Zawsze pasjonowało mnie odkrywanie świata, później narodziła się moja pasja fotograficzna. Przez wiele lat mieszkałam i pracowałam we Włoszech. Ich efektem jest nie tylko mnóstwo wspomnień tego co widziałam, lecz także kilka tysięcy zdjęć w komputerze. Moje wędrówki były odległe od najczęściej uczęszczanych szlaków, niemniej widziałam miejsca i rzeczy warte upamiętnienia. Dlatego też, postanowiłam na łamach tego bloga podzielić się moimi włoskimi impresjami. Co do innych zainteresowań - lubię malarstwo, literaturę i dobrą muzykę, niezależnie od gatunku.
Kategorie: Wszystkie | pamiętnik | turystyczny
RSS

turystyczny

piątek, 29 kwietnia 2011

jezioro ComoWycieczka na Monte San Zeno była jedną z tych do których zbierałam się jak przysłowiowa sójka za morze, bowiem idea tego przedsięwzięcia narodziła się chyba cztery lub pięć lat temu. Płynęłam statkiem po jeziorze Como, kiedy niespodziewanie załamała się pogoda i zaczęło zbierać się na burzę. Tak dobrze mi znane okoliczne góry nagle nabrały innego wymiaru. Najczęściej widziałam je przy dobrej pogodzie lub spowite welonem lombardzkiej mgiełki. Tym razem, na tle ciemnych burzowych chmur, ich kontury rysowały się wyraziście niczym na dziewiętnastowiecznej litografi stanowiącej ilustrację do romansu grozy. Kiedy statek znalazł się w pobliżu Argegno moja uwagę przykuło wzniesienie przypominające kształtem stożek lub bardziej prozaicznie - ogromną kopę zielonego siana. Znajduje się ono w niecce leżącej u podnóża Monte Generoso i  w bezpośrednim sąsiedztwie Valle d’Intelvi. Zafascynował mnie ten kształt więc zaczęłam mu się przyglądać z uwagą. Miałam wrażenie, że na szczycie widzę coś przypominającego kościelną wieżę. Nigdy nie brakowało mi ani zajęć, ani pomysłów jak zagospodarować wolny cMonte San Zenozas, więc zawsze miałam  mnóstwo planów czekających na realizację. Wtedy też na widok tego fascynującego wzniesienia przyszło mi do głowy, że byłoby świetnie wybrać się tam kiedyś. Próbowałam rozpytywać znajomych czy wiedzą coś na temat tej góry i widocznej tam budowli, lecz nikt nie miał pojęcia o jakie miejsce mi chodzi, ani jak tam dotrzeć. Dopiero kiedy weszłam w posiadanie książkowego przewodnika po szlakach turystycznych w okolicy Jeziora Como, udało mi się znaleźć niezbędne wskazówki. Dowiedziałam się, że to wzniesienie to Monte San Zeno i istotnie znajdują się tam ruiny kościoła wzniesionego  w 1215 roku. Dziwna rzecz, ale pomimo wręcz obsesyjnej chęci aby dotrzeć na szczyt, odczuwałam jakiś dziwny lęk na myśl o tej wyprawie. Chyba z tego względu zwlekałam z realizacją projektu mimo iż niejednokrotnie jadąc autobusem do San Fedele, Pelio, czy innych wiosek Valle d’Intelvi, skąd prowadzą szlaki po tej malowniczej okolicy, San Zeno przyciągało mój wzrok niczym magnes. Nadaremnie szukałam kogoś, kto mógłby mi dotrzymać kompanii podczas wycieczki. Jak zwykle na przeszkodzie stały problemy ze zgraniem dni wolnych od pracy, pogodą, lub obowiązkami rodzinnymi moich potencjalnych towarzyszy. Tak minęło kilka lat i wreszcie przyszedł dzień, że powiedziałam sobie, iż albo pójdę sama, albo będę zmuszona zrezygnować z pomysłu. Ponieważ rezygnacja nie leży w mojej naturze, postanowiłam, że najbliższy wolny dzień przeznaczę na tę wyprawę. Szczerze mówiąc, wszystko składało się na opak. Obudziłam się otępiała, z okropnSan Zenoym bólem głowy i z ledwością zdążyłam na pociąg do Como. Teraz czekała mnie jazda autobusem do Argegno, przesiadka do San Fedele d’Intelvi, a następnie po prawie godzinnym oczekiwaniu, jazda jeszcze jednym autobusem do wioski Casasco d’Intelvi, gdzie zaczynał się szlak. Tak więc była to prawdziwa podróż „rzemiennym dyszlem” jak mawiali nasi przodkowie. Gorzej, bo już w chwili wyjazdu z Como pogoda nie była najlepsza, mimo dość dobrej prognozy meteo ( niestety, często mylnej).  Po cichu miałam jednak nadzieję że niebo się rozjaśni, zniknie foschia i poprawi się widoczność. Kiedy dojechałam do Casasco, na niebie pojawiły się jeszcze ciemniejsze chmury. Ponieważ pierwszy odcinek szlaku przebiega asfaltową drogą przy której od czasu do czasu spotyka się pojedyncze zabudowania gdzie ewentualnie można szukać schronienia, postanowiłam, że jednak pójdę dalej a jeśli aura nie zmieni się na lepsze, po prostu zawrócę. Na szczęście, ciemne chmury gdzieś się rozpłynęły i mimo nienajlepszej widoczności pogoda stała się znośna. Po przejściu kilku kilometrów po asfaltowej drodze skręciłam w lewo i weszłam na ścieżkę prowadzącą w stronę szczytu. Monte San Zeno nie jest wysoką górą, liczy sobie jedynie 1000 m. Natomiast wioska Casasco leży dość wysoko, więc aby dotrzeć na szczyt do pokonania miałam zaledwie niecałe trzysta metrów różnicy poziomów i około siedmiu kilometrów. Szlak prowadził poprzez las w pobliżu pastwisk gdzie pasły się stada owiec. Od czasu do czasu dobiegało mnie ich beczenie i dźwięk dzwoneczków. Wzdłuż ścieżki stały liczne drewniane krzyże, gdzie wierni modlą się odmawiając poszczególne tajemnice różańca, podczas pielgrzymki do świątyni wzniesionej na górze.

 Na San Zeno prowadzi kilka ścieżek. Ta z Casasco, mimo iż dość długa, jest chyba najłatwiejsza. Większa jej część wznosi się bardzo łagodnie i praktycznieMonte San Zeno dopiero ostatni kilometr to dość stromy odcinek. Kiedy dotarłam do celu, zamiast ruin o których pisano w przewodniku, zastałam kościół - co prawda zamknięty, lecz kompletnie odrestaurowany. Ślady restauracji są wyraźnie widoczne, ponieważ stara i nowa część nieco różnią się kolorem. Kościółek to bardzo prosta budowla wzniesiona z lokalnego, szarego kamienia, z niewysoką dzwonnicą. Mimo iż zamknięty nie jest niedostępny, ponieważ do wnętrza można zajrzeć przez zakratowane okienko i zobaczyć ołtarz z wykonanym współcześnie wizerunkiem Świętego Zenona. Obiekt ten mimo swojej wartości historycznej , przez wiele lat był opuszczony. Tak się złożyło, że w czasie, kiedy dojrzewałam do realizacji tego pomysłu trwały tam prace restauracyjne, które zakończono niedługo przedtem. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam tajemniczą budowlę na tle ciemniejącego nieba istotnie była to ruina, zarośnięta zdziczałą roślinnością. Obecnie szczyt góry oczyszczono z krzewów i drzew, co daje możliwość podziwiania wspaniałej panoramy okolicy z jeziorem Como widocznym w dole wraz otaczającymi je górami. Niestety, tym razem pogoda nie dopisała na tyle abym mogła naprawdę cieszyć się widokiem, nie mówiąc o fotografowaniu. Był to niewątpliwie minus tej wycieczki, lecz nie powiem, aby mnie to specjalnie zmartwiło. Miałam ogroMonte San Zenomną satysfakcję, że osiągnęłam to, co tak długo chodziło mi po głowie i to było dla mnie najważniejsze. Oczywiście, byłam też bardzo zadowolona, że zobaczyłam to miejsce nie w ruinie, ale doprowadzone do stanu na jaki zasługuje, zadbane i otoczone opieką. Na niewielkiej łączce obok kościoła zrobiłam sobie mały piknik w towarzystwie włoskiej rodziny z dwójką bliźniaków, która się tam pojawiła prawie równocześnie ze mną. Jak się okazało, przyszli oni od strony Cerano, wioski leżącej o wiele niżej niż Casasco, u podnóża góry.  Po krótkiej wymianie informacji postanowiłam, że wrócę drogą, którą przyszli Włosi. Ścieżka dość stroma, okazała się o wiele krótsza. Tak więc, po niedługim czasie znalazłam się w Cerano.  Nie obawiałam się problemów z powrotem do San Fedele. Wyruszając na wyprawę mam zawsze przy sobie książeczkę z rozkładem jazdy lokalnych autobusów, co pozwala mi na ewentualną zmianę trasy, jeśli zachodzi taka konieczność. Wiedziałam więc, że nie będę miała problemów z powrotem do Como. Po drodze zastanawiałam się dlaczego tak długo zwlekałam z realizacją tego pomysłu i skąd się wziął ten irracjonalny lęk, który mnie powstrzymywał. Przecież z reguły w góry chodzę saMonte San Zenoma, więc nie to było powodem. Przyszło mi do głowy, że być może to moja "kocia intuicja" podpowiadała mi, iż to jeszcze nie ten czas. Gdybym poszła tam wcześniej, zastałabym smętne, zachwaszczone ruiny i szczyt góry zarośnięty krzakami, bez możliwości popatrzenia na okolicę, co przecież zawsze jest najpiękniejszym momentem, kiedy wreszcie osiąga się cel wędrówki. Zwłoka w tym wypadku okazała się moim sprzymierzeńcem. Nieco mi szkoda straconej okazji sfotografowania jeziora z tej wysokości, ale trudno. Na pociechę udało mi się zrobić "portret" fiołka alpejskiego w jego naturalnym środowisku, oraz  zdjęcie interesującej rzeźby wykonanej  przez anonimowego artystę w pniu czy też korzeniu, którą zupełnie nieoczekiwanie zobaczyłam na skraju lasu.

Jak większość obiektów tego rodzaju, również koścółek na Monte San Zeno posiada swoją bardzo ciekawą historię.

Z Valle d’Intelvi wywodzili się średniowieczni rzeźbiarze i architekci, którzy przeszli do historii sztuki jako „magistri intelvesi” a najsławniejszym z nich był Benedetto Antelami. Legenda mówi, że grupa artystów którzy pracowali przy wzniesieniu i dekoracji kościoła San Zeno w Veronie, wracając w rodzinne strony, została zaskoczona na jeziorze Como przez gwałtowną burzę. Modlili się o ocalenie do Świętego Zenona i zostali uratowani, więc w podzięce zbudowali  tę niewielką świątynię. Przypomina o tym tablica wmurowana w  lewą ścianę prezbiterium kościoła.Monte San Zeno 

 

 Ten uroczy mostek znajduje się na ostatnim odcinku drogi, tuż przed Cerano. Na mostku moi wierni towarzysze - plecak , kijek i kapelusz.

                                                                                                                                                                                                                          

 

piątek, 22 kwietnia 2011

 

kartka świąteczna

                 

 Najserdeczniejsze życzenia

   Wesołych Świąt Wielkiej Nocy,

              pięknych wiosennych spacerów

                        i wiele słońca,

   przesyła wszystkim   blogerom           

                i ich czytelnikom

                                  sukienka_w_kropki                               

 

 

To miłe zwierzątko w ramce sfotografowałam podczas jednej z moich wypraw. Lubię robić zdjęcia owieczek i baranków, zarówno w naturze jak i sztuce (najczęściej sakralnej). Jest to swego rodzaju żartobliwy prezent dla mojej córki Marty, urodzonej pod znakiem Barana. Jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć więcej zdjęć baranków to zapraszam jak zwykle na Picasę.

 

Więcej zdjęć> https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/Baranek?authkey=Gv1sRgCL-jxp-DstOgOg#

 

 

środa, 13 kwietnia 2011

Monte MottaroneKorzystając z ładnej pogody postanowiłam wybrać się w plener. Przez kilka ostatnich  dni panowała świetna pogoda, było bardzo ciepło, a przejrzyste powietrze pozwalało dostrzec na horyzoncie łańcuchy Alp Monte Mottaronepokryte śniegiem. Niestety, miałam cztery nocne dyżury "pod rząd" więc musiałam je odsypiać w dzień, aby do wieczora odzyskać formę. A tu jak na złość zapowiadano że za kilka dni pogoda zmieni się na gorsze. Tak więc chcąc skorzystać z okazji, na ostatni dyżur wybrałam się z górskim ekwipunkiem  i prosto z pracy pojechałam do Mediolanu a następnie do Stresy, nad Lago Maggiore. Miasto to leży pomiędzy taflą jeziora i łańcuchem gór. Na jedną z nich, nosząca nazwę Monte Mottarone, można wjechać kolejką linową. Byłam tam już kilka  lat temu, lecz miałam ochotę znów stanąć na szczycie, gdyż roztacza się  stamtąd przepiękny widok na jezioro i sąsiednie alpejskie wzniesienia. Mimo iż Monte Mottarone ma jedynie 1300 m, jedzie się tam w trzech etapach. Pierwszy i drugi obsługuje kolejka gondolowa a trzeci - wyciąg krzesełkowy.  Kiedy wysiadłam przeżyłam prawdziwy szok, gdyż  zmieniło się tam nie do poznania. W międzyczasie na górze powstał  ośrodek sportów zimowych, restauracje, hotel i wyciągi narciarskie. Jest tam też cała masa rożnego rodzaju wieżMonte Mottarone  przekaźnikowych. Nie powiem, żeby mnie to wprawiło w zachwyt, więc nie zwlekając, postanowiłam oddalić się w kierunku przeciwnym do tego z którego przybyłam. W oddali widziałam ścieżkę prowadzącą po wydłużonym grzbiecie góry, nieco poniżej szczytu, z grupą skał na końcu. Nie żwlekając ruszyłam w drogę. Odległość była większa niż sądziłam, lecz nie miałam powodów do narzekania, ponieważ szło się bardzo przyjemnie. Było cieplutko mimo wiejącego wiatru, co bardzo lubię. Kiedy doszłam do skałek, natychmiast przypomniał mi się film "Piknik pod Wiszącą Skałą". Okazały się one o wiele większe niż przypuszczałam widząc je z daleka, pogrupowane w dość zaskakujący sposób, na tej górze o łagodnych, trawiastych zboczach. Z bliska zobaczyłam  też, że zachodnie zbocze jest o wiele bardziej strome i pełne urwisk. Grzbiet kończył się ogromnym płaskim głazem, którego rozmiarów nie byłam  w stanie ocenić, ponieważ stałam na jego szczycie. Nawet nie miałam zamiaru podchodzić do krawędzi żeby spojrzeć w dół. Natomiast rozglądając się wokół, zauważyłam, że skały mają bardzo dziwne, wręcz zwierzęce kształty. Postanowiłam uwiecznić je na zdjęciach które chciałabym teraz zaprezentować.

Monte Mottarone

 

Widok na Alpy. W dole jezioro Orta.

Monte Mottarone

 

Czy to głowa jaszczura?

Monte Mottarone

 

A to chyba cały jaszczur i do tego uśmiechnięty!

Monte Mottarone

 

Anakonda ( a moze inny wąż) pełznie po zboczu.

Monte Mottarone

 

                                                                                                                                                Głowa węża z bliska.

Monte Mottarone

                                                                                                                                                        Ktoś się zakleszczył.

Monte Mottarone

 

Z bliska wygląda na to, że woła o pomoc.

Monte Mottarone

 

To mi wygląda na głowę małpki, ale gdzie jest reszta?!

Monte Mottarone

 

Tu znowu ktoś pełznie, być może, to dinozaur?

Monte Mottarone

 

Głowa dinozaura.

Monte Mottarone

 

A to chyba potłuczone jajo dinozaura.

Montye Mottarone

 

Czyja nóżka zostawiła ten ślad?

Monte Mottarone

 

To skała na końcu górskiego grzbietu, o której pisałam poprzednio. Czy te ślady mogli zostawić przedstawiciele pozaziemskiej cywilizacji?

Monte Mottarone

 

To mi przypomina ogromny, kamienny Big Mac.

Monte Mottarone

 

 A to kto? Czy może to księżniczka zaklęta w kamienną ropuchę?

 

Mam nadzieję że te moje "odkrycia " spodobają się oglądajacym. Niestety, część zdjęć robiłam "pod słońce"więc jakość ich nie jest najlepsza, ale tylko w ten sposób było widać podobieństwa, które chciałam pokazać. A tak nawiasem, to na skałkach jest szkółka wspinaczki skałkowej o czym powiadamia drogowskaz

 Jak zwykle zapraszam na Picasę, gdzie jest więcej zdjęć >

https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/SkamieniaEZwierzakiNaMonteMottarone#

czwartek, 07 kwietnia 2011

 

PiemontStany Zjednoczone mają swoją Statuę Wolności, ale Włochy też mogą się poszczycić podobnym kolosem. Do tego ten włoski jest dużo starszy, choć o wiele mniej znany. W niewielkim miasteczku Arona, na piemonckim brzegu Lago Maggiore, znajduje się  statua przedstawiająca św. Karola Boromeusza, zwana przez Włochów "Sancarlone". Rodzina Borromeo posiadała (i posiada nadal) liczne włości w tej okolicy. Między innymi, kiedyś mieli tu nieistniejący już zamek  w Aronie, gdzie 2 października, 1538 przyszedł na świat przyszły arcybiskup i święty. Zmarł on w wieku 46 lat, już za życia ciesząc się opinią osoby o nadzwyczajnych walorach moralnych, pełnej miłosierdzia i oddania dla pracy kapłańskiej. Świętym został ogłoszony  25 lat po śmierci, w 1610 roku. Federico Borromeo,  kuzyn i następca Karola Boromeusza na stanowisku arcybiskupa Mediolanu, był pomysłodawcą stPiemontworzenia ku jego czci Sacro Monte w Aronie, miejscu jego narodzin. Jako lokalizację wybrano wzgórze nad brzegiem jeziora, nieopodal zamku gdzie przyszedł na świat. Pomysł nie został doprowadzony do końca, zarówno z przyczyn ekonomicznych, jak i toczących się wojen i wreszcie śmierci arcybiskupa Federico.  Wzniesiono jedynie część z zaprojektowanych kaplic ( do naszych czasów zachowały się  trzy z nich) oraz kościół zaprojektowany przez zdolnego architekta, Francesco Richini. Zrealizowano jednak ambitny pomysł uczczenia świętego kolosalnym pomnikiem. Rysunki są dziełem utalentowanego malarza i rysownika, Govanniego Battisty Crespi'ego, zwanego Cerano. Wykonali go zaś dwaj rzeźbiarze, Siro Zanella z Pavii i Bernardo Facoli z Lugano. Powstał on z miedzianych płyt spojonych za pomocą nitów i metalowych "szwów". Prace przy posągu zakończono w 1698, czyli ponad sto lat po  śmierci św. Karola Boromeusza. Sancarlone stoi na wzniesieniu, więc jest bardzo dobrze  widoczny podczas rejsu statkiem po Lago Maggiore. Od wiosny do jesieni jest możliwe zwiedzanie kolosa "od wewnątrz". Po wykupieniu biletu wstępu można przejść do parku gdzie stoi statua, a następnie wejść do jej wnętrza, aż do wysokości głowy i popatrzeć z góry przez otwory w źrenicach posągu. Pierwsza, zewnętrzna część schodów, jest umieszczona z tyłu postumentu i sięga do wysokości stóp kolosa. Następnie wchodzi się do jego wnętrza, gdzie początkowo wspinamy się  po spiralnych schodach, a następnie, po czymś w rodzaju stalowej drabiny. Przyznam, że  wysokość tej drabiny jest doprawdy imponująca. Nie ukrywam też, iż nieco mi zrzedła mina na jej widok, lecz postanowiłam nPiemont, Aronaie odpuszczać, wychodząc z założenia, że skoro inni ludzie tu wchodzą, to mogę i ja. Tak więc, starając się nie myśleć o wysokości, ilości stopni, klaustrofobii (przejście jest dość ciasne i przypomina rurę) zaczęłam się wspinać. Po kilku minutach dotarłam do niewielkiej półki na wysokości ramion kolosa. Znajduje się tu małe okienko, przez które można wyjrzeć i popatrzeć na jezioro. Następnie należy wejść jeszcze wyżej, do głowy posągu, co też zrobiłam bez ociagania, bowiem za mną wspinała się grupa gimnazjalistów.     (Ze względów bezpieczeństwa do posągu może wejść jednocześnie jedynie dziesięć osób, nie wpuszcza się też dzieci majacych mniej niż sześć lat). W głowie są otwory w miejscu źrenic oraz dziurek  nosa, więc można wyjrzeć przez nie na zewnątrz. Otwory  są niewielkie, lecz mimo to można popatrzeć na  pejzaż otaczający wzgórze.Tak więc, wszyscy po kolei wchodziliśmy, aby przez chwilę spojrzeć na świat oczami świętego (jeśli można tak powiedzieć). Byłam przy tym mile zaskoczona karnością szkolnej wycieczki. Może był  to wpływ "pani" która trzymała towarzystwo w ryzach, a może dzieciaki czuły się nieco nieswojo ( część zrezygnowała z wejścia, nie czując się na siłach). Mimo zaproszenia opiekunki grupy, nie skorzystałam z przywileju starszeństwa aby zejść jako pierwsza. Częściowo z obawy, iż ktoś mi spadnie na głowę, a po części, ponieważ chciałam zrobić zdjęcie schodów wewnątrz posągu. Jak zwykle, schodzenie nastręczało mniej trudności niż wspinanie się. Jednak idąc w dół należy bardzo uważać i nie schodzić zbyt szybko, aby nie poślizgnąć się na metalowych stopniach drabiny.

Piemont

 

 

 Na zakończenie przytoczę kilka wymiarów kolosa:

wysokość całkowita           35,0  m

wysokość postumentu        11,5  m

wysokość posągu               23,5  m

długość twarzy                     2,4  m

długość ramienia                   9,1  m

długość palca wskazującego 1,95 m

 

 

 

 Tak jak pisałam, posąg jest wykonany z płyt miedzianych, natomiast jego głowę i prawe ramię odlano z brązu. Ponieważ jest  narażony na działanie dość silnych wiatrów, rzeźbiarze zastosowali pół-elastyczną konstrukcję ramienia, co jak widać, skutecznie zapobiega ewentualnym uszkodzeniom.

 

 

PiemontSama Arona również zasługuje na wzmiankę. Jest to niezbyt duże miasto, cieszące się zasłużoną popularnością wśród zagranicznych,  zwłaszcza niemieckich i angielskich, turystów. Ładne, spokojne, o przyjemnym klimacie, dobrze wentylowane przez wiatr wiejący od jeziora. Oprócz tego w okolicy jest wiele atrakcji dostępnych zarówno drogą lądową jak i wodną, z zamkiem Boromeuszy w leżącej po drugiej stronie jeziora Angerze, na czele. Nosi on nazwę Rocca Borromeo i jest dostępny dla zwiedzających. Znajdują się tam min. interesujące zbiory zabawek dla dzieci, pochodzące z całego świata ( ale o tym innym razem). Niedaleko jest też Erem Santa Caterina, o którym pisałam w jednym z poprzednich wpisów.

 

 

Wszystkicz cztelników zapraszam do odwiedzenia Picasy gdzie jest wiecej zdjęć, również z wnętrza posągu > https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/AronaSanCarlo#

piątek, 01 kwietnia 2011

PortofinoTak jak już pisałam w jednym z poprzednich postów, zatoka Tigullio w której leży Portofino, ma kształt zbliżony do greckiej litery "Pi". Po jej prawej stronie znajduje się wydłużony, pagórkowaty półwysep . U jego nasady jest obniżenie, gdzie wznosi się ładny, barokowy kościół, pod wezwaniem San Giorgio. Nieopodal, nieco wyżej widzimy górujący nad zatoką niewielki, malowniczy zamek z przysadzistą, okrągłą wieżą. Na zamkowym tarasie rosną dwie wielkie sosny, ocieniające budowlę niczym ogromne, zielone pióropusze. Zameczek ten nosi nazwę  Castello Brown, rzecz dość zaskakująca, na bądź co bądź, włoskiej ziemi. Nazwa ta, to jeden z elementów związanych z jego bogatą historią, którą chciałabym pokrótce streścić. Pierwsze ślady fortyfikacji odnalezione w tym miejscu, sięgają czasów rzymskich. Nowożytny zamek prawdopodobnie wzniesiono w X wieku. W ciągu kilku stuleci kiedy to sprawował swoją obronną funkcję, wielokrotnie zmieniał właścicieli, którzy poddawali go kolejnym przebudowom. Obecną postać przybrał  w połowie XVI wieku dzięki Genueńczykom. Swoją cegiełkę dołożyli też Francuzi, którzy w czasach egipskiej kampanii Napoleona wyremontowali i w znaczący sposób wzmocnili jego mury.  Po zwycięstwie Nelsona nad flotą francuską, przeszedł w ręce angielskie. Kiedy po Kongresie Wiedeńskim w Europie zapanował pokój, zamek stracił swoje znaczenie obronne i został wystawiony na sprzedaż. Kupił go konsul angielski w Genewie,  Montague Yeats Brown i to jego nazwisko nosi on do dzisiaj. Konsul przypływał wielokrotnie do Portofino na  okręcie "Czarny Tulipan" i dosłownie zakochał się w tym miejscu. Na jego zlecenie dokonano niezbędnych prac, aby dotychczasową fortecę zamienić w budynek mieszkalny, jednak bez drastycPortofinoznej ingerencji w jego strukturę. Dzięki konsulowi  oglądamy dziś piękne, malowane płytki, którymi wyłożono ściany na klatce schodowej i tarasie, antyczne meble i elementy wyposażenia o dużej wartości artystycznej. Drzwi do pokoi wykonano z drewna pochodzącego z okrętu "Czarny Tulipan"który po zawarciu pokoju został rozbrojony i przeznaczony do zniszczenia. Życzeniem konsula było też, aby na stoku poniżej zamku, powstał rozległy, tarasowy ogród, a także drugi mniejszy, który jest w pewnym sensie przedłużeniem domu, znajduje się bowiem na zamkowym tarasie. Tu właśnie rosną  dwie wielkie sosny, ocieniające budynek. Posadził je konsul w 1870. Jedną dla upamiętnienia dnia swojego ślubu, a drugą na cześć małżonki Agnese Bellingham. Jedna z nich ma się świetnie, natomiast w drugą kilka lat temu uderzył piorun. Drzewo przeżyło, lecz daleko mu do dawnej urody i okazałości. Po śmierci konsula  w 1921 roku, zamek odziedziczyli jego potomkowie.  Został on przez nich ponownie sprzedany w 1949 roku, innym Anglikom, Johnowi i Joceline Barber. Mieli oni wielkie zamiłowanie do archeologii więc przeprowadzili w zamku poszukiwania które zaowocowały odkryciem wielu tajemniczych  zakątków. Barberowie w 1961 roku sprzedali zamek Gminie Portofino i dzięki temu dziś jest on ogólnie dostępnym muzeum. Mimo iż w Portofino byłam dwukrotnie, nie zdołałam zobaczyć wnętrz zamku. Wtedy zabrakło mi czasu, więc wybrałam się tam po raz kolejny, specjalnie w tym celu. Tym razem wszystko poszło tak, jak tego oczekiwałam. Zamek okazał się naprawdę uroczym zakątkiem. Dzięki temu że dwaj ostatni właściciele nie pokusili się o daleko idące zmiany, jest on nadal zamkiem a nie luksusową willą. Przestronne, niskie komnaty w których panuje przyjemny chłód, są pomalowane na pastelowe kolory. Zachowano oryginalne kominki i podłogi. Nieliczne meble mają dużą wartość artystyczną i historyczną. W pokojach można obejrzeć bardzo bogaty zbiór fotografii z lat 50 i 60 XX wieku. Są to zdjęcia znanych aktorów i osobistości ze świata polityki, którzy spędzali wakacje w Portofino i okolicznych miejscowościach. Obejrzałam je z wielkim zainteresowaniem, w końcu to świadectwo epoki kiedy to powstała piosenka "Miłość w Portofino" od której zaczęła się moja prywatna przygoda z tym miasteczkiem.

 Cóż jeszcze mogę tu dodać? Czy to, że życie dało mi nieoczekiwany prezent w postaci spełnionego marzenia? A możePortofino to, że ten bajkowy pejzaż zostanie na zawsze w moich wspomnieniach? Kiedy wyszłam z zamku na taras i spojrzałam w dół, mogłam zobaczyć zatokę i miasteczko nieomal z "lotu ptaka". Kolorowe domki na nabrzeżu, szmaragdową wodę, zielone wzgórza i dalej, na horyzoncie, błękitne morze, zlewające się z niebem. Cały ten pejzaż kąpał się w słońcu, lecz pod sosnami konsula panował przyjemny półcień. Sądzę, że zrozumiałam wtedy co  go tak oczarowało, iż zapragnął zamku na własność. Zapewne tak jak mnie, urzekło go piękno okolicy, spokój i poczucie zawieszenia pomiędzy niebem i ziemią, niczym w ptasim gnieździe uwitym na skale. Skromność gospodarzy i ograniczenie się jedynie do niezbędnych wygód, sprawiły, że wprowadzone zmiany podniosły jeszcze  naturalne walory tego miejsca. Co prawda, kiedy zeszłam do parku położonego po lewej stronie zamku, zobaczyłam coś, co mi nieprzyjemnie "zazgrzytało". Jest tam jakaś tajemnicza rura, coś na kształt blaszanego komina pomiędzy wieżą a ścianą budynku mieszkalnego. Wygląda to zupełnie współcześnie, ale nie mam pojęcia jakiemu celowi może służyć. Mam jedynie nadzieję, że było to istotnie niezbędne, bo że szpeci budynek, to fakt niezbity. Gdyby to ode mnie zależało, wyrzuciłabym też z hukiem współczesną, blaszaną syrenkę odpoczywającą na murku i takiegoż dyskobola przy wejściu. Jest tak paskudny, że nie fotografowałam go, bo chcę o nim jak najszybciej zapomnieć.

 Portofino

 

Krótka notka o tym, jak zeszpecić miasto.

 

 Chyba najlepszy sposób, to pomieszanie stylów w rodzaju "kwiatek do kożucha". Właśnie coś takiego, moim zdaniem, zafundowano miasteczku Portofino. Może znajdą się osoby, które nie podzielą mojego obuPortofinorzenia, albo narażę się na zarzut niezrozumienia współczesnej sztuki. Jednak będę się upierać przy twierdzeniu, że pewne rzeczy nie tylko nie pasują do siebie, lecz wręcz "gryzą się". Zastanawia mnie, jak w miejscu gdzie pejzaż jest chroniony i w związku z tym nie można tam budować nic, co mogłoby go naruszyć, mógł powstać twór w rodzaju muzeum współczesnej rzeźby pod otwartym niebem. Jako dowód rzeczowy, zamieszczam zdjęcia owych dzieł. Może bym to strawiła, gdyby cały ten "kram" nie rzucał się tak w oczy. Niestety, umieszczono je w tarasowym, (zabytkowym) ogrodzie, na pierwszy plan dając jakieś koszmarne stworzenia w kolorze fuksji, oraz realistycznie oddanego nosorożca, wiszącego w czymś w rodzaju uprzęży. Sądzę, że być  może, byłyby na miejscu w Disneylandzie lub centrum handlowym, ale nie w tym rybackim miasteczku. Próbowałam je zobaczyć z bliska, aby dowiedzieć się kim są autorzy tych dzieł. Niestety, wejście do ogrodu było zamknięte, gdyż muzeum można  zwiedzać jedynie w miesiącach letnich. Tak naprawdę, to uważam, że prawdziwa sztuka broni się nawet w historycznym otoczeniu. Kiedy byłyśmy z Martą w prześlicznej, barokowej Orcie, można tam było obejrzeć bardzo nowoczesne rzeźby Mimmo Paladino. Mimo drastycznej różnicy stylów nie raziły, gdyż  umieszczono je w przemyślany sposób, w różnych punktach miasteczka, gdzie ich obecność zyskiwała nowy wymiar i sens.

Ponieważ nie mogłam wejść do muzeum, próbowałam popatrzeć przez płot. Udało mi się podejść stosunkowo blisko i zajrzeć do parku z uliczki położonej powyżej. W moim odczuciu wszystkie  rzeźby są stłoczone bez ładu i składu i co więcej, bez żadnego związku z przestrzenią. Po powrocie do domu poczytałam na temat tego przedsięwzięcia w internecie i przykro mi, ale znane na całym świecie nazwiska twórców, nie zmieniły mojego zdania na ten temat. W wirtualnym muzeum obejrzałam wszystkie eksponaty, jednak nie było wśród nich ani różowych stworzeń, ani nosorożca.

 

A teraz - na kawę (i lody).

 

Portofino

 

Miałam jeszcze sporo czasu a pogoda była nie najgorsza, postanowiłam więc poszukać zacisznego miejsca, gdzie mogłabym usiąść i wypić popołudniową kawę. W Portofino jest duży wybór lokali gastronomicznych. Ponieważ była to niedziela, większość  z nich była otwarta mimo iż do rozpoczęcia sezonu pozostało jeszcze sporo czasu. Szczerze mówiąc, miałam niejakie opory przed konsumpcją w miejscu, gdzie kawa niekiedy kosztuje od trzech (espresso) do piętnastu euro (po irlandzku). A to przecież nie koniec, bo zasiadanie przy restauracyjnym  stoliku żeby wypić jedynie kawę, po pierwsze, nie jest dobrze widziane, więc należałoby zamówić coś jeszcze, a po drugie, prawdopodobnie trzeba też doliczyć cenę nakrycia stolika ( na ogół kilka euro) no i napiwek. Wynikało z tego, że byłaby to najdroższa kawa w moim życiu. W związku z tym, zadowoliłam się przyjemną lodziarnią, która serwowała również kawę espresso (w cenie jednego euro) i zainstalowałam  przy stoliku stojącym na bulwarze. Lody były doprawdy świetne, więc delektowałam się nimi, obserwując zatokę. Tuż przede mną była zacumowana niewielka, biała łódka. Objęły ją w posiadanie trzy mewy. Rozbawił mnie widok tych dość szczególnych załogantów, którzy czyścili sobie pióra, siedząc  rządkiem na burcie. Nagle, ni stąd, ni zowąd, dobiegł mnie odgłos grzmotu i mimo że niebo w zasadzie nadal było jasne choć już lekko zasnute, zaczął kropić drobny deszcz. Dopiłam kawę i postanowiłam resztę dnia spędzić w Genui. Kiedy mój autobus dojeżdżał do dworca w Santa Margerita Ligure padało  na dobre, lecz niebo na północy było nadal jasne. Pogratulowałam sobie pomysłu, bo wyglądało na to, że w Genui jednak może  być pogodnie. Oprócz tego, tak, czy inaczej, zawsze chciałam zobaczyć sławną, genueńską katedrę.

Wiecej zdjęć >https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/PortofinoCastelloBrown#

                     https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/PortofinoIII#

niedziela, 27 marca 2011

 

I znowu zakwitły magnolie! Kiedy wiosną 2009 rokuLombardia robiłam ich zdjęcia, sądziłam, że to już po raz ostatni mogę podziwiać ten spektakl.Tak się jednak złożyło, że znowu jestem w Italii, jest wiosna i ogrody budzą się do życia. W Polsce przed przyjazdem do Włoch zdarzyło mi się widzieć  kwitnące magnolie. Jednak w mazurskim klimacie, gdzie wiosna przychodzi z oporami, często w towarzystwie deszczu i wiatru oraz przejmującego zimna, ta roślina nie zwsze znajduje sprzyjające warunki do ukazania swego całego piękna. 

 Z balkonu mojej mamy mogę zajrzeć do ogrodu po przeciwnej stronie ulicy, gdzie rośnie magnoliowe drzewko. Pamiętam, jak po raz pierwszy ujrzałam je w kwiatach, choć jeszcze bez liści. Nie mogłam wtedy uwierzyć własnym oczom. Wielkie, różowe kwiaty na bezlistnych gałązkach, w czasie gdy w naszych ogrodach nieśmiało pokazywały się pierwsze oznaki wiosny, wydawały mi się nierzeczywiste. Moja wiedza na temat magnolii była wtedy dość znikoma i nie miałam pojęcia o bogactwie  gatunków i kolorów. Jak wielka jest ich rozmaitość, przekonałam się już w pierwszym roku mojego pobytu we Włoszech. Wybrałam się wtedy na jedną z moich wiosennych przechadzek. Pamiętam, że był to piękny, słoneczny dzień. Niespodziewanie,  przechodząc koło domu z dużym, ładnym ogrodem, poczułam niezwykły, delikatny zapach. Zaczęłam się rozglądać i wtedy zauważyłam leżące na ziemi  białe płatki. Stałam pod okazałym drzewem z ciemnozielonymi, skórzastymi liśćmi.  Patrząc na jego koronę,  dostrzegłam piękne, duże kwiaty.

To właśnie one wydzielały ten intrygujący zapach. Od znajomej Włoszki dowiedziałam się, że to drzewo to jeden z gatunków magnolii. W następnych latach miałam okazję corocznie podziwiać te piękne drzewa w całej ich krasie. LombardiaLombardia

 

Lombardia 

Lombardia

 

W lombardzkich ogrodach spotyka się je bardzo często, czasami są to stare,  duże i dorodne drzewa. Kiedy po zimowych szarościach nadchodzą pierwsze naprawdę ciepłe dni, ni stąd, ni zowąd, pokrywają się całą masą różowego lub białego kwiecia, co sprawia, że wyglądają niczym ogromne bukiety. Pierwsze zakwitają odmiany które zrzucają liście na jesieni. Ich kwiaty nie pachną, za to cieszą oczy  gamą kolorów od śnieżno - białego, poprzez wszystkie odcienie różu, aż do purpury. W miarę upływu czasu pojawiają się liście, a kwiatów z każdym dniem jest coraz mniej. Kiedy przekwitnie ten gatunek, pałeczkę przejmują drzewa o zimozielonych liściach. Ich białe, a właściwie lekko kremowe kwiaty, są zazdrośnie ukryte pomiędzy liśćmi. Są mniej liczne, za to pachną oszałamiająco. Byłabym w dużym kłopocie gdybym miała dokonać wyboru, no ale na szczęście nikt tego ode mnie nie oczekuje. Kiedy zaczęłam fotografować, nie mogłam sobie odmówić uwiecznienia tych pięknych drzew, szczególnie wspaniale wyglądających na tle szafirowego nieba. Mam nadzieję, że widok kwitnących magnolii ucieszy również Wasze oczy, tak jak radował moje. Jeśli chcecie zobaczyć więcej zdjęć zapraszam, jak zwykle na Picasę -

 więcej zdjęć >https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/Magnolie#

 

czwartek, 24 marca 2011

Liguria

Po pierwszym  (w zasadzie przypadkowym) pobycie w Camogli, postanowiłam że pojadę tam ponownie, w najbliższym możliwym terminie. Tak też się stało i w  wolnym czasie, kiedy prognoza meteo zapowiadała słoneczny i dość ciepły dzień, wsiadłam do pociągu i  przed południem byłam już w miasteczku. Znów była piękna, słoneczna pogoda, jednak wiał bardzo silny wiatr. Na głównej ulicy panował przeciąg, niczym w dobrze funkcjonującym kominie. Inny był też nastrój, większy ruch na ulicy, gdyż nie  była to sobota, lecz dzień powszedni. Choć oczywiście, nie były to tłumy ludzi, które zapewne można tu spotkać w pełni turystycznego sezonu. W niedługim czasie ponownie znalazłam się w porcie. Tym razem nie tylko obeszłam go wokoło, lecz również "zaliczyłam"  długie, betonowe molo, pełniące rolę falochronu. Wzdłuż niego, od strony morza, znajdują się ogromne skalne i betonowe bloki, stanowiące dodatkową zaporę dla fal podczas sztormowej pogody. Na krańcu mola jest niezbyt duża latarnia morska. Żałowałam, że muszę wyjechać z Camogli przed zmrokiem i nie zobaczę jej pulsującego światła. Z portu przeszłam do  kościoła, który poprzednio obejrzałam jedynie pobieżnie. Tym razem poświęciłam mu więcej uwagi, tym bardziej, że (co się rzadko zdarza po za czasem trwania mszy) w zwiazku z pracami porządkowymi, zapalono w nim światło. Kościół, dość skromnie zdobiony na zewnątrz, ma bardzo bogaty wystrój wewnętrzny, pełen złoceń, zaskakujących w tym niewielkim przecież, miasteczku. Inna rzecz która mnie zadziwiła już za pierwszym razem, to kokieteryjne żyrandole - skonstruowane z licznych, szklanych, kolorowych paciorków. Skojarzyły mi się raczej z pałacowym salonem a nie z wnętrzem świątyni. Podobne żyrandole widziałam w San Fruttuoso, gdzie szczerze mówiąc, wydawały mi się kompletnie nie na miejscu, w połączeniu z surowym stylem Opactwa. Przyszło mi do głowy, że być może, to dar jakiegoś okolicznego producenta, który specjalizuje się w tego rodzaju wyrobach. Oprócz kościoła obejrzałam jeszcze raz zamek i okoliczne zaułki. W portykach domów przylegających do portu  znalazłam liczne pracownie  i sklepy, podobnie jak w Portofino, oferujące pamiątkowe obrazy i obrazki, wykonane we wszystkich możliwych technikach. Po zwiedzeniu portowej części miasteczka przeszłam do tej, położonej  wzdłuż nadmorskiego bulwaru. W przeciwieństwie do głównej ulicy i portu gdzie wiatr niemal urywał mi głowę, na plaży panował błogi spokój, a wiatru nie czuło się prawie wcale. Zastanawiałam się jak to możliwe, czy to wpływ jakiegoś specyficznego mikroklimatu, czy obecność zwartych i dość wysokich budynków z tej strony miasta. Pomyślałam też, że chyba nie bez powodu to miejsce nosi nazwę "Golfo di Paradiso" czyli "Niebiańska Zatoka". Tak czy iLigurianaczej, wiele osób korzystało z tego błogosławieństwa natury. Za kościołem, na kamiennym murku - ławce, ciasnym rządkiem, niczym ptaki na gałęzi, przysiedli starsi ludzie, wygrzewając się na słońcu w tym zacisznym miejscu. Pod tarasami bulwaru siedziała młodzież -  zakochane pary i nastolatki zatopione w lekturze. Parę osób beztrosko spało na plaży, przy akompaniamencie szumiących fal. Nie brakowało też młodych matek z rozhasanymi  dziećmi. Szczególnie jedna rzuciła mi się w oczy (a raczej w uszy). Ze stoickim spokojem powtarzała swojemu synkowi wciąż to samo zdanie, niczym pęknięta, gramofonowa płyta - "solo sassi piccoli, ti ho detto, butta solo sassi piccoli "!  Czyli - "powiedziałam ci, rzucaj tylko małe kamienie, tylko małe " !  Potomek bowiem, poważnie zabrał się za zasypywanie morza, rzucając do wody kamienie z plaży. Czym głośniej matka go napominała,  tym większe kamienie zbierał i ciskał w fale. Jego młodsza siostra sekundowała mu dzielnie, a matka niczym kukułka w zegarze, powtarzała swą frazę, bez żadnego realnego skutku. Na moje szczęście, po kilkunastu minutach przenieśli się w inne rejony i znów zapanował błogi spokój. Przysiadłam z gazetą na niezbyt wysokim murku i zagłębiłam się w lekturze. Byłam tak rozleniwiona ciepłem słońca i szumem morza, że zaczęłam zasypiać na siedząco. Marzyłam o tym, żeby wzorem innych osób wyciągnąć się na plaży i zapaść w drzemkę. Niestety, nie miałam ani koca ani ręcznika, więc zmusiłam się do kolejnej przechadzki. Patrzyłam uważnie pod nogi, gdyż po raz pierwszy widziałam plażę tego rodzaju. Kamieniste plaże nie są czymś wyjątkowym, tu jednak kamienie były dość szczególne . Na ogół niewielkie, szare, doskonale gładkie, owalne lub okrągłe, lub przeciwnie, zupełnie płaskie, prawie wszystkie  poprzecinane białymi żyłkami. Patrząc na nie, zrozumiałam zamiłowanie Liguryjczyków do budowli w poprzeczne białe i grafitowe pasy. Sądzę, że po prostu naśladowali to, co widzieli w naturze, która sama podsuwa najpiękniejsze i najbardziej harmonijne wzorce. Nawiasem mówiąc, myślę że leżenie na takim plażowym "kamiennym łożu" wcale nie musi być przykre, zważywszy na te łagodne zaokrąglone kształty. Zabrałam kilka szczególnie ładnych kamyków do mojej kolekcji. Najbardziej podobał mi się ten, na którym znalazłam wzór przypominający skandynawską runęLiguria i drugi, który wygląda zupełnie jak jajeczko ptaka. Kiedy doszłam do końca plaży i przeszłam na leżący nieco wyżej bulwar, słońce zaczęło chować się za kościołem, dając mi znak, że czas  myśleć o powrocie do Mediolanu. Pozostała mi jeszcze jedna misja do wykonania - degustacja lokalnego specjału, ciasteczek zwanych "camogliesi". Nie będę ukrywać że z natury jestem łakomczuchem, więc staram się unikać  ciastkarni i lodziarni jak przysłowiowego ognia. Moje łakomstwo jest bowiem szczególnego rodzaju -  budzi się jedynie na widok słodyczy. Kiedy zdarza się, że postanawiam kupić sobie coś słodkiego i wchodzę do sklepu, przeżywam prawdziwe męczarnie, na myśl że muszę dokonać wyboru. Nie sposób przecież spróbować wszystkiego, co wygląda zachęcająco i apetycznie. Jednak do tej pory nigdy nie uprawiałam tak tu popularnej turystyki gastronomicznej. We Włoszech większość regionów ma swoje specjały i zazdrośnie strzeżone przepisy, często chronione patentem. O ciasteczkach z Camogli słyszałam niegdyś, lecz uleciało mi to z pamięci. Odświeżyła mi ją koleżanka z pracy, mówiąc że "koniecznie, ale to koniecznie" muszę ich spróbować. W Camogli, przy bulwarze, w prawie każdym budynku jest jakiś sklep lub lokal gastronomiczny. Tu też mieści się sklep firmy "Revello" która zajmuje się wypiekiem sławnych ciastek ( i nie tylko). Sklep jest dość skromny i nie rzuca się w oczy. Kiedy pokonałam  pięć schodków i weszłam do środka, miły sprzedawca przywitał mnie szerokim uśmiechem. Gdy zapytałam o "camogliesi" z dumą wskazał na szklaną gablotkę, gdzie w rządkach, na maleńkich serwetkach z papierowej koronki leżały niewielkie ciasteczka w kształcie kulek. Wyjaśnił mi, że jest ich osiem rodzajów, z czego cztery  są wypełnione kremem. Poprosiłam, aby mi zapakował po jednym z każdego rodzaju. Pan pochwalił moją decyzję, bowiem jak stwierdził, każdy ma inny i niepowtarzalny smak. Sklep jest wyposażony w kilka stolików, przy których można skonsumować zakupione produkty. Wybrałam jeden ze stojących na zewnątrz, aby jeszcze przez chwilę podziwiać zachód słońca. Postanowiłam na początek zadowolić się trzema ciastkami. Faktycznie, musiałam przyznać, że  są nie tylko bardzo dobre, ale  wręcz niezwykłe. To, co przede wszystkim zwraca uwagę, to duża ilość rumu użytego do ich wyrobu. Jego smak góruje wyraźnie nad pozostałymi składnikami. Oprócz tego, każdy rodzaj ma inny składnik "wiodący"- orzech laskowy, gianduia (szczególny rodzaj czekolady), pomarańcza, migdały lub amaretto. JLiguriaak się dowiedziałam  przepis jest  bardzo starannie strzeżoną rodzinną tajemnicą firmy Revello. Firma istnieje  od 1964, a jej właściciel opracował  w 1970 r na własny użytek  przepis na ciasteczka rumowe, które nazwano "camogliesi".Chociaż  znalazł kilku naśladowców którzy próbowali zrobić mu konkurencję, nikomu jak dotąd nie udało się stworzyć równie dobrego produktu. Co ciekawe, mimo że zjadłam je wszystkie ( na dwie raty) to trudno mi o nich powiedzieć coś więcej ponad to, że dosłownie rozpływają się w ustach. Cztery rodzaje mają cienką skorupkę z ciasta nieco podobnego do ptysiowego, wypełnioną smakowitym kremem. Z zewnątrz chyba też pokrywa je krem i czekolada, oraz jakaś tajemnicza i bardzo smakowita posypka. Te bez kremu, to chyba ciasto z bardzo dużą domieszką mielonych migdałów lub orzechów z której to masy utworzono niewielkie kulki "szczypnięte" przed włożeniem do pieca, co nadaje im charakterystyczny, nieregularny kształt. Mimo iż do produkcji nie używa się konserwantów, "camogliesi"  mają długi, bo dwudziestodniowy, okres przydatności do spożycia. Niestety, z wyżej wymienionych powodów nie mogłam znależć oryginalnego przepisu, nawet przepis na "podróbki" jest niedostępny. Poniewczasie żałowałam, że nie wpadłam na pomysł aby zrobić ciasteczkom pamiątkowe  zdjęcie, no ale cóż, stało się !

Camogliesi są doprawdy świetne, ale żeby być do końca szczerą,  muszę wyznać, że  nie zatarły wspomnienia o najwspanialszym ciasteczku mojego życia.

Wiele lat temu, jako młode dziewczę pojechałam z grupką przyjaciół do Budapesztu, który słynie ze wspaniałych kawiarni i cukierni w wiedeńskim stylu. Pamiętam, że weszliśmy do jednej z nich, niedaleko Mostu Małgorzaty, gdzie swoim zwyczajem stanęłam oniemiała przed gablotką z ciastkami, niczym osiołek z bajki, któremu "w żłoby dano". Z bólem serca wybrałam dwa ciastka, rezygnując z innych o równie kuszącym wyglądzie. Pierwsze było, owszem, dobre, ale to drugie! Maleńkie, miało kształt naparstka i było niewiele większe, całe pokryte jasno - różowym lukrem. Włożyłam je do ust i zamarłam. Pod lukrem był delikatny, nasączony ponczem biszkopt, wypełniony cudownym w smaku kremem z odrobiną kwaskowatej marmolady, a całość tworzyła niespotykaną harmonię smaków. To był po prostu "wielki odlot"! Od tamtej pory minęło ponad trzydzieści lat, lecz ja wciąż pamiętam smak ciasteczka "Mignon". Wyznam też, że mimo iż Budapeszt zawsze był dla mnie miastem "do zakochania" to głównym powodem dla którego chętnie bym go odwiedziła ponownie, jest myśl, iż być może, cukiernia przy Moście Małgorzaty nadal serwuje te maleńkie cuda, o wdzięcznej i pieszczotliwej nazwie.

 Jeśli też macie takie smakowite wspomnienia, to bardzo proszę, napiszcie o tym w komentarzach!

Więcej zdjęć > https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/CamogliII#

niedziela, 20 marca 2011

LiguriaCamogli znałam ze słyszenia, gdyż przejeżdżam przez nie kilkakrotnie jadąc wybrzeżem liguryjskim, na południe. Spodobała mi się jego dźwięczna nazwa, lecz o samym miasteczku nie mogłam nic powiedzieć. Leży ono na samym brzegu morza, natomiast pociąg  jedzie nieco wyżej, więc nie oferuje to żadnej perspektywy. LiguriaWidzi się praktycznie jedynie dworzec -  typową, liguryjską stacyjkę z początku XX wieku, palmy, dachy domostw poniżej i jeszcze nieco dalej, morze aż po horyzont. Po raz pierwszy znalazłam się tam w pewnym sensie przymusowo, kiedy wybierałam się do San Fruttuoso, gdyż właśnie z Camogli odpływa statek do Opactwa. Kiedy planowałam ten wyjazd, moi włoscy znajomi powiedzieli mi, że nie pożałuję, jeśli spędzę trochę czasu w samym miasteczku gdyż jest to malownicza, typowa dla Ligurii miejscowość. Kiedy w sobotni poranek, około godziny dziewiątej, wysiadłam z pociągu, w Camogli panował jeszcze senny nastrój. Słońce świeciło przepięknie, a niebo miało kolor głębokiego turkusu. W Lombardii ciągle jeszcze było bardzo zimno, więc miałam na sobie ciepłą kurtkę. Tu natomiast, nieliczne osoby które spotkałam, były ubrane w grube swetry lub bluzy z polaru. Ponieważ pod kurtką również miałam bluzę, szybko przystosowałam się do sytuacji pakując kurtkę do plecaka. Od stacji do portu prowadzi główna ulica miasteczka, schodząca w dół, w kierunku morza. Kiedy przeszłam jej niewielki odcinek, wiedziałam już, że to miejsce znajdzie swój stały kącik w moim sercu. Zapewne to pierwsze wrażenie  było też związane z przepiękną słoneczną Liguriapogodą. Wysokie domy pomalowane na ciemnożółty i pomarańczowy kolor, w blasku porannego słońca wyglądały wspaniale. Zachwyciły mnie te kamienice z oknami przysłoniętymi tradycyjnymi żaluzjami, których praktycznie nie widuje się w Lombardii. Drewniane, pomalowane na ciemnozielony kolor, dwuskrzydłowe, z podnoszoną dolną częścią, co zapewnia mieszkańcom zarówno cień, jak i przepływ powietrza. Takie żaluzje widziałam po raz pierwszy w Bari, tuż po przyjeździe do Włoch. Zawsze kojarzyły mi się z czymś egzotycznym, z morskim wiatrem i słońcem. Inną rzeczą która mnie uderzyła i sprawiła ze powróciłam pamięcią do tego pierwszego włoskiego okresu, był zapach świeżo parzonej kawy. Po wyjeździe z Bari najbardziej mi brakowało właśnie tego cudownego aromatu. Jestem nałogową kawoszką i bez kawy nie wyobrażam sobie życia. W Bari, kiedy wychodziłam na ulicę i przechodziłam kolo licznych barów gdzie serwowano poranne espresso, ten zapach był dla mnie jak narkotyk. Uwielbiałam też patrzeć na kelnerów w białych koszulach i długich czarnych fartuchach, którzy wybiegali z tacą w ręku, na której pod serwetką stały pachnące filiżanki i dzbanuszek z mlekiem. Jest to bowiem powszechny na południu obyczaj, że dzwoni się do pobliskiego baru i zamawia kawę do miejsca pracy. Sądzę że ten cudowny, niezrównany zapach, Liguria to był naturalny aromat tego napoju w połączeniu  z morskim powietrzem. W Lombardii kawa pachnie zupełnie inaczej, do tego stopnia, że zrezygnowałam z parzenia jej w kafetierze gdyż zapach przyprawiał mnie o mdłości. Do dziś więc pozostaję przy "Nesce" - różnica w smaku jest niewielka, a poza tym, nie muszę myć kafetiery, czego nie cierpię. Tu, w Camogli, znowu mogłam się napawać tym prawie zapomnianym wrażeniem.

 Budynki stojące przy głównej ulicy mają jeszcze jeden aspekt typowy dla tego regionu. Są to elewacje malowane w szczególny sposób, gdzie za pomocą kolorów w różnych odcieniach stwarza się wrażenie gry światła w zagłębieniach. Sprawia to, że płaska ściana nabiera cech trójwymiarowości. W ten sposób widzimy nie istniejące w rzeczywistości posągi, kolumny i balustrady. Jak już wspomniałam, ulica biegnie nico wyżej, po zboczu wzgórza, równolegle do brzegu morza. Pomiędzy budynkami zostawiono wąskie prześwity, ze schodami wiodącymi na plażę. Kiedy dotarłam do jej końca, znalazłam się przy schodach prowadzących wprost do portu rybackiego, skąd  odpływa statek do Opactwa. Port, niezbyt duży, był szczelnie wypełniony rybackimi łodziami które już powróciły z porannego polowu. Wokół było pełno suszących się na słońcu żółtych i pomarańczowych sztormiaków, oraz nylonowych, rybackich sieci z czerwonymi pływakami. Na lewo od portu znajduje się niewielki placyk, wybrukowany szarymi, okrągłymi kamieniami . Pośród nich, z białych kamieni, ułożono wzory w kształcie rozet. W głębi placu znajdują się piękne schody z białego marmuru, prowadzące na swego rodzaju dwustopniowy taras, z którego wchodzi się do kościoła i zamku. Obydwie budowle stoją wprost na skale wyrastającej z morza, tuż przy plaży, lecz dostępne są jedynie od strony tarasu. Zamek nie jest zbyt duży, ale chyba nieźle sprawował swoją funkcję. Nosi bardzo groźną nazwę - "Castel Dragone" czyli "Smoczy Zamek". Zastanawiałam się, czy ma to jakiś związek z legendą o smoku z pobliskiego Capodimonte? Tak, czy inaczej, można tu do dziś podziwiać "zęby smoka", czyli dwie potężne armaty, z lufami zwróconymi w stronę morza. Patrząc na nie, nietrudno jest uwierzyć, że dobrze wycelowane, mogły skutecznie roznieść na strzępy każdy okręt, który nieproszony chciałby zbliżyć się do Liguriamiasta. Sadzę, że specyficznie zbudowany kościół i jego bezpośrednie sąsiedztwo z zamkiem, świadczą o tym, że w razie niebezpieczeństwa był on schronieniem dla mieszkańców, którzy mogli też dać skuteczne wsparcie  żołnierzom. Z tarasu przy kościele jest piękny widok na morze, z bielejącą po prawej stronie Genuą, jak i na rozpościerającą się na lewo plażę i przylegające do niej domy. Widok jest istotnie tak piękny, że zapiera dech w piersiach. Plaża jest szara i kamienista, lecz blask słońca sprawia, że lśni bielą i srebrem. Wzdłuż niej prowadzi bulwar, będący paralelą głównej ulicy miasta. Wzdłuż niego również zbudowano wysokie domy, pomalowane na ciepłe, żywe kolory. W głębi są podwórka - studnie, a całość jest połączona systemem schodów o których pisałam uprzednio. Tym razem zadowoliłam się Liguriaobejrzeniem tej pięknej panoramy i zrobieniem zdjęć, gdyż moim celem było Opactwo. Zbliżała się godzina o której odpływał statek, więc wróciłam do portu. "Zaokrętowałam się" bez przeszkód  i po chwili zaczęliśmy oddalać się od brzegu. Miałam okazję zobaczyć Camogli z innej perspektywy i znowu zrobić parę zdjęć. Nie mogłam też napatrzeć się na kolor morza, które w miarę oddalania się od brzegu przybierało barwę indygo. Z tyłu, za statkiem, w lazurowej mgle, rysowały się Alpy Liguryjskie i Zatoka Genueńska. Po chwili przybiliśmy do miejsca zwanego Punta Chiappa, gdzie jest najmniejsza we Włoszech przystań rybacka, zwana Porto Pidocchio (pidocchio to po prostu wsza, ale myślę że tu chodzi o to, że port jest taki mały, jak nie przymierzając - ten insekt). Przed nami był jeszcze kilkunastominutowy rejs wzdłuż wybrzeża i Opactwo San Fruttuoso.Liguria

 

Ciąg dalszy opowieści o Camogli nastąpi. Będzie też coś dla łakomczuchów, czyli o ciasteczkach zwanych "camogliesi"

Więcej zdjęć >https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/Camogli#

sobota, 19 marca 2011

Dziś znowu jadę do Camogli. To  śliczne liguryjskie miasteczko zauroczyło mnie od pierwszego wejrzenia. Zapewne nie bez znaczenia był fakt, że poza sezonem nieco senna atmosfera pozwala na smakowanie  bez przeszkód jego kolorów i zapachów. Jutro będzie na ten temat duży wpis, dziś na zachętę zamieszczam parę zdjęć, mam nadzieję, że ci którzy je zobaczą będą mieli ochotę na więcej !Liguria

 

Liguria

Camogli

Liguria

Liguria

 

 

Mam nadzieję że zdjęcia (a raczej to co na zdjęciach) spodobały się i naprawdę macie ochotę na spacer po tym uroczym miasteczku. A więc do zobaczenia w Camogli !

 

niedziela, 06 marca 2011

ogród

We Włoszech mimoza jest  kwiatem, który tradycyjnie ofiarowuje się dziewczynom i kobietom w dniu 8 marca. Jednak panie, które jej nie otrzymały od nikogo niejednokrotnie same kupują sobie jej gałązkę, aby podkreślić świąteczny charakter tego dnia. Myślę, że w jej symbolice jest głęboki sens (który postaram się przybliżyć moim czytelnikom) może niezbyt jasny, jeśli ktoś nie miał okazji widzieć mimozy rosnącej w naturze.

Miuliczna kwiaciarniamoza to dość spory, zdrewniały krzew. Dorodny osiąga wysokość 2-3 metrów i przypomina wielkością i pokrojem młode drzewko jarzębiny. Jest ona rośliną bardzo delikatną, lecz bynajmniej nie cieplarnianą. Chyba nie ma zbyt wysokich wymagań, bo w cieplejszych rejonach Włoch, np w Ligurii, można zobaczyć całe zagajniki mimozy porastające zbocza gór, gdzie czepiają się gleby w szczelinach skał. W tychże rejonach zakwita ona bardzo wcześnie, często już pod koniec lutego, a najpóźniej na początku marca. Ma pierzaste listki i śliczne, żółte, puszyste kwiatki w kształcie maleńkich kuleczek. Jest  z natury silna i wytrzymała, lecz traci te cechy po zerwaniu. Delikatność jej kwiatów jest przysłowiowa. Faktycznie, ścięta gałązka szybko traci swój wdzięk a żółte kuleczki puszystość, ciemnieją, lub opadają. Zasuszona, jest zaledwie cieniem swego piękna, niczym twarz staruszki, w której z trudem doszukujemy się śladów jej młodzieńczej urody. Ściętą gałązkę należy wstawić do wody i unikać jej bezpośredniego dotykania, wtedy można się nią cieszyć nieco dłużej. Sprzedawana jest zazwyczaj w celofanowych torebkach, co przedłuża jej krótkie życie.

Pamiętam, jak otrzymałam moją pierwszą  mimozę we Włoszech. Zajmowałam się wtedy obłożnie chorą osobą. W Dniu Kobiet jej córka obdarowała mnie  tą śliczną gałązką. Byłam nieco zaskoczona, ale przyznam, że był to bardzo miły gest. Powiedziała mi też, że 8 marca Włoszki noszą maleńkie gałązki mimozy we włosach lub przy ubraniu na piersi, aby każdy, kto na nie spojrzy, pamiętał, iż to wyjątkowy dzień. Wybierałam się  do Mediolanu, więc przypięłam fragment gałązki do klapy mojego czarnego płaszcza. Było to piękne, prawie wiosenne popołudnie,  bez duszącej czapy smogu nad miastem. Powietrze było rześkie i nieco ostre, lecz czuło się że wiosna jest tuż, tuż. Kiedy znalazłam się na mojej ulubionej via Dante, otoczyła mnie nadzwyczajna aura tego dnia.  Chylił się on ku końcowi a słońce ku zachodowi. Powietrze nabierało różowo - fiołkowej barwy, okoliczne domy rzucały długie cienie. W tym otoczeniu, co parę kroków można było spotkać uliczne stragany, gdzie sprzedawano gałązki mimozy. Niosły ją  obdarowane kobiety i dziewczyny, oraz mężczyźni, aby ją ofiarować swym paniom na wieczornej randce, lub po powrocie do domu. Widziało się mimozę we włosach kobiet, przy ich płaszczach i kurtkach. Ludzie uśmiechali się sympatycznie, nie czuło się powszechnego o tej porze dnia pośpiechu i napięcia. Muzyka ulicznych grajków też brzmiała jakoś inaczej, bardziej słodko i romantycznie.

Nazwałam ten dzień Dniem Mimozy i takim już zostanie w mojej pamięci, najpiękniejszy bo niezapowiedziany i nieoczekiwany.

W jednym z Mimozanastępnych lat kiedy rzadko zastanawiałam się nad znaczeniem dni, wybrałam się do Pavii, żeby zobaczyć to miasto interesujące zarówno z punktu widzenia historii jak i architektury. Wyjechałam rannym pociągiem, nie myśląc zupełnie o tym, że jest Dzień Kobiet. Kiedy dojechałam na miejsce i zagłębiłam się w barokową uliczkę, nagle, na balkonie z kutego żelaza ujrzałam sporą gałąź mimozy. Doznałam olśnienia, przecież dziś jest moje Święto! Postanowiłam więc wzbudzić w sobie odpowiedni nastrój za pomocą kawy z pianką i pysznego ciastka. Zwiedzając miasto natrafiłam na liczne stoiska sprzedające tradycyjne, większe i mniejsze gałązki, w celofanowych torebkach. Jednak najładniejszy prezent tego dnia, zrobił kobietom Zarząd Miasta. Zafundował bowiem wszystkim chętnym płci żeńskiej darmowy wstęp do zamku, gdzie znajduje się  Muzeum Miejskie i Pinakoteka. Przyznam, że był to piękny gest, z którego panie chętnie skorzystały. Wszystkie otrzymałyśmy za darmo pamiątkowy bilet wstępu, co mi się bardzo spodobało, tym bardziej, że muzeum jest interesujące a zamek piękny i dobrze zachowany.

Polubiłam tę roślinę, nauczyłam się oczekiwania na jej śliczne kwiatki, które tu, w Lombardii, nieraz bardzo długo nie mogły ukazać się w całej swej krasie, z powodu panującego zimna i  deszczowej pogody. Kiedy wreszcie przychodziła wyczekiwana wiosna i słońce, kwitnące w prywatnych ogrodach mimozy cieszyły moje oczy swymi delikatnymi gałązkami, obsypanymi mnóstwem żółtych, puchatych kuleczek.

Tego roku, w połowie lutego, zmęczona pracą i niepogodą panującą w Lombardii, postanowiłam pojechać do leżącego w Ligurii, Sestri Levante. Tam, po wyjściu z pociągu, rozejrzałam się wokół i na stoku góry po drugiej stronie dworca, zobaczyłam zagajnik kwitnącej mimozy. Byłam tak zmęczona, że jedynym moim pragnieniem było znaleźć się na plaży, usiąść na  ławce i słuchać szumu fal, nie ruszając się z stamtąd jak najdłużej. Trochę mi było szkoda niepowtarzalnej i utraconej okazji, aby znaleźć się wśród tych kwitnących drzewek w ich naturalnym środowisku, ale niestety, tym razem moje nogi powiedziały mi "nie" i była to ostateczna i nieodwołalna decyzja.

    Liguria

 Włoski obyczaj obdarowywania kobiet mimozą narodził się w Rzymie w 1946 roku. Skończyła się wojna więc był to okres radości, ale też i powszechnego niedostatku. W Dniu Kobiet dzieci i mężczyźni przynosili do domów kwitnące gałęzie mimozy, które kobiety stawiały w oknach.  Ta wcześnie zakwitająca roślina symbolizuje bowiem zarówno zwycięstwo życia nad śmiercią, jak i wiosennego, słonecznego blasku, nad martwotą zimy.

   To święto  ma w swojej genezie bardzo tragiczne momenty, który dopiero niedawno znalazły znalazły swój epilog. Pierwszy Narodowy Dzień Kobiet obchodzono w 28 lutego w 1909 w Stanach Zjednoczonych,  aby upamiętnić tragiczne zdarzenie, które miało miejsce rok wcześniej. Otóż 126 strajkujących robotnic szwalni zostało zamkniętych w zakładzie przez jej właściciela. Wybuchł tam pożar, w którym wszystkie zginęły. Kilka lat później, 25 maja 1911 roku następny pożar w fabryce, pochłonął życia 140 robotnic. Były to biedne emigrantki, w większości Włoszki i Żydówki, niektóre bardzo młode, prawie dzieci. Ponieważ wiele pracowało na czarno trudno było stworzyć wiarygodną listę ofiar. Nazwisko ostatniej z nich ustalono zupełnie niedawno (mówiono o tym we włoskiej telewizji). Obchody ku pamięci ofiar początkowo miały miejsce 28 lutego.  W związku ze zmianą kalendarza święto przesunięto  na 8 marca i w tym dniu obchodzone jest do dziś.

A tak naprawdę, roślina powszechnie uważana za mimozę podobno w rzeczywiści jest akacją (rodzina mimozowate). Właściwa mimoza, zwana wstydliwą, jest nieco mniejsza i ma kwiaty fioletowo - różowe.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Najlepsze Blogi

Pisz swój dziennik w Internecie