej, że teren Vittoriale liczy sobie dziewięć hektarów. Na tym obszarze oprócz willi i amfiteatru, znajduje się jeszcze wiele innych, interesujących obiektów. Dwa z nich, robią  wrażenie równie kolosalne, jak ich rozmiary. Pierwszy to Mauzoleum, wzniesione pośród drzew oliwnych, na szczycie wzgórza znajdującego się w obrębie parku. Spoczywają tam doczesne szczątki poety w otoczeniu najbliższych mu towarzyszy broni, podziemia natomiast poświęcone są Legionistom i cywilom, którzy zginęli podczas bratobójczej walki, kiedy wojska włoskie wkroczyły do Fiume, aby usunąć z miasta d'Annunzia wraz z jego stronnikami. Wydarzenia te rozegrały się w ostatnich dniach grudnia 1920 roku i stąd mówi się o nich jako o "Krwawym Bożym Narodzeniu". Mauzoleum ma kształt okręgu i słada się trzech tarasów, wzniesionych jeden nad drugim a jego forma nawiązuje do grobowców etruskich. Na środku najwyższego z nich wznosi się wysoki pylon,  na którym umieszczono sarkofag poety. Budowę obiektu zakończono w roku 1963 w setną rocznicę jego urodzin. Wokół znajdują się podobne sarkofagi jego dziesięciu  towarzyszy. Nieopodal mauzoleum znajduje się inny interesujący monument. Jest to część dziobowa okrętu wojennego "PuVittorialeglia" z którego stworzono pomnik,  jedyny w swoim rodzaju . Z okrętem jest związana ważna karta historii Włoch, gdyż w czasie Wielkiej Wojny pełnił  on służbę na wodach Dalmacji a jego kapitan i główny mechanik zginęli w 1920 roku, podczas zamieszek w Splicie. Kiedy zapadła decyzja o wycofaniu go ze służby, Marynarka Wojenna podarowała poecie jego część dziobową. Dokonano rozbiórki, a  fragmenty dwudziestoma wagonami przewieziono do Vittoriale. Tu wykonano iście gigantyczną pracę. Części złożono na powrót i zespolono je ze zboczem wzgórza, kierując  dziób w stronę jeziora Garda i Adriatyku. Kiedy dotarłyśmy tam wraz z Federicą, przeżyłyśmy prawdziwe zaskoczenie. Początkowo szłyśmy ścieżką pośród cyprysów, które zasłaniały okręt przed naszymi oczami.  Po przebyciu ostatniego odcinka alejki zeszłyśmy po niewysokich schodkach i nagle znalazłyśmy się na pokładzie najprawdziwszego okrętu. Wrażenie było doprawdy niesamowite! Nie będę się zagłębiać w szczegóły - lepiej niech przemówią zdjęcia, które tam zrobiłam. Wracając z powrotem (zbliżała się godzina wizyty w Muzeum Wojny) poszłyśmy jeszcze rzucić okiem na kuter torpedowy M.A.S. Na tym kutrze  poeta wraz z  załogą pod dowództwem kapitana Ciano, bez przeszkód wpłynął do portu Bucari, gdzie stały okręty austriackie (w wyprawie brały udział jeszcze dwie takie same jednostki). Po storpedowaniu jednego ze statków, pozostawili w porcie trzy butelki ozdobione trójkolorową wstążką, gdzie umieszczono  tekst pióra d'Annunzia, zapowiadający inne, tego typu akcje, lecz poważniejsze w skutkach. Był to jedyny w swoim rodzaju rajd propagandowy, który udowodnił Austriakom słabość ich obrony. Wyczyn Vittorialeten przeszedł do historii jako "Beffa di Bucari". Ku naszemu żalowi nie starczyło nam czasu na zwiedzenie Audytorium, w którym można obejrzeć wystawę fotograficzną, oraz zobaczyć na własne oczy aeroplan, na którym poeta latał jako obserwator i na którym wraz z eskadrą pilotów odbył słynny "Lot na Wiedeń". Był to następny, równie szalony jak poprzedni, wyczyn propagandowy. Mianowicie, włoska eskadra lotnicza San Marco, zwana "Serenissima", wykonała rekordowy jak na owe czasy lot, podczas którego samoloty przebyły łącznie 1200 km. Celem  był  Wiedeń i zasypanie jego mieszkańców ulotkami po włosku i niemiecku, co miało udowodnić wiedeńczykom przewagę  włoskich sił zbrojnych i dać im do zrozumienia, że po ulotkach może przyjść kolej na bomby. Te akcje przyniosły poecie i jego towarzyszom ogromną sławę i wysokie odznaczenia. Pamiątki związane ze służbą wojskową d"Annunzia, jego mundury, ordery, dyplomy i fotografie z tego okresu, oraz wiele przedmiotów otrzymanych w darze od byłych towarzyszy broni, można obecnie ogladać w Muzeum Wojny. Znajduje się ono w lewym skrzydle willi, dobudowanym według projektu Maroniego. Skrzydło to,w stylu obowiązującego w owych czasach art-deco, było przeznaczone na apartament dla poety i Luizy Baccara. Niestety, d'Annunzio zmarł nie doczekawszy ukończenia tej części budynku. Ponieważ jak już wspominałam, pomieszczenie zwane "Pokojem trędowatego" gdzie wystawiono  zwłoki zmarłego poety okazało się zbyt małe, przeniesiono je właśnie tu, do pomieszczenia, które było przeznaczone na jego sypialnię. W pokoju zwraca uwagę napis nad wezgłowiem łóżka "Nie, żeby spać, nie, żeby umrzeć". Ten napis w istocie nie odnosił się do tegoż łóżka, lecz mówił o filozofii życiowej d'Annunzia  i wyrażał jego przekonanie, że jedynie  aktywne życie może zapewnić nieśmiertelność. Niestety, w Muzeum Wojny miałam pecha. Przewodnik, który nas oprowadzał, chyba lepiej mówił po niemiecku, niż po włosku. Kilkakrotnie zachęcał nas do przerywania i zadawania pytań "jeśli będzie mówił zbyt szybko". Powiem szczerze, że czy mówił wolno, czy szybko, rozumiałam go piąte, przez dziesiąte. Oprócz kilkorga Włochów i mnie, w grupie był jeden Niemiec, do którego przewodnik zwracał się w jego języku, referując mu jakąś zredukowaną wersję. Nie podejrzewałam go znajomość polskiego, a nie chciałam też przeszkadzać ciągłymi prośbami o powtórzenie, licząc na to, że  po wyjściu z muzeVittorialeum oświeci mnie Federica. Bądź, co bądź, jest dziewczyną inteligentną, ma dobrą pamięć (studiuje języki obce) więc uważałam, że wywody przewodnika zrozumie bez trudu i zapamięta co mówił. Niestety, jedyne co mogła mi powiedzieć to "non ho capito nulla" czyli "nic nie zrozumiałam". Trochę to podniosło moją samoocenę w sprawie języka, lecz jeśli chodzi o ten etap życia poety, obydwie pozostałyśmy w ciemnościach niewiedzy. Na szczęście, miałyśmy dość czasu aby dokładnie obejrzeć większość eksponatów, co było swego rodzaju lekcją poglądową a raczej "oglądową".

Po wyjściu z muzeum, "w biegu" obejrzałyśmy jeszcze ogród prywatny willi, gdzie ze zdziwieniem odkryłyśmy dwa nagrobki. Jak się okazało, jest tam pochowana Maria, żona d'Annunzia, i jego córka Renata. Niestety, godzina odjazdu zbliżała się nieubłaganie, więc musiałyśmy zrezygnować ze zwiedzenia pozostałej części ogrodu, co jak już wspomniałam, pozostawiło nam uczucie niedosytu i co za tym idzie, chęć powrotu. Szkoda nam było też, że nie zobaczyłyśmy Ogrodu Botanicznego w Gardone Riviera, który wyglądał bardzo obiecująco.

Myślę, że ten wpis zamknie mały cykl, który poświęciłam postaci Gabriela d"Annunzio. Być może, fakt, iż było ich tak wiele, wyda się komuś niezrozumiały. Nie jestem bynajmniej wielbicielką faszystowskiej idei, lecz żyjąc przez wiele lat wśród Włochów, zainteresowałam się tą kartą ich historii. W moim odczuciu, starsze pokolenie nie rozliczyło się z nią i już się chyba nie rozliczy, a młode,  siłą rzeczy,  ma na ten temat  osąd raczej teoretyczny. Faktem jest jednak, że zdarza się, iż podczas zagorzałych dyskusji politycznych  pada epitet "faszysta"co mogłoby wskazywać, że ten system ma swoich pogrobowców. Zastanawiałam się nad tym, czy d'Annunzio, uchodzący za jego ideologa, mógłby stać się rzeczywistym przywódcą ruchu faszystowskiego i dlaczego nie podjął walki z rwącym się do władzy Mussolinim. Wkroczenie do Fiume na czele Legionu i stworzenie rządu, zapewne stało się dla niego swego rodzaju próbą generalną. Podobno jako Commandante Republiki Carnaro, nie pieścił swoich przeciwników politycznych, wręcz przeciwnie. Zapewne, jest to prawda, gdyż każda idea niezależnie od tego czy słuszna, czy nie, ma swoich wrogów, więc oczywiście zwolennicy bronią jej wszystkimi dostępnymi sposobami i tak "gwałt, się gwałtem odciska". Liczne dowody daje nam w tej mierze cała historia gatunku ludzkiego. Być może d'Annunzio, jako poeta, teoretyk i esteta, nie czuł się powołany do tego rodzaju policyjnej działalności. Zapewne, były między nim i Mussolinim pewne podobieństwa, lecz i poważne różnice. Poeta był ideologiem, a Duce tę ideę zmaterializował, jak sądzę, nie zawsze po myśli twórcy. Możnaby rzec, że przerósł swego mistrza, niestety, w sensie negatywnym. Myślę, że d'Annunzio wolał się udać na "emigrację wewnętrzną" niż podjąć walkę z człowiekiem pozbawionym skrupułów i obdarzonym dużą dozą wrodzonego okrucieństwa. Nie sadzę, aby poeta chciał narażać swój wizerunek, stając z nim do nierównej walki. Nie można też wykluczyć, że miał przeczucie (lub świadomość) tego, iż jego ideologia ewoluując, spowodowała konsekwencje, których początkowo nie przewidział. Jeśli tak było i świadomie usunął się z  polityki na swe dobrowolne wygnanie, to można rzec, że okazał się bardzo przewidujący. Tak, czy inaczej, zbudował sobie pomnik za życia i nadal cieszy się sławą nieustraszonego poety-żołnierza. Natomiast jego przeciwnik marnie skończył od strzałów z bratniej ręki, powieszony za nogi niczym zwierzę rzeźne, znieważany i opluwany przez tych, którzy jeszcze niedawno wielbili go i oklaskiwali. I tu rodzi się pytanie, co zawiodło - idea, czy jej wykonawca? Ale to już jest pytanie dla filozofów i historyków, choć i tu też  trudno o zgodę. Można się zastanawiać nad problemami związanymi z tym etapem historii Europy i nad historią ludzkości w ogólnym sensie. Wciąż przecież rodzą się systemy i idee, jedynie słuszne, i najlepsze z możliwych, które upadają, a ich zwolenników odsądza się od czci i wiary. Także w naszej ojczystej historii nie brakuje podobnych zdarzeń - przywódców zrzucanych z piedestału, roszczeń o granice i ideologie. Myślę że d'Annunzio był dzieckiem swojej epoki i jej wyrazicielem, człowiekiem, którego po części stworzyły czasy, w których żył. Mnie interesuje w tej historii przede wszystkim jej ludzki aspekt. Ewolucja intelektualna a później degrengolada człowieka, jego reakcje na okoliczności w jakich się znalazł, i młyn historii, ścierający na proch tych, którzy się dostaną w jego tryby. Zastanawiałam się też niejednokrotnie jaki wpływ na  zachowania poety miał fakt, że przez lata nadużywał kokainy. Być może, jego spektakularna odwaga po części była skutkiem działania narkotyku? Zapewne żaden narkotyk nie zrobi bohatera z tchórza,  lecz może wzmocnić wrodzone cechy i jego pewne zachowania mogły by świadczyć o takim wpływie. Pod koniec życia wyraźnie spadła jego sprawność intelektualna, i mimo że nadal dużo pracował, publikował mało, natomiast pozostawił wiele szkiców i rzeczy niedokończonych, co mogłoby wskazywać na charakterystyczną dla narkomanów, gonitwę myśli. Również jego hiper-aktywność erotyczna  była wspomagana kokainą z czym się absolutnie nie ukrywał. Jej wieloletnie używanie  może  prowadzić do paranoi oraz manii wielkości, i być może, tu należy szukać przyczyny kompulsywnej rozbudowy Vittoriale. Niewykluczone, że mogło to  być przyczyną  wylewu krwi do mózgu i śmierci (spotkałam się też z opinią że zmarł na zawał serca). Tak, czy inaczej, po bliższym przyjrzeniu się, wyraźnie widać zmiany, jakie zaszły w jego zachowaniu po upływie kilku lat od opuszczenia Fiume. Zdawać by się mogło, że w tym momencie zaczęła się dla niego droga wiodąca w dół, mimo iż starał się zachować swoją godność i dumę, oraz udowodnić, że to on sam dokonał  wyboru sposobu, w jaki mu przyszło egzystować. Bez wątpienia, w pierwszym okresie życia, kiedy szukał miłości i z tych poszukiwań uczynił pożywkę dla swojej niecodziennej sztuki, stworzył dzieła wspaniałe. W późniejszym - był już tylko cieniem siebie samego. Poszukiwanie miłości zamieniło się w promiskuityzm, a bohaterstwo w samouwielbienie. Jednak kiedy czytałam akt donacyjny Vittoriale, a szczególnie zdanie, które przytoczyłam na wstępie, wydaje mi się, że wszystko to było wynikiem głębokiej frustracji człowieka, obdarzonego nieprzeciętną wrażliwością i nadzwyczajnym intelektem. Myślę, że słuszne jest, aby Włosi o nim pamiętali i nie chodzi mi o to, że powinni go wielbić czy potępiać, za to, czego dokonał i kim był. Sadzę, że jego życie i zdarzenia w których brał udział, mimo iż dość odległe, mogą  być punktem wyjścia do wielu przemyśleń i refleksji użytecznych dla przyszłych pokoleń.  To "spotkanie po latach" to również moja osobista historia. Sporo czasu upłynęło od momentu gdy zobaczyłam kilka par butów stojących w muzeum, do chwili, kiedy o tym napisałam. Przeszłam w tym czasie długą drogę, na której przydarzyło mi się wiele obserwacji, rozmów, przemyśleń i lektur. Wiele też się dowiedziałam o pewnym człowieku, historii kraju, ludziach, wśród których żyłam, i oczywiście, o mnie samej. To też ewolucja, tym razem - moja, własna.

Więcej zdjęć >https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/VittorialeMauzoleum

                     https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/OkretPugliaMAS

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Najlepsze Blogi

Pisz swój dziennik w Internecie