Zawsze pasjonowało mnie odkrywanie świata, później narodziła się moja pasja fotograficzna. Przez wiele lat mieszkałam i pracowałam we Włoszech. Ich efektem jest nie tylko mnóstwo wspomnień tego co widziałam, lecz także kilka tysięcy zdjęć w komputerze. Moje wędrówki były odległe od najczęściej uczęszczanych szlaków, niemniej widziałam miejsca i rzeczy warte upamiętnienia. Dlatego też, postanowiłam na łamach tego bloga podzielić się moimi włoskimi impresjami. Co do innych zainteresowań - lubię malarstwo, literaturę i dobrą muzykę, niezależnie od gatunku.
Kategorie: Wszystkie | pamiętnik | turystyczny
RSS

turystyczny

wtorek, 07 czerwca 2011

Vittoriale... io son venuto a chiudere la mia tristezza e il mio silenzio in questa vecchia casa colonica, non tanto per umiliarmi quanto per porre a piu' difficile prova la mia virtu' di creazione e trasfigurazione.Il mio amore d'Italia, il mio culto delle memorie, la mia aspirazione all'eroismo, il mio presentimento della Patria futura si manifestano qui in ogni ricerca di linea, in ogni accordo o disaccordo di colori.

...przyszedłem, aby zamknąć mój smutek i moje milczenie w tym starym, wiejskim domu, nie dlatego abym miał się uniżyć, lecz aby sprostać najtrudniejszej próbie tworzenia i przekształcania. Moja miłość dla Italii, cześć, którą mam dla narodowej pamięci i dążenia do bohaterskich czynów, oraz moje przeczucie Ojczyzny, jaka nadejdzie, tu znalazły swój wyraz w każdej linii, harmonii i dysharmonii kolorów.                                                             

  (tłumaczenie własne)                                                                                                                                                                                  

 

Jest to fragment aktu, w którym poeta ofiarował Vittoriale Narodowi Włoskiemu. Akt jest dość długi, więc wybrałam fragment, który wydawał mi się najbardziej znaczący, mówiący o idei, jaka nim kierowała. Nie bez znaczenia jest też to, iż wyraża on poczucie goryczy z powodu odosobnienia w którym d'Annunzio się znalazł i jego dramatycznej próbie walki o zachowanie godnosci.


VittorialeVittoriale degli Italiani, to jak już pisałam w pierwszym poście, nie tylko dom poety lecz duży kompleks składający się z willi i parku, gdzie znajdują się liczne budowle i monumenty. Całość leży na zboczu wzgórza, z którego roztacza się piękny widok na jezioro Garda. Wspominałam wcześniej  o tym, że jezioro przez większość dni w roku spowija lekki opar, który Włosi nazywają "foschia". Jest on spowodowany dużą wilgotnością powietrza i nie należy go mylić z mgłą. Tak, czy inaczej, powoduje to znaczne ograniczenie widoczności. W zamian jednak oferuje wrażenie, że wypływając na jezioro w jego szerszej części, zanurzamy się w prawdziwym morzu błękitu, w którym zaledwie majaczą  odległe brzegi. Podobno to ten błękit widziany podczas lotu aeroplanem oczarował Poetę do tego stopnia, że postanowił nabyć opuszczoną willę Cargnacco. Kiedy na skutek zabiegów Mussoliniego został ostatecznie wyeliminowany z polityki, nowo nabyty dom stał się nie tylko jego schronieniem, ale jak już pisałam "złotą klatką". Sądzę, że d'Annunzio jako żołnierz - poeta, górował nad    DuVittorialece nie tylko sławą , ale przede wszystkim inteligencją. Zapewne jednak nie miał jego determinacji w dążeniu do władzy za wszelką cenę, a może raczej władza, jako taka, po prostu go nie interesowała. Kiedy czytałam analizy dotyczące regencji w Republice Carnaro, uderzyło mnie to, iż w bardzo krótkim czasie potrafił wraz ze swoimi współpracownikami ustanowić prawo i zorganizować życie tej niewielkiej społeczności. Żywot Republiki był krótki ( trwał niewiele ponad rok) więc trudno ocenić, jak by  to wszystko funkcjonowało i czy nie okazało by się utopią. Faktem jest jednak, że sam poeta raczej nie zamierzał rządzić tam w nieskończoność, o czym świadczy chociażby przyjęcie nazwy "Regencja", przy czym on sam z dumą  nosił tytuł Commandante. Jego zamiarem było stworzenie pomostu pomiędzy Włochami i Dalmacją a następnie podanie Italli spornego dotąd miasta Fiume, na "złotej tacy". Jednak ówczesny rząd nie skorzystał z okazji i cała awantura skończyła się wkroczeniem włoskiego wojska, a następnie usunięciem rebeliantów siłą, co przeszło do historii pod nazwą "Krwawego Bożego Narodzenia". Myślę, że po takim doświadczeniu, d"Annunzio miał prawo czuć się nie tylko rozczarowany, lecz wręcz zdruzgotany. Nie tylko zgięli ludzie których prowadził i którzy zawierzyli jego idei, lecz samej idei (abstrahując dziś od jej słuszności) również odebrano sens i wartość.Tym, kto go wtedy poparł, był Mussolini ze swoimi faszystami i tak narodziła się łącząca ich więź, która z wielu względów, dla poety okazała sVittorialeię również więzami. Był to właściwie kres jego czynnej kariery, zarówno wojskowej jak i politycznej. Od tej pory żył w swojej wieży z kości słoniowej, obsypywany pieniędzmi i zaszczytami, książę bez księstwa, na dobrowolnym wygnaniu. Myślę, że pomysł stworzenia Vittoriale był dla niego sposobem  nie tyle na wyrażenie swego wybujałego ego, co  ciągłym przypominaniem samemu sobie i innym, że tym, co uważał za sens swojego życia było działanie, stanowiące motor jego twórczości. Prawdopodobnie również jego nadmierna aktywność na polu damsko -męskim wywodziła się z tego samego źródła. Vittoriale powstawało na przestrzeni wielu lat i niektóre obiekty ukończono już po śmierci poety. Przez długi okres było niedostępne dla szerszej publiczności i otworzyło swe podwoje dla zwiedzających dopiero w latach 90-tych. Początkowo można było zwiedzać jedynie park, zaś willa jest dostępna od roku 2000. Architektem, który pracował dla d'Annunzia, a następnie po jego śmierci dla fundacji, która zarządza obiektem, był Gian Carlo Maroni. Nie mam pojęcia, do jakiego stopnia posunięta była jego autonomia w projektowaniu, ale prawdopodobnie był on przede wszystkim wykonawcą zaleceń poety. Summa summarum, powstał z tego twór dość dziwny i niespójny stylistycznie, sprawiający wrażenie, że architekt starał się jakimś cudem zadowolić swego genialnego pracodawcę spełniając jego kaVittorialeprysy i życzenia i nie zagubić przy tym własnej wizji. Vittoriale miało być w zamyśle poety narodową pamiątką, oraz świadectwem męstwa i poświęcenia  Włochów, podczas Wielkiej Wojny. Stąd obecność wielu symboli nie zawsze czytelnych na pierwszy rzut oka, liczne tablice pamiątkowe i  rzeźby. Mimo, iż byłyśmy tam przez kilka godzin, nie udało nam się zobaczyć wszystkiego, a część obiektów oglądałyśmy w biegu. Pozostawiło mi to uczucie niedosytu i mam szczery zamiar wrócić tam w niedalekim czasie. Wraz z Federicą zdołałyśmy jednak oprócz muzeów obejrzeć najważniejsze i największe z parkowych obiektów, czyli amfiteatr, mauzoleum i okręt Puglia. Amfiteatr jest w moim odczuciu, fantastyczny. Od willi oddziela go portyk, który wieńczy jego koronę. Natomiast z widowni otwiera się wspaniały widok na błękitne jezioro Garda. Z prawej strony, nad sceną, od niedawVittorialena stoi niebieski koń "Cavallo blu" - rzeźba Mimmo Paladino. Na pierwszy rzut oka zdaje się niezbyt pasować do otoczenia, lecz po zastanowieniu uznałam, że postawienie go w tym miejscu nie jest pozbawione sensu. Artysta chciał zapewne w ten sposób oddać osobowość poety i jego bojowego ducha,  aspiracje i pęd do wolności. A  niebieski kolor z pewnością nawiązuje  do koloru przestworzy i wód Adriatyku, z którymi związane były jego wojenne dokonania, a także barwy jeziora Garda, nad którym spędził ostatnie lata życia. Sam amfiteatr jest bardzo harmonijnie wtopiony w otoczenie. Podobno, przed przystąpieniem do pracy jego twórca, architekt Maroni, udał się do Pompei żeby czerpać ze starożytnych wzorców. Dziś budowla jest wykorzystywana do koncertów i występów teatralnych w ramach letniego festiwalu kultury, a w jej podziemiu znajdują się pomieszczenia wystawowe (w chwili obecnej jest tam wystawa "D'Annunzio segreto").

piątek, 03 czerwca 2011

VittorialeLot archanioła to ciekawe określenie, na równie ciekawy, choć niewątpliwe przykry epizod w życiu poety. Wieczorem, 13 sierpnia 1922 roku, około godziny 23, Gabriel d'Annunzio wypadł z okna pokoju muzycznego,  swojej willi w Gardone Riviera. Tak naprawdę, nie ma pewności co do rzeczywistego przebiegu wydarzeń, więc siłą rzeczy nagromadziło się wokół tej historii wiele plotek i pomówień, z teorią spiskową na czele. Po raz pierwszy o tym wypadku usłyszałam  w wersji  mówiącej  o tym iż d'Annunzio, który nałogowo zażywał kokainę, będąc pod jej wpływem wyskoczył z okna willi, łamiąc przy tym nogę. W żadnym ze źródeł nie trafiłam później na tę informację, natomiast większość wspomina o "locie archanioła" (to aluzja do  imienia poety, którego patronem był archanioł Gabriel). Tego określenia używał zresztą sam dAnnunzio w korespondencji ze swoją długoletnią kochanką, a właściwie konkubiną, Luizą Baccara. Oficjalnie uważa się, że był to nieszczęśliwy wypadek. Podobno tego wieczoru  Luiza  dawała koncert, grając domownikom i gościom na fortepianie. W tym czasie, jej młodsza siostra, Jolanda, stojąc przy otwartym oknie, rozmawiała z panem domu. Była to chyba rozmowa dość szczególna, bo w pewnym momencie kobieta odepchnęła go gwałtownie co spowodowało, że Gabriele stracił równowagę i wypadł na zewnątrz. Pokój muzyczny znajduje się na pierwszym piętrze willi, a okno od ziemi dzieli odległość kilku metrów. Mimo to, poeta  odniósł dość poważne obrażenia głowy co spowodowało utratę przytomności. Podobno z nosa wypływał mu płyn mózgowo - rdzeniowy (co mogło by świadczyć o złamaniu podstawy czaszki). Wezwany lekarz stwierdził, że kontuzja spowodowała wstrząs mózgu. Prawdopodobnie jest w tym zajściu jakaś tajemnica o której jego uczestnicy i świadkowie nie powiedzieli całej prawdy. Według osób które zajmowały się tą sprawą, było kilka punktów, które zdecydowanie nie pasowały do całości. Pierwsza rzecz to fakt, iż wezwany na miejsce wypadku lekarz, zastał d'Annunzia ubranego w pidżamę, szlafrok i domowe pantofle. Wszyscy którzy znali poetę, zgodnie twierdzą, że ktoś, kto tak jak on odznaczał się doskonałymi manierami i był nieposzlakowanie elegancki, nigdy by sobie nie pozwolił na taki strój podczas koncertu, nawet we własnym domu. I to zarówno przez szacunek dla obecnych osób, jak i muzyki, którą wielbił. Wątpliwości budziło też to, że dwaj przyjaciele poety obecni wtedy w willi, nigdy nie zabrali głosu w tej sprawie, nie potwierdzając przebiegu zajścia, ani nie zaprzeczając ogólnie przyjętej wersji. Po wypadku do Gardone Riviera przybyła ukochana córka d'Annunzia, Renata i Mario, jego najstarszy syn. Kiedy próbowali dociekać prawdy, insynuując bezpośredni udział Luizy w zajściu (krążyły słuchy, że to nie Jolanda, lecz Luiza,  poVittorialewodowana  zazdrością o siostrę, podczas kłótni wypchnęła d'Annunzia przez okno) rozjuszony poeta po prostu wypędził ich z domu, zabraniając pokazywania mu się na oczy i dopiero po upływie pięciu lat doszło do zgody pomiędzy nimi. Ale najbardziej istotnym elementem było to, że wypadek miał miejsce na dwa dni przed planowanym spotkaniem poety z Mussolinim i Francesco Nittim. Nitti, który uchodził za liberała, sprawował funkcję szefa rządu w czasie gdy d'Annunzio powołał do życia swoją republikę Carnaro na terenie miasta Fiume. Był on politykiem ostrożnym i zachowawczym, więc nie udzielił rebeliantom wsparcia. Z tego powodu trudno byłoby oczekiwać, aby mógł  liczyć na szczególną sympatię Commandante. Również jeśli chodzi o stosunki z Mussolinim sprawa miała się niewiele lepiej, choć "Il mascheraio" był chętny do  wykorzystania autorytetu, którym cieszył się poeta. Przeprowadził zresztą taką próbę, kiedy w lecie 1922 roku, związki zawodowe przygotowywały się do strajku generalnego. Ówczesny rząd postawił związkowcom ultimatum w sprawie odstąpienia od strajku, a w razie braku consensusu zagroził rozpędzeniem robotników przy pomocy faszystowskich bojówek. D'Annunzio przebywał wtedy w Mediolanie, gdyż chciał się spotkać z Eleonorą Duse. Mussolini zwrócił się do poety aby przemówił z balkonu Palazzo Marino do faszystów zgromadzonych na Placu della Scala. D'Annunzio spełnił prośbę, lecz wbrew swoim obyczajom (jak pisałam poprzednio był świetnym mówcą i potrafił zapanować nad tłumem) zrobił to w sposób absolutnie niezgodny z oczekiwaniami Duce, co Mussoliniego bardzo rozczarowało. Miało to miejsce 3 sierpnia, a w kilka dni później  padła wyżej wspomniana propozycja, zawarta w liście którego autorem był Nitti, trójosobowego spotkania w dniu 15 sierpnia, celem wspólnego stworzenia rządu "szerokiego oddechu". Zagadką jest, kto naprawdę stał za tą inicjatywą. Zdania są podzielone - powszechnie uważa się że był to Mussolini, choć mówi się również, że mógł to być  d'Annunzio. Jeśli istotnie nie był to jego projekt, jest  mało prawdopodobne żeby poeta odniósł się do tej propozycji z wielkim entuzjazmem. Osobiście uważam, że zbyt cenił sobie własną sztukę i niezależność intelektualną, aby narażać swój autorytet bohatera narodowego poprzez uczestnictwo w przedsięwzięciu, które mogło zakończyć się poVittorialerażką. (Tym bardziej, że miał za sobą bolesne doświadczenie związane z Regencją w Fiume). Z całą pewnością miał też zapał i chęć do dokonywania epickich czynów, lecz nie był typem polityka, który dobrze się czuje za rządowym biurkiem. Ze swojego (w zasadzie dobrowolnego) odosobnienia, jako żołnierz - poeta  sprawował rząd dusz, nie narażając się na konfrontację z pokrętnymi prawami codzienności w polityce. Prawdopodobnie nie miał również ochoty na rolę figuranta i firmowanie swoim nazwiskiem poczynań dwóch pozostałych panów. Jeśli o mnie chodzi,  to nie zdziwiłabym się, gdyby fingując wypadek, próbował wycofać się z niewygodnego "triumwiratu". Jest to moja własna teoria, która może wydać się nieco dziwna, lecz jak sądzę, nie  jest to nieprawdopodobne. D'Annunzio niejednokrotnie podczas wojny dowiódł, że nie brakuje mu ani odwagi, ani determinacji, co zgodnie potwierdzają wszyscy jego współcześni. Dowodzi tego chociażby fakt, iż zaciągnął się w czasie wojny do armii  jako ochotnik i niejednokrotnie zdarzyło mu się wystawiać dobrowolnie na niebezpieczeństwo. W czasach gdy samolot był ósmym cudem świata, nie tylko brał udział w licznych lotach jako obserwator, lecz przeżył również przymusowe lądowanie. Wtedy to odniósł ranę, która w przyszłości poskutkowała utratą oka. Zapewne otarł się o śmierć, lecz to nie zraziło go do lotnictwa. Czym wobec tego zdarzenia był skok z niewielkiej wysokości? Sytuacja w jakiej się znalazł w 1922 roku, była istotnie kłopotliwa. Czy chciałby narażać swój mit, stworzony w czasie wojny, aby uczestniczyć w przedsięwzięciu politycznym do którego nie miał  przekonania? Jawne przeciwstawienie się Mussoliniemu też byłoby ryzykowne, więc  "ucieczka w chorobę" mogła tu być dobrym rozwiązaniem. Sądzę, że d'Annunzio mógłby się zdobyć na taki ekstremalny gest. W młodości jako poseł parlamentu z ramienia prawicy, gdy za pomocą ustawy próbowano założyć knebel wolnej prasie,  przeszedł na lewą stronę, mówiąc "Idę w stronę życia". O jego stosunku do przyszłego dyktatora może też świadczyć  wiersz, który umieścił w poczekalni dla niemiłych gości, gdzie porównuje Mussoliniego do szkła, a siebie do stali. Można pomyśleć, że  dało tu znać o sobie przerośnięte ego poety, lecz według mnie jest w tym inny, głębszy sens. Sądzę, że porównując Duce do szkła, poeta miał na myśli nie tylko kruchość, lecz także przejrzystość tego materiału. Dla człowieka takiego jak on, o przenikliwej, nieprzeciętnej inteligencji, manewrVittorialey i zamysły brutalnego i bezwzględnego polityka zapewne były przewidywalne, czyli przezroczyste niczym szkło. A co do stali - każdy kto próbował kiedykolwiek zgiąć nawet najcieńszy stalowy pręt, wie, jak trudne to zadanie. Czym większej siły używamy aby go odkształcić, z tym większą energią wraca do pierwotnej postaci ( co może skutkować bolesną nauczką). Reasumując, według mnie, ten wiersz mówi jasno - "przejrzałem cię, wiem, kim jesteś i dlatego nie możesz mnie złamać, bo wiem jak ci się przeciwstawić". Kontuzja której uległ d'Annunzio spowodowała iż upadł projekt triumwiratu a Mussolini w ciągu kilku miesięcy z przywódcy partii stał się premierem i dyktatorem. Można dziś zastanawiać się i dywagować, w którą stronę potoczyło by się koło historii, gdyby  13 sierpnia 1922 roku, około godziny 23, poeta nie stanął przy otwartym oknie. Jeśli był to ślepy traf, to być może, zmieniło by to bieg wypadków w Europie. Jeśli celowe działanie na jego szkodę, to zapewne znaleziono by  inną okazję do dokonania zamachu.
 Tak, czy inaczej, wątpliwości w tej sprawie były chyba powszechne, bowiem w willi pojawił się agent policji "pod przykrywką", udający uchodźcę politycznego z Czech. Jego tożsamość została odkryta przez poetę, lecz agent zdążył przedtem sporządzić odpowiedni raport. Jednak najbardziej zagadkowy  jest sam fakt jego przybycia. Nie wiadomo właściwie, dlaczego  się tam zjawił i na czyje zlecenie, gdyż nie wpłynęło żadne doniesienie o ewentualnym przestępstwie. Raport który sporządził, potwierdził  wersję o nieszczęśliwym wypadku, lecz jak dotąd, jego oryginał  jest niedostępny i spoczywa w policyjnym archiwum. Wszyscy domownicy obecni wtedy w willi, nabrali w tej sprawie "wody w usta". Lekarz, który kurował poetę stwierdził, że odniósł on ciężkie obrażenia głowy, w tym również rany zewnętrzne. Jednak już w trzy tygodnie później, na łysej głowie 'dAnnunzia nie było po nich żadnego śladu, co potwierdza obiektywny świadek. Wersja z "ucieczką w chorobę" to moja prywatna opinia, która mi się nasunęła, po zaznajomieniu się z dostępnymi faktami. Przybycie agenta, według mnie, mogło by wskazywać iż ktoś inny również miał podejrzenia co do tego, czy wypadek istotnie miał miejsce. Są też głosy w tej sprawie, że  inicjatywa trójstronnego spotkania wyszła od poety, który być może chciał wyhamować zapędy coraz bardziej niebezpiecznego Mussoliniego, na co ten odpowiedział zorganizowaniem zamachu. Miała to być  próba usunięcia poety z życia politycznego raz na zawsze ( lub skutecznego zastraszenia, gdyby przeżVittorialeył) a użyto do tego celu sióstr Baccara. Luizę wręcz pomawiano o to, że była "wtyczką" faszystów, a jej obecność w willi Cargnacco miała ułatwić  trzymanie poety pod kontrolą. Oczywiście, jest to również bardzo prawdopodobny scenariusz. Mussolini zapewne zdawał sobie sprawę, że d'Annunzio nie pozwoli sobą manipulować i ich drogi prędzej czy później się rozejdą. Chyba nie był  mu też na rękę otwarty konflikt z człowiekiem  otoczonym powszechnym szacunkiem, ani dzielenie się z nim władzą. W tej sytuacji proponowanie spotkania mogło być swego rodzaju zasłoną dymną dla planowanego zamachu. Czy istotnie Luiza Baccara lub jej siostra były zamieszane w próbę zabójstwa? To pytanie chyba pozostanie bez odpowiedzi, jeśli nie wypłyną jakieś nowe, wiarygodne materiały na ten temat. Faktem jest, iż nie była ona  lubiana przez ex- towarzyszy broni Commandante, którzy mieli jej za złe, że zbytnio się szarogęsi, dopuszcza do niego ludzi na podstawie własnego "widzimisię" i kontroluje jego korespondencję. Również Aelis Mazoyer nienawidziła Luizy i źle się o niej wypowiadała. Aelis prawdopodobnie była dobrze poinformowana o prawdziwym przebiegu wydarzeń, lecz zabrała tę tajemnicę do grobu. W swoim pamiętniku sugeruje czynny i celowy udział Luizy, przytaczając tajemniczo i dwuznacznie brzmiące zdanie (podsłuchane), które ta podobno wypowiedziała, dowodzące jej winy. Zastanawiano się  zapewne niejednokrotnie, co trzymało tę młodą i piękną kobietę przy starzejącym się poecie, który do tego zdradzał ją ustawicznie. Faktem jest, że Luiza była bardzo zazdrosna, pytanie tylko o co? O poetę, czy też o swoją pozycję przy nim? Przeszło osiemdziesięcioletnia Luiza, wypytywana przez Giovanniego Minoli, dziennikarza zajmującego się problematyką historyczną, nie chciała odpowiedzieć na  pytania  kwestii wypadku. Mimo iż mieszkała z poetą pod jednym dachem, często komunikowali się za pomocą listów. Luiza przekazała listy d'Annunzia muzeum Vittoriale, lecz brak pomiędzy nimi korespondencji z okresu po wypadku, oraz jakiejkolwiek wzmianki na ten temat, która mogła by wnieść coś nowego do sprawy. Wszystko wskazuje też na to, że sam poszkodowany był jak najbardziej zainteresowany aby cała sprawa pozostała nierozwiązaną zagadką. Być może, całe zdarzenie było misterną intrygą, zamachem, lub po prostu rzeczywiście nieszczęśliwym wypadkiem, spowodowanym emocjami nie mającymi nic wspólnego z polityką. Protagoniści i świadkowie "lotu archanioła" spoczywają w spokoju, więc być może, nigdy nie dowiemy się prawdy o kulisach tego zdarzenia.

Jako punkt wyjścia do tego wpisu posłużyła mi niepotwierdzona informacja o  skoku poety z okna pod wpływem kokainy. A może jest w tym ziarno prawdy, która "wyciekła" mimo wszystkich starań, aby  nie wyszła ona na jaw? Jedynie motyw tego skoku być może był o wiele bardziej istotny i dramatyczny, niż źle zakończony, narkotykowy seans.

Na ostatnim zdjęciu pierwsze okno z lewej strony, tuż przed balkonem, to właśnie okno z którego wypadł d'Annunzio. Jak widać, wysokość nie przeraża. Na dwóch czarno - białych zdjęciach Luiza, a na środkowym poeta, jego przyjaciel i siostry Baccara.

środa, 01 czerwca 2011

VITTORIALEZbliżał się koniec roku  1926. Gabriele d'Annunzio żył  złotej klatce Vittoriale, otoczony swoim haremem, książkami i bibelotami. Miał sześćdziesiąt trzy lata i nadal nie brakowało mu apetytu na życie. Tamara Łempicka wraz mężem, po ucieczce z Rosji zamieszkała w Paryżu, gdzie zaczęła z dobrym skutkiem uczyć się malarstwa. Młoda, zdolna, o niebanalnej urodzie i z dobrej rodziny, szybko zaczęła robić karierę. W tym czasie miała lat dwadzieścia dziewięć ( a może trzydzieści dwa?) i cieszyła się już zasłużoną sławą utalentowanej portrecistki. Obracała się w paryskim "towarzystwie", będąc jego prawdziwą ozdobą. D'Annunzia znała ze słyszenia i powzięła zamysł, iż sportretowanie kogoś tak sławnego i cieszącego się opinią wielkiego znawcy i kolekcjonera sztuki, z całą pewnością wyniosło by ją na wyżyny i nadało jej karierze jeszcze większy rozpęd. Udała się więc do Florencji, żeby zapoznać się z włoskim malarstwem i przy okazji powziąć odpowiednie kroki celem zrealizowania tego projektu. Pomiędzy malarką i poetą nawiązała się (z jej inicjatywy) przyjacielska korespondencja. Tamara nadmieniła w jednym z listów, że chciała by go namalować i d'Annunzio ochoczo zaproponował jej przyjazd do Vittoriale. O ile  Łempicka myślała w tym wypadku jedynie o swojej karierze, gospodarz domu widział w niej  jeszcze jedną potencjalną zdobycz. A że była to utalentowana malarka i kobieta światowa, no cóż, to zapewne tylko zaostrzało jego apetyt na jej wdzięki. Łempizdjęcie malarkicką w Vittoriale czekało iście królewskie przyjęcie. Poeta nakazał min. strzelać na wiwat z dział na okręcie "Puglia" i nie szczędził różnych faworów (otrzymała od niego klejnoty o znacznej wartości). Jednak bardzo szybko okazało się jaki był rzeczywisty powód zaproszenia, gdyż gospodarz domu nie ukrywał  celu swych zabiegów.Tamara nie należała do niewiast przesadnie cnotliwych, ale w tym wypadku nie miała najmniejszego zamiaru powiększać zastępów kobiet przewijających się przez "Pokój Ledy" czyli sypialnię pana domu. Co prawda, zdarzyło jej się kiedyś przymusowo upaść w ramiona konsula szwedzkiego, lecz była to cena za zwolnienie jej męża z czekistowskiego więzienia. Można więc przyjąć, że popełniła wtedy ofiarę w szczytnym celu. Tym razem chyba uznała, że cena za zgodę na namalowanie portretu jest zbyt wysoka. Była przyzwyczajona sama wybierać swoich partnerów i ani myślała ulegać zachciankom Mistrza. Po pierwsze, znając jego rozpustny tryb życia obawiała się zarażenia syfilisem, a po drugie, nie pociągał jej w najmniejszym stopniu. Faktem jest, że jeśli chodzi o wygląd fizyczny poeta lata swojej świetności miał już za sobą. Łempicka była jednak po prostu bezlitosna i wspominając całe zajście wyraziła się  o nim "okropny karzeł, ubrany w mundur wojskowy". Poeta oczywiście nie był świadomy jej odrazy i wielokrotnie próbował wprowadzić swe zamysły w czyn. Zapraszał ją na przejażdżki samochodem i loty aeroplanem, niestety, osiągnął tylko tyle, że pani się przeziębiła. Nie było już mowy o malowaniu portretu, co Łempicką również wyprowadziło z równowagi i uczyniła kąśliwą uwagę, że być może, poeta nie mówi zdjęcie pisarzao tym bo boi się usłyszeć cenę. Wywołało to prawdziwy atak furii ze strony Mistrza. Mimo to, nie ustawał w swoich usiłowaniach aby zdobyć jej względy.Tamara, żeby nie zaogniać sytuacji pozwalała mu na dość śmiałe pieszczoty, ale ani myślała ulegać. Stosowała różnego rodzaju wymówki, z sakramentalnym bólem głowy na czele. Pewnego razu d'Annunzio wszedł do jej pokoju i po prostu stanął przed nią nago, jak go Bóg stworzył, sądząc, że to może ją zachęci. Jednak tak się nie stało i usłyszał od niej jedynie wyznanie że "ma wstręt do pornografii". Następnym razem, kiedy zapukał do jej drzwi z zapytaniem czy może wejść, w odpowiedzi usłyszał "Tak, ale ubrany". Pewnej nocy znów zawitał do niej, tym razem uzbrojony w swój arsenał wytrawnego kochanka -  skórzany neseser gdzie znajdowały się erotyczne akcesoria - jedwabne szale, pióra, pachnące olejki do masażu, perfumy oraz kokaina. Jednak Tamara chyba należała do kobiet, które albo upadają za pierwszym razem, albo nigdy, więc i tym razem poeta nic nie wskórał. Podobno wybiegł z jej pokoju zrozpaczony, z okrzykiem "Ona mnie nie chce bo jestem stary!" Prawdopodobnie  był to moment przełomowy w tej historii, bo na drugi dzień gospodarz zażądał aby opuściła jego dom jak najszybciej, nie szczędząc przy tym morałów i ubolewając nad losem jej męża (sic!).Tak też się stało i Tamara wyjechała do Mediolanu. Tam otrzymała przez "umyślnego" list od poety z wierszem zatytułowany "Złota kobieta" i pierścień z ogromnym topazem, który nosiła zresztą aż do śmierci. Z d'Annunziem nie spotkała się już nigdy. Niebawem też pocieszyła się  po nieudanej próbie namalowania jego portretu, gdyż jej kariera zaczęła rozwijać się w bardzo szybkim tempie. Całe to niezbyt przyjemne zdarzenie opisała  Aelis Mazoyer, gospodyni, powiernica i kochanka Mistrza. Łempicka wzbudziła jej niechęć od pierwszej chwili, więc pisząc swe wspomnienia nie szczędziła niepochlebnych słów pod jej adresem. Dla poety była to chyba jedna z niewielu, jeśli nie jedyna, porażka tego rodzaju. A do naszej narodowej legendy  poza Wandą, co nie chciała Niemca, przeszła też Tamara, która odmówiła Włochowi. Na szczęście, tym razem obeszło się bez samobójstwa.


P.S. A swoją drogą, szkoda, że Łempicka nie zmierzyła się z tym zadaniem. Bardzo jestem ciekawa, jak w wydaniu portretowym malarki, która swoich modeli malowała z taką pasją i odkrywała nam ich urodę, wyglądał by "okropny karzeł w mundurze". A może stało by się tak, jak z portretem Tadeusza Łempickiego i oprócz "Męża niedokończonego" byłby jeszcze "Kochanek niedokończony" (dosłownie i w przenośni).

niedziela, 29 maja 2011


Jak wspomniałam w pierwszej notce, zaintrygowały mnie piękne buty poety, które swego czasu widziałam w Muzeum Obuwia w Vigevano. Moja wiedza na jego temat nie była wtedy zbyt obszerna. Co prawda wspominało się o nim w szkole, podczas lekcji języka polskiego i historii, lecz bGabriele d'Annunzioyły  to informacje dość okrojone. Najczęściej słyszało się że był przykładem dekadenta i libertyna, oraz jednym z twórców faszystowskiej ideologii. Ponieważ zawsze lubiłam oglądać historyczne programy edukacyjne, zdarzyło mi się niejednokrotnie widzieć, zwłaszcza tu, we Włoszech, filmy dokumentalne z okresu pierwszej wojny światowej. Oczywiście, nie mogło w nich zabraknąć d'Annunzia, który odegrał wówczas bardzo istotną rolę i otaczała go fama bohatera. Szczerze mówiąc, zawsze mnie dziwiło co też miał tam do roboty ten mały człowieczek, cieszący się zasłużoną sławą gorszyciela maluczkich i hołdujący rozwiązłym obyczajom. Widziałam go podczas pełnych swady przemówień, lub kiedy ubrany w pilotkę i lotnicze okulary wsiadał do samolotu, oraz w innych, niecodziennych dla pisarza czy poety, sytuacjach. Wtedy wydawał mi się nieco śmieszny i nie na swoim miejscu.

Kilka lat temu wybrałam się do Vigevano gdzie znajduje się plac, który cieszy się opinią najpiękniejszego we Włoszech. Plac jest istotnie bardzo piękny, a nieopodal można  zobaczyć wielki zamek z czerwonej cegły, wzniesiony przez Sforzów. W zamku min. mieści się  Muzeum Obuwia, które posiada bardzo ładną kolekcję  butów współczesnych a także z różnych okresów historycznych (gorąco polecam, naprawdę warto to zobaczyć, jeśli ktoś będzie miał  taką możliwość) w tym buty gwiazd filmowych i innych sławnych osób. Pamiętam, że widziałam wtedy  długie, brązowe buty do konnej jazdy i kilka par trzewików należących niegdyś do d'Annunzia, wszystkiD'Annunzio segretoe w bardzo dobrym stanie i świetnie utrzymane. Zwracał też uwagę ich mały rozmiar (nr 38) co właściwie nie jest niczym dziwnym, zważywszy, że poeta miał zaledwie 158 cm wzrostu. Muszę przyznać, że ich widok naprawdę zrobił na mnie duże wrażenie. To były buty nie tylko drogie, lecz z całą pewnością należące do bardzo eleganckiego mężczyzny. Świadczył o tym nie tylko ich doskonały stan, lecz przede wszystkim wyrafinowany, choć absolutnie klasyczny fason i wysoka jakość wykonania. I być może na tym zakończyła by się moja przygoda z poetą i jego obuwiem, gdyby nie wystawa obrazów Tamary Łempickiej w Mediolanie, którą miałam okazję obejrzeć nieco później. Przy tej okazji dowiedziałam się sporo interesujących rzeczy na temat  osobistych związków poety i malarki, oraz usłyszałam po raz pierwszy o "locie archanioła" sławetnym upadku d'Annunzia z okna willi w Gardone Riviera. Co prawda, ta wersja zdarzenia jak się to później okazało, nie miała nic wspólnego z prawdziwym (czy też uznanym za prawdziwy) przebiegiem wypadków, ale pomyślałam wtedy, że zapewne warto zobaczyć dom tak niebanalnej osobistości.
Tak więc, kiedy wraz z Federicą udałyśmy się na zwiedzanie Vittoriale, miałam jakąś wiedzę na temat prywatności poety, lecz jak się okazało, był to zaledwie maleńki okruszek. Już podczas zwiedzania domu d'Annunzia, patrząc na  wystrój pokoi, a także słuchając opowieści bardzo dobrze przygotowanej przewodniczki, zrozumiałam, iż poeta  nie tylko zasłużył sobie na miano geniusza swojej epoki, lecz przede D'Annunzio segretowszystkim posiadał naprawdę nieopisanie bogatą osobowość. Nic więc dziwnego, że objawiała się ona zarówno poprzez czyny, które umieściły go na kartach historii, jak i pod postacią obyczajowych ekscesów. Jednym z haseł jego życia było "Genio et voluptati" -  takie motto można do dziś widzieć nad jednymi z drzwi w jego domu. D'Annunzio chyba nigdy nie miał najmniejszych wątpliwości co do swojego geniuszu, oraz tego, że jest kimś niezwykłym i udowadniał to całym swoim życiem. Wyznawał zasadę wszystkich dandysów, że należy żyć tak, aby życie stało się dziełem sztuki samo w sobie. Oczywiście, do tego było niezbędne wiele czynników, piękne uczucia, piękne czyny, piękne przedmioty, no i oczywiście na poczesnym miejscu, piękne kobiety. Tu drobna uwaga - nie chodziło bynajmniej o banalne piękno, które przemawia do pospólstwa, lecz o to, aby je dostrzec tam, gdzie inni go nie widzą. Żeby tworzyć własne kanony i wychodzić poza ogólnie przyjęte ramy, gdyż dandys nie jest pierwszym z tłumu, on stoi ponad tłumem. Taki punkt widzenia chyba był w zgodzie z charakterem poety i  sposobem w jaki widział swoją rolę w społeczeństwie. Abstrahując od oceny jego twórczości literackiej, d'Annunzio był z całą pewnością fascynującym i niebanalnym człowiekiem i mężczyzną. Jako chłopiec i bardzo młody człowiek - ładniutki, choć "mizernego wzrostu". Jednak pomimo iż niewysoki, był bardzo harmonijnie zbudowany i nieźle umięśniony (że o innych walorach nie wspomnę). Chyba nie miał w tGabriele d'Annunzioym względzie żadnych kompleksów (nawiasem mówiąc nie musiał - tu natura obeszła się z nim bardzo łaskawie) o czym świadczy fakt, iż bez oporów fotografował się nago i uprawiał jazdy konne po plaży w "stroju adamowym". Zdarzyło się, że podczas takiej przejażdżki został zatrzymany przez karabinierów, którym zaserwował klasyczną frazę "czy wy wiecie, kim ja jestem"-  zresztą z dobrym skutkiem. Bardzo wcześnie stracił włosy, ale to w niczym nie umniejszyło jego uroku osobistego. To, co zwracało uwagę i co potwierdzają zdjęcia, to piękne oczy, o szczerym, "czystym" spojrzeniu - niczym oczy dziecka - które zachował, nawet kiedy był już w dojrzałym wieku. Jest to doprawdy niezwykłe u człowieka, który używał życia na wszelkie możliwe sposoby, a mimo to, na jego twarzy nie ma zwykłych oznak zblazowania ani rozpusty. Co prawda, bardzo się zmienił pod koniec życia, gdyż stracił większość zębów -  sądzę że z powodu częstego używania kokainy. Swoją drogą, to ciekawe, dlaczego taki esteta jak on, nie starał się czegoś zrobić w tym względzie. W końcu sztuka dentystyczna stała na wystarczająco wysokim poziomie, aby temu zaradzić (czyżby bohater Wielkiej Wojny bał się wiertła?). Sądzę, że człowiek, który tak jak on cenił piękno, w tym również  piękno ciała, miał problemy z pogodzeniem się z własną staroścą i związanymi z nią zmianami fizycznymi. Być może to nie fotofobia, co swego rodzaju uczucie skrępwania, kazały mu żyć w półmroku. Tego sposobu od zawsze używały starzejące się piękności, aby utrzymać złudzenie, że ich uroda jeszcze nie przeminęła - zasłonięte lustra i przyćmione lampy.Taki wniosek nasunął mi się, gdy w gabinecie (gdzie pracował w samotności) zobaczyłam jasne firanki i dużo dziennego światła. Kiedy jednak ogląda się zdjęcia z wcześniejszych etapów życia poety, uderza jego szlachetna elegancja a  naturalność z jaką pozuje sprawia wrażenie, że są to zdjęcia robione z "ukrycia". Żadnych wymyślnych póz, nadętych czy pretensjonalnych min. Jedynie zdjęcia z jego młodości mogą nieco śmieszyć, z racji wąsika w stylu "huzar z operetki". Ale na szczęście z czasem zmienił styl, co zdecydoGabriele d'Annunziowanie wyszło na dobre jego fizjonomii. Wracając zaś do mocnych punktów jego męskiego wdzięku, to jednym z nich był  głos. Jasny, czysty i metaliczny, którym umiał bardzo dobrze operować.  Potrafił mówić nie tylko pięknie, ale i bez wysiłku, nawet przez trzy godziny. Ale jak ktoś słusznie zauważył, najistotniejszym organem seksualnym człowieka jest mózg i przypadek d'Annunzia zdaje się to potwierdzać. Kim byłby bowiem gdyby nie miał talentu, bez fascynującej, oryginalnej inteligencji i chęci smakowania życia we wszystkich jego przejawach? Niskim mężczyzną o dużym nosie, który stracił włosy, oko, a na koniec zęby i niczym więcej. A przecież pomimo tych braków w aparycji, do końca otaczał się niezliczonymi kobietami, zazdrosnymi o jego względy. Do końca życia pozostał też wierny swej bezprzykładnej elegancji. Po jego śmierci, wszystkie osobiste rzeczy, w tym bielizna i ubrania, zostały zabezpieczone i obecnie można je zobaczyć w gablotach, w podziemiach amfiteatru na terenie Vittoriale. Jest to zaledwie niewielka ich część, ale i tak jest na co popatrzeć. Długi szereg butów na wszelkie okazje (ogółem posiadał trzysta par) jedwabna bielizna (samych tzw."niewymownych" czyli po prostu majtek, miał siedemdziesiąt trzy pary) oprócz tego koszule dzienne i nocne (w tym jedna bardzo szczególna, jest jej zdjęcie na Picasie) kapelusze, krawaty, szlafroki, jedwabne pidżamy, stroje wyjściowe i sportowe. Wszystko to zaprojektowane osobiście i w najlepszym gatunku. D'Annunzio projektował ubrania nie tylko dla siebie, lecz również dla swoich licznych kobiet. Jednak nie były to suknie "na ulicę" lecz luksusowa bielizna, używana podczas intymnych spotkań. Wykonana z przejrzystego jedwabiu lub koronki, bardzo często miała formę mini - halki i to w czasach, kiedy suknie kończyły się nieco ponad kostką damskiej nogi! A pięknych kobiet nigdy nie brakowało w jego życiu. Ożenił się wcześnie, bo mając zaledwie dwadzieścia lat, z księżniczką Marią Hardouin di Gallese, właściwie wbrew woli jej rodziny. Zgodę na małżeństwo wymusił, uciekając z panienką do Florencji. Mimo iż szybko stał się ojcem trzech synów, którzy przyszli naGabriele d'Annunzio świat z tego małżeństwa, nie ustawał w podbojach seksualnych. Miał też wiele  związków dość poważnych, trwających po kilka lat. Z jednego z nich, z księżną Gravina, urodziła się jego ukochana córka, Renata, którą nazywał "Sirenetta" czyli Syrenka. Inną  jego kochanką była sławna aktorka Eleonora Duse, a związek z nią poskutkował tym, że zaczął współpracować z teatrem i pisać sztuki sceniczne. W jego haremie nie brakowało kobiet wyróżniających się talentem, urodą i uznaną pozycją w tzw."wielkim świecie". Jedną z nich była sławna "kobieta fatalna" markiza Luisa Casati Stampa, miłośniczka egzotycznych zwierząt (ofiarodawczyni żółwia z poprzedniego posta). Jego żona dość szybko wystąpiła o separację, jednak mimo to, po okresie urazy ich stosunki ułożyły się na tyle dobrze, że poeta wynajął dla niej willę tuż obok swego domu w Gardone Riwiera, gdzie Maria zamieszkała na stałe. D'Annunzio, mimo iż zakochiwał się często a jego miłości nie były długotrwałe, nie traktował swoich podbojów jedynie instrumentalnie. Kiedy jego kochanka Alessandra di Rudini  poważnie zachorowała, bardzo się o nią troszczył, dopóki nie wyzdrowiała.(Co prawda później zerwał z nią z powodu narkomanni w którą popadła, zażywając morfinę w czasie choroby). Znaczącą postacią w jego życiu była też jedna z jego służących, Aelis, będąca również jego kochanką i "zarządzającąGabriele d'Annunzio domem" oraz "zasobami ludzkimi" czyli, inaczej mówiąc, dostarczycielką dziewczyn na jedną noc  spośród mieszkanek okolicznych miejscowości.  Była ona poecie bezgranicznie oddana i przekonana, że należy mu się wszystko, czego zapragnie. Jednak  ostatnią towarzyszką jego życia została kobieta, która sama była uznaną artystką. Nazywała sią  Luiza Baccara, była nie tylko piękna, lecz również młodsza od d'Annunzia o trzydzieści lat, i uważano ją za bardzo zdolną pianistkę. Poeta poznał ją w Wenecji (była przyjaciółką jego ówczesnej kochanki). Związał się z nią przed wyruszeniem do Fiume (gdzie mu towarzyszyła) a następnie razem zamieszkali w nowo zakupionej willi w Gardone Riviera. Luiza została przy nim do końca, co nie przeszkodziło mu korzystać z wdzięków innych kobiet. Faktem jest, że jeśli miał w planie coś więcej niż jedną noc, wysyłał Luizę "na odpoczynek" do jej ulubionej Cortiny, aby jej nie drażnić. D'Annunzio bowiem pod koniec życia stał się  po prostu seksoholikiem. Czy był to sposób na zabicie lęku przed nadchodzącą śmiercią, o której tak często medytował i na którą się przygotowywał urządzając sobie w domu "Pokój trędowatego" czy przejaw choroby, czy też wynik zażywania kokainy, trudno tego dociec. Nie wykluczone, że była to reakcja na fakt, iż zostostał odsunięty (za własnym przyzwoleniem) przez Mussoliniego na boczny tor i tak naprawdę, żył po prostu w złotej klatce. Zapewne w młodości  i w wieku dojrzałym uparcie szukał miłGabriele d'Annunzioości, tak, jak to napisał w swej powieści z której cytat przytoczyłam we wprowadzeniu.  Kiedy to poszukiwanie przeszło w mechanizm i w zwykłą rozpustę, tego chyba się nie dowiemy, mimo, iż zostały po nim wynurzenia dotyczące również tej sfery, które zawarł w swoim ostatnim, sekretnym dziele, będącym podsumowaniem jego życia. Tak, czy inaczej, faktem jest, iż w Priorii, "Sancta Sanctorum" Vittoriale degli Italiani, odbywały się podobno nie tylko "różowe balety" ale po prostu orgie połączone z zażywaniem kokainy. D'Annunzio nie tylko nie miał nigdy (z małymi wyjątkami) problemów ze zdobyciem upatrzonej kobiety, ale udało mu się mimo upływu lat, zachować opinię wspaniałego kochanka. Po części był to dar natury, ale również różne wyrafinowane techniki, które stosował. Ale o tym będzie w następnym poście.

 

Są zdjęcia z wystawy na Picasie, jakość nie jest najlepsza ale jesli kogoś zainteresował tekst, to może zechce je obejrzeć "poglądowo". Zaznaczam, że trzy z nich z nich są dla osób pełnoletnich.

Więcej zdjęć >https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/DAnnunzioSegreto#

Natomiast jeśli ktoś miałby ochotę zobaczyć stroje w jakich oglądał swe panie Mistrz, podaję link do strony               >http://www.castellionline.it/mostradannunzio/

Po wejściu na stronę należy kliknąć w napis ENTRA, a następnie po otwarciu, u dołu stron w napis VAI AL PERCORSO

piątek, 27 maja 2011

Vittoriale degli Italiani to duży kompleks, który zajmuje powierzchnię dziewięciu hektarów i ma  formę rozległego parku. Oprócz domu poety znajduje się tu wiele innych, imponujących budowli. Poprzednim właścicielem tej posiadłości był niemiecki pasjonat i historyk sztuki, HenIl Vittorialery Thode. Po zakończeniu Wielkiej Wojny został  zmuszony do powrotu do Niemiec a willę wraz z terenem przejęło państwo włoskie w ramach reparacji wojennych. W tym czasie d'Annunzio który opuścił Fiume poszukiwał domu, w którym mógłby się osiedlić. Swego czasu oczarowało go jezioro Garda i spowijająca je błękitna mgła, tak więc jego wybór padł na Gardone Riwiera i opuszczoną willę. Początkowo ją wynajmował, aby ostatecznie odkupć na jesieni 1921 roku. Swój nowy dom nazwał "Prioria" ( słowo oznaczające konwent franciszkański). Postanowił też przystosować ją do swoich potrzeb, więc zatrudnił w tym celu młodego archtekta, Gian Carla Maroni który pracował podczas tworzenia i rozbudowy Vittoriale przez wiele lat, również po śmierci poety. Dom i jego wyposażenie pozostały do dziś w stanie nienaruszonym, więc wszystko jest  tu tak, jak za życia gospodarza. Zwiedzanie willi odbywa się w małych grupach (8-10 osób) i wyłącznie z przewodnikiem. Przed wejściem należny zostawić w skrytce wszelkie torby, plecaki, zbędne okrycia i oczywiście, aparat fotograficzny. Miałyśmy szczęście, ponieważ kiedy się zjawiłyśmy, znalazło się dla nas miejsce w grupie włoskiej  ( z racji dużej ilości cudzoziemców tworzone są grupy językowe) i mogłyśmy rozpocząć zwiedzanie. Od chwili kiedy przekroczyłam próg tego domostwa, ogarnęło mnie ogromne zdziwienie i trwało ono aż do końca wizyty. Nigdy dotychczas nie widziałam takiej ilości książek, obrazów, zdjęć, bibelotów i przedmiotów codziennego użytku, zgromadzonych w jednym miejscu. Do tego dochodzą boazerie, bogato zdobione meble, jedwabne portierIl Vittorialey i obicia  ścian, że nie wspomnę o dywanach, rzeźbach, witrażowych oknach, lampach z Murano i skórach zwierząt. Mimo iż przewodniczka nie popędzała nas w najmniejszym stopniu i obszernie opowiadała o życiu pisarza i historii domu, na większość z tych przedmiotów zaledwie można było rzucić okiem.  Tym bardziej, że w pokojach panuje półmrok, tak jak to było za życia pisarza. D'Annunzio podczas wojny odniósł ranę w okolicy oka i w konsekwencji utracił je, ponieważ zaniedbał leczenie. Od tej pory uskarżał się na dokuczliwą fotofobię i żył w półcieniu.
 Podczas zwiedzania willi można dojść do wniosku, że pisarz  był nie tylko estetą ale również sybarytą. Na jego zlecenie założono w willi nowoczesne centralne ogrzewanie, jak również wyposażono ją w luksusowe łazienki, rzecz dość rzadka w owych czasach. Wizytę w muzeum rozpoczyna się od pomieszczeń gdzie osoby odwiedzające poetę oczekiwały na "audiencję" czasem nawet po kilka godzin. D'Annunzio mimo iż wycofał się z czynnego życia politycznego, pozostał dla swoich współczesnych ogromnym autorytetem,  do tego opromienionym sławą bohatera wojennego. Za swe zasługi otrzymał od króla tytuł księcia Montenevoso. Również w czasach dyktatury faszystowskiej cieszył się wieloma przywilejami, mimo iż do Mussoliniego odnosił się niechętnie, mając mu za złe sojusz z Hitlerem. Duce jednak tolerował ten stan rzeczy z braku  innego wyjścia, w końcu miał do czynienia z naprawdę wybitną osobowością. Jednak podobno  kiedyś doszło pomiędzy nimi do drastycznej sceny. Mussolini zaproponował wtedy, że albo obsypie d'Annunzia złotem, aby nie występował otwarcie przeciwko niemu, albo go unicestwi. Pisarz wybrał pierwszy wariant  i odtąd stał się pupilem rządu, który spełniał wszystkie jego zachcianki. Jedną z nich było zrealizowanie Vittoriale, wymarzonego kompleksu poświęconego  chwale włoskiego oręża. Mimo to, dyktator nie był w 'Priorii" mile widzianym gościem, bowiem d'Annunzio nie darzył go szacunkiem i nazywał "il mascheraio" Il Vittorialeczyli sprzedawcą masek. W jednym ze swych wierszy porównywał go też do szkła, siebie zaś do stali. Kiedy Mussolini przybywał z wizytą, oczekiwał w najskromniejszym z pomieszczeń, czyli w poczekalni po prawej stronie schodów, przeznaczonej dla niechcianych i oficjalnych gości. Nawiasem mówiąc, skromność pomieszczenia to w tym wypadku  pojęcie bardzo względne. Natomiast po przeciwnej stronie schodów znajduje się też druga poczekalnia, tym razem dla przyjaciół, gdzie wyposażenie jest o wiele bogatsze i milsze dla oka. Pisarz w swoim otoczeniu zgromadził niewiarygodną wprost ilość pięknych  przedmiotów o wielkiej wartości. Właściwie, to poza podłogą trudno tu znaleźć większy kawałek wolnej powierzchni. Zwiedzający muszą więc bardzo uważać na swoje ruchy a przewodnicy nieustannie trzymają wszystkich na oku. Wyposażenie willi robi naprawdę niezwykłe wrażenie. Przyznam jednak, że mimo natłoku przedmiotów całość nie jest chaotyczna i widać w tym świetny gust i znajomość rzeczy. W  domu znajduje się też ogromny księgozbiór liczący ponad trzydziesci tysiecy sztuk woluminów ( mówi się że d'Annunzio przeczytał je wszystkie). Część książek (ok 6000 tomów)  i niektóre przedmioty pozostały po poprzednim włascicielu. Widziałam między innymi trzy niewielkie portreciki, które chyba były jego własnością. Przedstawiają one Richarda Wagnera, Hansa von Bulow i jego żonę Cosimę Liszt (pierwsza żona  Thode'ego była córką von Bulowów). Inną cechą charakterystyczną dla tego domu, jest duża ilość kopii rzeźb znanych twórców, min. Michała Anioła, z podmalowaniami wykonanymi własnoręcznie przez gospodarza. Jednak według mnie rzeczą najbardziej kuriozalną jest spora szafa, gdzie poeta przechwywal swoje medykamenty. Uważa się że cierpiał on na hipochondrię, co zapewne nie mija się z prawdą gdyż  jest to prawdziwa, dobrze wyposażona apteka. Zdziwienie wPrioriaywołuje również jego osobista łazienka, wypełniona podobnie jak inne pokoje, mnóstwem rzeczy absolutnie nie związanych z utrzymaniem ciała w czystości. O jej przeznaczeniu świadczy jedynie duża, porcelanowa wanna, w kobaltowym kolorze. Te dziwactwa mieszczą się mimo wszystko w granicach normy. To co wybiega poza wszelkie ramy to "Pokój trędowatego". Został on przygotowany za życia poety  jako miejsce medytacji, tam też po śmierci miały być wystawione  jego zwłoki. W pokoju, na wprost drzwi znajduje się  podwyższenie, a na nim stoi niewielkie łóżko przypominające zarazem kołyskę i katafalk. Nad jego wezgłowiem umieszczono obraz od którego pochodzi nazwa pokoju. Przedstawia on świętego Franciszka który trzyma w ramionach trędowatego. W czasach kiedy częste były epidemie tej choroby, uważano, iż osoby trędowate są naznaczone przez Boga, niczym biblijny Hiob, który został wybrany aby cierpieć, gdyż w ten sposób mógł dowieść wielkości swego ducha i mocy wiary. Nie trzeba chyba dodawać, iż d'Annunzio widział w tym odniesienie do siebie samego. Kiedy umarł, jego ciało umieszczono tam tak, jak sobie tego życzył, lecz pokój okazał Prioriasię zbyt mały dla tych, którzy chcieli zobaczyć  go po raz ostatni.  W związku z tym, zwłoki przeniesiono  do innego pomieszczenia mającego być sypialnią poety w nowo zaadaptowanej części domu. Jak już pisałam, większość pokoi jest bardzo bogato wyposażona, pełno tu pięknych przedmiotów i cennych, starych mebli. Na tym tle uderza nowoczesnością przestronna kuchnia w kolorze niebieskim, oraz gabinet, w którym pisarz pracował. Jest on chyba jedynym pomieszczeniem gdzie światła nie tłumią ciężkie zasłony, lecz białe muślinowe firanki. Również meble wykonane na specjalne zamówienie z jasnego dębu, mają prostą i ergonomiczną formę. Do pokoju prowadzą  bardzo niskie drzwi, tak, że wchodzący muszą pochlić głowę oddając w ten mimowolny sposób pokłon geniuszowi pisarza. Również i tutaj poeta zgromadził  mnóstwo przedmiotów, z reguły pamiątek otrzymanych  od przyjaciół, towarzyszy broni, oraz wielbicieli jego talentu. Uwagę zwiedzających przyciąga przede wszystkim kobiece popiersie, którego głowę okrywa jedwabna chusta. To rzeżba przedstawiająca aktorkę Eleonorę Duse, kochankę i muzę poety. Lubił on mieć ją blisko siebie, lecz okrytą, aby jej piękna twarz nie budziła w nim wspomnień i nie rozpraszała go podczas pracy. IPrioriannym oryginalnym przedmiotem jest duży żółw z pozłacanego brązu, umieszczony  u szczytu stołu, w jadalni dla gości. Swego czasu żywego żółwia  otrzymał poeta od jednej ze swoich kochanek, markizy Casati Stampa. Zwierzę to żyło spokojnie w ogrodach Vittoriale aż do czasu, gdy otruło się zjadając kwiaty tuberozy. D'Annunzio kazał wtedy wykonać tę rzeźbę i wykorzystać do tego jego skorupę. Żółwia umieszczono  na stole, jako swego rodzaju memento dla biesiadników. Co ciekawe, pod koniec życia d'Annunzio najchętniej przesiadywał i pracował (czasem długo w noc) w pomieszczeniu będącym w zasadzie garderobą, Tu miał swoje biurko przy którym pisał,  często również tu spożywał posiłki (ponieważ stracił większość zębów, najchętniej jadał w samotności).Tu też umarł na wylew krwi do mózgu, wieczorem 1 marca, 1938 roku.

Jak juz nadmiemiłam we wnętrzu muzeum nie można robić zjęć. Te, które tu zamieściłam wykonałam podczas oglądania filmu edukacyjnego oraz na zewnątrz budynku. Jednak osoby ktore chciały by zobaczyc wnętrza mogą zajrzeć na stronę której adres podaję:

 http://www.vittoriale.it/

Są tu do wyboru trzy języki, włoski, angielski i niemiecki. Po wejściu na stronę należy kliknąć w okienko "IL VITTORIALE" a nastepnie TOUR WIRTUALE, i podążać klikając w ukazujacą się ikonkę aparatu fotograficznego. Po wejściu do domu najlepiej  byłoby rozpocząć zwiedzanie od pomieszczenia po prawej stronie schodów, czyli poczekalni dla oficjalnych gości, zwanej "Stanza del mascheraio" a następnie przejść do pokoju muzycznego. Jednak zwiedzanie rozpoczyna się od drugiej "poczekalni" czyli oratorium Dalmata. Szczerze mówiąc, łatwo się tu zgubić, więc w razie czego, warto spróbować jeszcze raz.

Gorąco polecam!

środa, 25 maja 2011

portret"Świadomość zmieniała się w bezbrzeżną rzekę myśli. A myśli pojedyncze stawały się żarliwe jak wielkie namiętności i poruszały duszę, do której znajdował dostęp każdy możliwy niepokój. Uczucie zaznane tylko w myślach stawało się tak wyraziste, jak uczucie zaznane w rzeczywistości. Kojarzenie ze sobą wrażeń powodowało, że przymglone wspomnienia nabierały nagle jaskrawej jasności. Najdziwniejsze i najrzadsze ciągi skojarzeń wprowadzały jego wyobraźnię w długotrwałe cudowne uniesienia".

 

"Dobrze wiedział, że miłość przynosi ludziom najgłębszy smutek, jako że jest najwyższym wysiłkiem, na jaki człowiek się porywa, aby wyjść z samotności. A mimo to dążył do miłości w nieustępliwym uniesieniu"

                                        Gabriele d'Annunzio, "Triumf Smierci"

 

Wybrałam te dwa cytaty, gdyżportret zdają mi się być kluczem do osobowości Gabriela d'Annunzio, takiego, jakiego zobaczyłam, kiedy przestąpiłam progi jego domu. Pojechałam tam z ciekawości, aby z bliska spojrzeć na pamiątki po człowieku, który w dalszym ciągu jest dla Włochów jednym ze znaczących bohaterów narodowego panteonu. Mam też wrażenie, że w oczach rodaków nie dyskredytują go  jego niewątpliwe związki z faszyzmem i fakt, że jest nazywany  Janem Chrzcicielem tego ruchu. Nie chciałbym wdawać się w rozważania na ten temat, gdyż jest to zadanie dla historyków, jednak zdarzyło mi się rozmawiać o tym z Włochami i sądzę, że są dalecy od jednoznacznego potępienia faszyzmu, a zwłaszcza jego początkowego okresu. Oczywiście, wszyscy głośno odżegnują się od rasizmu, zabójstw politycznych i sojuszu z Hitlerem. Podkreślają jednak fakt, iż po wyniszczającej wojnie ta ideologia nawiązująca do tradycji starożytnego Rzymu, apelowała do poczucia wielkości narodu, który tak naprawdę nie miał zbytnich powodów do dumy z racji problemów ekonomicznych i braku narodowej jedności. W tej sytuacji, mogło być wybawieniem pojawienie się wodza, który niczym ojciec, surowy a czasem groźny, zapanował by nad sytuacją i zagwarantował poczucie bezpieczeństwa. Nawet rezygnacja z przywilejów demokracji w zamian za przywileje socjalne, nie wydawała się czymś nie do przyjęcia, ludziom znękanym wojną i niedostatkiem. Na dodatek powojenne podziały w Europie nie budziły we Włochach entuzjazmu, co stwarzało dobry grunt dla kolonialnych, rewizjonistycznych i wielkościowych idei.

 portret Gabriel d'Annunzio  dziś jest dla Włochów nie tylko poetą i pisarzem, którego czytają i o którym uczą się w szkole. Pamięta się przede wszystkim o tym, że był człowiekiem, który miał odwagę rzucić się w wojenną awanturę aby wcielić w życie swoje idee. Kiedy w 1915 r zaciągnął się do wojska jako ochotnik, miał pięćdziesiąt dwa lata i z racji wieku nie podlegał mobilizacji. Mimo to, nie tylko wykazał się błyskotliwą inteligencją, którą wspierał przedsięwzięcia znaczące dla włoskiej propagandy, takie jak "beffa di Buccari" i "lot na Wiedeń",  lecz również ogromną odwagą osobistą. Z tego powodu był bardzo szanowany i został wielokrotnie odznaczony. Szczytowym momentem w  politycznej karierze d'Annunzia było stworzenie  ochotniczego Legionu, który  we wrześniu 1919 r zajął miasto Fiume. Utworzono  tam niezależną Republikę Carnaro, co miało być początkiem procesu uzyskania dla Włoch Istrii i Dalmacji. Akcja ta jednak postawiła rząd włoski w niezręcznej sytuacji wobec Europy, co poskutkowało wysłaniem wojska i usunięciem rebeliantów w grudniu 1920 r. Natomiast poparcie polityczne przyszło ze strony  faszystów, do  których po wycofaniu  z miasta przyłączyli się legioniści d'Annunzia. Sam pisarz po opuszczeniu Fiume udał się do swojej willi Cargnacco w Gardone Riviera, gdzie mieszkał aż do śmierci w 1938 r.Gabriele d'Annunzio

Ta notatka, to kilka słów wprowadzenia do opisu tego, co zobaczyłam kiedy odwiedziłam Vittoriale degli Italiani. Tak więc, w najbliższym czasie nastąpi ciąg dalszy.

Zdjęcia zrobiłam w trakcie oglądania filmu edukacyjnego, który można odejrzeć w muzeum, stąd ich nie najlepsza jakość i obecność logo w prawym górnym rogu.

 

 

piątek, 20 maja 2011

LombardiaGardone Riviera, jak sama nazwa wskazuje, leży nad jeziorem Garda, największym z lombardzkich jezior. Ja nazywam je Morzem Błękitu, ze względu na lazurowy kolor wody i błękitny opar, który spowija to jezioro. Mimo iż byłam tam kilkakrotnie, nigdy nie zdołałam trafić na pogodę pozwalającą na podziwianie okolicznego pejzażu w całej pełni. Gardone RivieraZa każdym razem przeciwległy brzeg jeziora tonął w tym oparze i można było zobaczyć jedynie jego zamglone zarysy. Pytałam nawet o to stałych mieszkańców i dowiedziałam się, że dzieje się tak przede wszystkim podczas ciepłych dni. Widać nie miałam szczęścia, bo nawet w innych porach roku przejeżdżając nieopodal autostradą w stronę Verony widziałam we mgle jedynie cienie okolicznych gór. Mimo to, jezioro Garda ma swoich zwolenników którzy cenią je za ten właśnie aspekt. Przyznam też, że i ja się do nich zaliczam, mimoLombardia iż dałabym wiele aby zobaczyć je odsłonięte, móc pobiec wzrokiem dalej i ogarnąć  spojrzeniem jego obydwa brzegi. Nad jeziorem leży wiele uroczych miejscowości. Można tu podziwiać piękną roślinność z charakterystycznymi sylwetkami cyprysów, oraz dobrze utrzymane bulwary z mnóstwem kwiatów, wspaniałe hotele z przełomu XIX i XX wieku, romantyczne wille i zułki. Miejscowości te żyją przede wszystkim z turystów. Szczególnie upodobali sobie tę okolicę Niemcy, Skandynawowie i Anglicy, chociaż nie brakuje też przedstawicieli innych Lombardianarodowości. Ze względu na łagodny klimat wielu z nich, zwłaszcza w wieku emerytalnym, osiedla się tu na stałe. Mimo tych niewątpliwych uroków, do Gardone Riviera pojechałam przede wszystkim ze względu na fakt, iż tu właśnie spędził ostatnie lata swego życia poeta, dandys, żołnierz i polityk w jednej osobie, czyli Gabriele d'Annunzio. Pozostała po nim posiadłość, która już za jego życia była swego rodzaju muzeum, a którą nazwał Vittoriale degli Italiani i stworzył aby gromadzić w niej pamiątki - relikwie, świadczące o potędze włoskiego ducha.

O istnieniu Vittoriale degli Italiani dowiedziałam się kilka lat temu i już wtedy postanowiłam, iż muszę je zobaczyć. Nie będę też ukrywać, że moje zainteresowanie w dużej mierze spowodowała fama skandalisty, którą poeta cieszył się za życia i jego związek z Polską (poprzez Tamarę Łempicką). Nie bez wpływu byłLombardia też fakt, iż będąc w Vigevano gdzie znajduje się bardzo interesujące Muzeum Obuwia, miałam okazję zobaczyć piękne, robione na miarę, buty d'Annunzia. Był on bardzo eleganckim mężczyzną, co potwierdził w całej rozciągłości widok jego doskonale utrzymanych trzewików i butów do konnej jazdy. Po raz pierwszy próbowałam dotrzeć do Gardone Riviera w najbardziej atrakcyjny sposób, czyli statkiem. Niestety, pomysł spalił na panewce ze względu na problemy komunikacyjne, co zmusiło mnie do zmiany planu. Tym razem więc postanowiłam wybraćLombardia drogę lądową. Podczas tej  wycieczki towarzyszyła mi Fryderyka, córka moich włoskich przyjaciół. Wczesnym rankiem wyjechałyśmy z Limbiate, aby pociągiem dotrzeć do Bresci, a następnie autobusem, do Gardone Riviera. Od niedawna Region Lombardia (choć nie tylko on) wprowadził w życie system abonamentów, znacznie ułatwiający życie podróżujących. Można między innymi wykupić za nieduże pieniądze jednodniowy bilet, uprawniajacy do  dowolnej ilości przejazdów wszystkimi środkami komunikacji w obrębie Regionu. Jest to nie tylko ułatwienie organizacyjne, gdyż unika się stania w kolejkach na dworcu lub szukania punktu gdzie sprzedaje się bilety na autobus ( ich umiejscowienie jest często trudną do rozwiązania zagadką) lecz pozwala też zaoszczędzić znaczącą sumę pieniędzy. Mimo bardzo dobrego połączenia,Gardone Riviera do celu dotarłyśmy przed południem, około godziny jedenastej. Masteczko bardzo nam się spodobało. Czyściutkie, o ładnej architekturze, gwarantowało przyjemny odpoczynek. Po kilkugodzinnej podróży należało się nam pokrzepienie, więc skierowałyśmy się w stronę bulwaru, aby poszukać miłej kawiarenki. Nasz wybór padł na bar - kawiarnię, który miał dla swych gości romantyczne stoliki z rattanu pod żółtymi, płóciennymi parasolami, nieopodal rozłożystej lipy. W tym otoczeniu mogłyśmy do woli napawać się pięknym widokiem jeziora, cieszyć smakiem kawy i lodów, oraz towarzystwem kaczek - krzyżówek, które chodziły pomiędzy stolikami, najwyrażniej czekając na datki w postaci czegoś do zjedzenia. Po zaspokojeniu naszego i kaczego apetytu, ruszyłyśmy na poszukiwanie Vittoriale. Poszukiwania te nie trwały długo, gdyż miasteczko jest niewielkie, a kierunek do Muzeum dobrze oznakowany. Minęłyśmy bardzo efektowny Grand Hotel, następnie  niezbyt duży, kipiący roślinnością ogród botaniczny. Alejką prowadzącą po zboczu góry doszłyśmy do niewielkiego parku, za którym znajdowało się kilka bardzo malowniczych uliczek połączonych półkolistymi bramami. Z jednej z nich wyjechał na wprost nas, uroczy, mały pociąg, obworzący turystów po miescie. Pomachałyśmy rozbawionym turystom w pociągu i wyszłyśmy na niewielki placyk, gdzie po przeciwnej stronie znajdowała się podobna brama. Za nią był następny plac, gdzie rosły duże, piękne, drzewa oliwne, a w jego głębi widniał kompleks imponujących budowli. Stałyśmy przed Vittoriale degli Italiani.

Ponieważ temat jet ogromny niczym  Lago di Garda, ciąg dalszy nastąpi!

 

Więcej zdjęć > https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/GardoneRiviera#

poniedziałek, 16 maja 2011

Mediolan

Mediolan

 

Niech nikogo nie zmyli ten tytuł! Tym razem bowiem nie mam  zamiaru pisać o osobach, które w ten sposób gromadzą środki na życie. W czasie moich wędrówek wielokrotnie widziałam ludzi odpczywających lub czekających na coś, lub na kogoś, siedzących na murkach, krawężnikach, lub po prostu na ulicy. Włoski upał zmusza do częstego odpoczynku, natomiast miasta, przynajmniej te, które widziałam (a zwłaszcza Mediolan) nie rozpieszczają przechodniów nadmiarem ławek. Ludzie siadają więc gdzie popadnie, aby dać odpocząć zmęczonym nogom. Siadanie na poziomie gruntu nie jest też wyłącznie przywilejem młodości. Równie często widzi się w tej pozycji osoby dojrzałe, a czasem w dość zaawansowanym wieku. Zawsze zwracało to moją uwagę, nie tyle z powodu "luzu" w zachowaniu, co dawało mi do myślenia na temat ich kondycji fizycznej. Jak każdy zapewne wie, na ziemi łatwo się siada, lecz o wiele trudniej jest wstać. Jakoś jednak nigdy nie widzialam aby ktoś zwracał się o pomoc w tej sytuacji, z czego można wnioskować, że osoby te jednak wstają o własnych silach.

Mediolan

 

Na Placu San Babila w Mediolanie znajduje się dość dziwna w kształcie fontanna, przypominająca kształtem metalową babkę wiekanocną. Ponieważ często jest wyłączona, u jej podnóża przysiadają zmęczeni ludzie.

 

 

 

Mediolan

 

 

 

Również w galerii na tyłach Duomo przysiada się wprost na ulicy, żeby odpocząć lub poplotkować.

 

 

 

Mediolan

 

 

 

 

W galerii Pasarella spotyka się młodzież uprawiająca break - dance (pisałam o nich w jednym z moich pierwszych wpisów > "Taniec"). Ten chłopiec prawdopodobnie czeka aż pojawi się reszta "towarzystwa". To jakiś czyścioszek. Żeby nie pobrudzić białych spodni, usiadł na czymś w rodzaju maty.

Mediolan

 

 

 

 

 

 

Jak widać, na "wspólnym gruncie" sptykają się przedstawiciele róznych nacji.

 

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia które pokazałam stanowią (jak to się potocznie mówi) pejzaż miejski, więc nikt nie powinien mieć pretensji, jeśli przypadkowo na nich się znalazł. Niestety, nie ma tu najlepszych zdjęć, które zrobiłam pojedynczym osobom nie zdającym sobie sprawy, że są fotografowane.

MediolanZ tego względu nie mogę ich  pokazać, mimo iż w żaden sposób nie narażają nikogo na śmieszność i nie obrażają dobrych obyczajów. Na jednym z moich ulubionych jest uwieczniony młody tata, siedzący na ulicy w Como z małym synkiem,  czytający mu jakąś książeczkę. Pan ten wygląda na Szweda lub Norwega, ma krótkie spodnie i skautowski kapelusz. Mimo iż siedzą przy wejściu na dworcowy peron, zdawać by się mogło, że czują się tam swojsko niczym we własnym ogrodzie czy na łące za domem, lub piaszczystej plaży. To był piękny moment, kiedy ich tam zobaczyłam, i wyszło z tego fajne zdjęcie. Musicie mi jednak uwierzyć na słowo. W końcu to internet sprawił, że świat stał się globalną wioską, więc wolę nie ryzykować!

                                                                                                                                                                                      

 

17:46, sukienka_w_kropki , turystyczny
Link Komentarze (8) »
sobota, 14 maja 2011

 Lód włoski (nie mylić z ludem) to Mediolanarcydzieło samo w sobie. Pamiętam, że swego czasu  w Polsce były bardzo popularne lody włoskie ze specjalnej maszyny. Tu, we Włoszech,  spotkałam się z podobnymi maszynami jedynie w barach MacDonalda. W innych punktach lody sprzedaje się w postaci tradycyjnych "kulek" nakładane w waflowe miseczki lub rożki, ewentualnie w jednorazowym kartonowym kubeczku z plasikową łyżeczką, co jest bezpieczniejsze, jeśli ktoś obawia się poplamić ubranie kapiącym smakołykiem. Porcje na ogół są bardzo duże, więc trzy gałki lodów z powodzeniem mogą zastąpic obiad. Oczywiście, można też zjeść lody w sposób bardziej elegancki, przy stoliku w kawiarni lub lodziarni, podane w pucharku ze stali nierdzewnej lub szkła. We Włoszech lody konsumuje się przez cały rok, nawet podczas naprawdę chłodnych dni a z nastaniem wiosny zaczyna się prawdziwe "lodowe szaleństwo". Są one naprawdę przepyszne, dostępne w kilkudziesięciu smakach ( co roku wzbogaca się ofertę i pojawiają się nowe). Oprócz tradycyjnych, wymyśla się tak zaskakujące jak "pepperoncino"czyli lody czekoladoweMediolan z dodatkiem bardzo ostrej papryki. Jakoś nie mogłam się przekonać do tego smaku, ale postanowiłam że spróbuję w najbliższym czasie, w ramach eksperymentu kulinarnego. Byłabym w kłopocie gdybym miała wymienić moje ulubione. Jak już pisałam we wpisie o ciasteczkach  z Camogli, jestem strasznym łakomczuchem "wzrokowcem". Kiedy wchodzę do lodziarni zawsze mam problem z dokonaniem wyboru na widok tych wspaniałości. Do niektórych lodów dodawane są orzechy, pistacje, kawałki owoców, herbatników lub ciasteczek amaretti i innych specjałów. Stawia się na świeżość i apetyczną naturalność produktu. Wiele lodziarni serwuje lody własnej produkcji, ewentualnie wyprodukowane w wytwórniach rzemieślniczych, często z wieloletnią tradycją. W Mediolanie jest dużo miejsc gdzie podaje się świetne lody, jednak wiele osób twierdzi, że najlepsze są te sprzedawane w Galerii Wiktora Emanuela, na tyłach Duomo. Mimo licznej i sprawnej obsługi zawsze jest tam spora kolejka.

 Na dwóch zdjęciach powyżej -  kolejka po lody w renonowanej kawiarni w galerii Pasarella i lodziadni na tylach Duomo ( tej, gdzie są najlepsze lody w miescie). Jak widać, dziewczyny też mają problem z wyborem.

  Na zakończenie chciałabym zaprezentować dwa zdjęcia dzieci jedzących lody. Są to jedne z moich ulubionych (mimo niewątpliwych braków technicznych).

 Mediolan

To pierwsze zdjecie zrobilam kilka lat temu w galerii Wiktora Emanuela. Zachwycily mnie  dwie zjawiskowe dziewuszki stojące w blasku słońca. Wygladały niczym elfy z  delikatnymi buziami i blond włosami. Widząc jak zajadają swoje lody wydawało mi się że to kwintesencja lata - nic ująć, nic dodać! 

Mantova

 

 

Natomiast druge zdjęcie zrobiłam kiedy mieszkałam w Mantovie. Mała dziewczynka z burzą brązowych loków i wielką serwetką pod brodą zajadała swojego loda podczas kiedy mama byla zajęta karmieniem młodszego dziecka leżącego w wózku.

 

 

 

 

 

 

Mediolan

 

 

 

 

  Tytuł tego posta w pewnym sensie "podkradłam" mojej córce Marcie. Marta podczas swojego ostatniego pobytu w Mediolanie zrobiła zdjęcie "nadjedzonego" loda i podpisała je w ten sposób. Rozśmieszyła nas wtedy ta gra słów, więc postanowiłam ją wykorzystać.

 Obok zdjęcie, które zrobiła Marta>

 

 

 

 

 A z mojego podwórka - również w Limbiate, w centrum handlowym Carrefour, jak rok długi, można zjeść wspaniale lody. Aby nie wodzić się na pokuszenie i uniknąć napadu łakomstwa, zwykle przechodząc obok, patrzę na drugą stonę galerii gdzie jest sklep z pięknymi firankami i ozdobnymi poduszkami. Oczywiście, to nie znaczy że się umartwiam i odmawiam sobie wszystkiego. Jem lody, zwłasza kiedy jestem poza domem przez cały dzień, np. idę w góry. Zauważyłam, że dają mi dużo energii nie obciążając przy tym jak inny, bardziej ciężkostrawny posiłek. Chodząc przez kilka godzin mogę też od ręki spalić kalorie, więc nie muszę sobie robić wyrzutów, godząc przyjemne z pożytecznym!

 

niedziela, 08 maja 2011

 

Saronno

 

 

 

 

                                                                                                                                                                              Mieszkałam wtedy w Saronno. Było późne popołudnie, a słońce chyliło się ku zachodowi. Właśnie wracałam do domu po jednej z moich wypraw w góry, kiedy w centrum miasta, na ławce, zobaczyłam dośc niezwykłą parę. Zatrzymałam się na chwilę i przed moimi oczami rozegrała się taka oto scenka:

 

 Saronno

 

Wygląda na to, że młody człowiek na kogoś czeka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Saronno

 

 

Najwyrażniej oczekiwana osoba nie pojawiła się. Chyba w tym momencie chłopak zdaje sobie sprawę że jednak nie jest sam.

 

 

 

 

 

 

Saronno

 

 

 

Zapewne, nie jest to piękna dziewczyna z długimi, czarnymi wlosami, ale mimo to, jak sądzę, między tym dwojgiem zawiązała się nitka sympatii!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozbawił mnie ten widok. Sądzę, że czarny kot mieszka w budynku, którego bramę widać na zdjęciu, gdyż często go widywałam w tym miejscu. Chłopak, zapewne Arab, chyba umówił się na randkę. Okazał się bardzo sympatycznym młodzieńcem. Kiedy zorientował się, że obserwuję jego i kota, zaczął się śmiać. Nie miał też nic przeciw temu, że uwieczniłam go na zdjęciu. Niestety, takie zachowanie  to rzadkość, więc na ogół unikam tego rodzaju kontaktów. Arabowie, mimo iż bardzo licznie przybywają do Włoch, najczęściej odnoszą się dość niechętnie do Europejczyków i rzadko okazują sympatię. Podczas gdy mieszkałam w Saronno sytuacja była  bardzo nieciekawa pod tym względem. Wielu z nich podejrzewano (nie bez powodu) o handel narkotykami. Na dworcu i w okolicznych uliczkach wystawały wciąż duże grupy Nordafrykanów zachowujących się agresywnie lub w ostentacyjnie pogardliwy sposób, zwłaszcza w stosunku do kobiet. Wielokrotne naloty policji i częste patrole karabinierów sprawiły, że po pewnym czasie sytuacja zmieniła się na lepsze.

23:59, sukienka_w_kropki , turystyczny
Link Komentarze (10) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Najlepsze Blogi

Pisz swój dziennik w Internecie