Zawsze pasjonowało mnie odkrywanie świata, później narodziła się moja pasja fotograficzna. Przez wiele lat mieszkałam i pracowałam we Włoszech. Ich efektem jest nie tylko mnóstwo wspomnień tego co widziałam, lecz także kilka tysięcy zdjęć w komputerze. Moje wędrówki były odległe od najczęściej uczęszczanych szlaków, niemniej widziałam miejsca i rzeczy warte upamiętnienia. Dlatego też, postanowiłam na łamach tego bloga podzielić się moimi włoskimi impresjami. Co do innych zainteresowań - lubię malarstwo, literaturę i dobrą muzykę, niezależnie od gatunku.
Kategorie: Wszystkie | pamiętnik | turystyczny
RSS

turystyczny

poniedziałek, 28 lutego 2011

       Santa Margerita Ligure

Liguria to jeden z piękniejszych regionów Włoch. Mieszkając w Mediolanie wiele słyszałam o jej wspaniałych zakątkach, które  należy zobaczyć. Mówiono mi o górach schodzących do morza, o pięknie przyrody i malowniczych miasteczkach. O wspaniałym klimacie, o tym że wiosna przychodzi tam przynajmniej o miesiąc wcześniej, a pod koniec lutego kwitną mimozy. Było to bardzo zachecajace, a kiedy wreszcie przyszedł i na to czas, stwierdziłam sama, że to "najprawdziwsza prawda". Tak się zresztą złożyło, iż początek mojego zainteresowania tą krainą miał miejsce wiele lat temu.

 Portofino było jedną z tych miejscowości, które mnie fascynowały odkąd sięgnę pamięcią. Po raz pierwszy usłyszałam tę nazwę, kiedy jako dziecko urządzałam sobie dom pod stołem w pokoju. Było to chyba pod koniec lat pięćdziesiątych i praktycznie jedynym łącznikiem ze światem kultury było naszLiguriae małe radio marki "Pionier". Repertuar był bardzo skromny. Jakieś audycje oświatowe, muzyka poważna (najczęściej utwory Szopena), ludowe piosenki i trochę muzyki rozrywkowej w wykonaniu polskich wykonawców. Jedną z nich była Sława Przybylska. To ona spopularyzowała w Polsce włoską piosenkę Freda Buscalione "Miłość w Portofino". Pamiętam jak dziś, ten pełen smutku, sentymentalny tekst o opuszczonej dziewczynie i drodze do Portofino, na której "został żółty kurz". Szczerze mówiąc, zarówno ta, jak i inne piosenki z tego okresu, powtarzane wiele razy w ciągu dnia, mogły doprowadzić do ciężkiej depresji. Do dziś, mimo upływu czasu pamiętam ich teksty, a nawet intonację głosu wykonawców. Minęło kilka lat, nieco urosłam i dostałam mój pierwszy atlas geograficzny. Uwielbiałam go rozkładać na stole i oglądać mapy. Urzekały mnie ich kolory, za którymi kryły się morza, góry i równiny. Czytałam egzotyczne, obco brzmiące nazwy i próbowałam wyobrazić sobie miejsca, które oznaczały. Pamiętam, że jednymi z moich ulubionych, tymi które oglądałam chętniej niż inne, były mapy Włoch i Hiszpanii, ze względu na piękne, dźwięczne nazwy miejscowości. Pewnego dnia,  na wybrzeżu Włoch, zauważyłam maleńkie kółeczko z napisem "Portofino". Zastanawiałam się czy to miejscowość z piosenki? Wątpliwości rozwiał mój  ojciec, który potwierdził te przypuszczenia. I zapewne w tym miejscu skończyła by się ta historia, gdyby życie nie rzuciło mnie na włoską ziemię. Swego czasu, w Mediolanie, na via Dante była wystaLiguriawa fotogramów, na których zaprezentowano najpiękniejsze miejsca we Włoszech. Jedno z tych zdjęć przedstawiało miasteczko Portofino. Zobaczyłam je wtedy po raz pierwszy - niewielką zatoczkę, zielone, zalesione wzgórza wokół niej i rząd kolorowych, wysokich domów, tuż na skraju morza. Bardzo mi się spodobało to miejsce i pomyślałam, że dobrze było by się tam wybrać w przyszłości. Tak się jednak składało że odsuwałam w czasie ten projekt, chyba z obawy przed odległością. Jak w wielu wypadkach, zadecydował za mnie ślepy traf. Pewnego roku, pod koniec lata, miałam kilka wolnych dni, więc chciałam wykorzystać je na wypady po okolicy. Jednym z miejsc które miałam zamiar  odwiedzić było Courmayeur, leżące u podnóża Mont Blanc. Przygotowałam się należycie i skoro świt, wyruszyłam do Mediolanu. Niestety, były jakieś problemy z metrem i z powodu spóźnienia straciłam jedyny autobus jadący w stronę Valle d'Aosta. Byłam zła i rozgoryczona, lecz postanowiłam że coś jednak muszę zrobić z tym dniem. Pojechałam więc na dworzec, aby sprawdzić gdzie ewentualnie mogłabym się wyLiguriabrać. Kiedy studiowałam rozkład jazdy, doznałam olśnienia  - Portofino! Okazało się, że dojazd jest prostszy niż myślałam, no i jest wieczorny  pociąg powrotny. Tak więc kupiłam bilet i w drogę! Po upływie około dwóch godzin i przejechaniu kilku tuneli pod Alpami Liguryjskimi, dojechaliśmy do Genui, a następnie pociąg skręcił na południe, w stronę miasta La Spezia. Oczarowana, patrzyłam na rozświetlone morze za oknem pociągu, na palmy i kwitnące oleandry. Po kilkudziesięciu minutach dojechałam do Santa Margerita Ligure. Tu należało wysiąść, żeby dotrzeć do niedalekiego Portofino. Santa Margerita to popularna miejscowość wypoczynkowa i w sezonie są tu zawsze tłumy ludzi. Szczerze mówiąc, wyglądałam dość dziwacznie pośród porozbieranych plażowiczów, ubrana w trapery i długie ciemne spodnie, jak przystało komuś, kto wybiera się w góry. Do tego miałam wypchany plecak, gdzie tkwiła ciepła kurtka, niezbędna podczas wjazdu kolejką linową na Mont Blanc. Zastanawiałam się, jak mam dotrzeć do Portofino. Mogłam jechać autobusem, ale uznałam ze było by to pójściem na łatwiznę. Wyruszyłam więc na piechotę, wzdłuż szosy biegnącej brzegiem morza. Dla pieszych i rowerzystów zbudowano tu specjalną kładkę, zawieszoną nad wodą. Droga jest piękna, po jednej stronie lazurowe morze zatopione w błękitnej poświacie, a z drugiej -  wysokie skały, porośnięte piniowym lasem, opuncjami i kwitnącymi krzewami. Na zboczach gór znajdują się romantyczne wille i hotele w pastelowych kolorach. Plaże były zatłoczone, a nieopodal brzegu widać było mnóstwo łódek i jachtów. Idąc przed siebie, mijałam kolejne kąpieliska z karnymi rzędami plażowych łóżek pod kolorowymi parasolami. Droga w tym miejscu tworzy wiele zakrętów, a przede mną widniały liczne, wybiegające w morze, skaliste cyple. Ponieważ szłam dość długo, wydawało mi się że czas najwyższy, abym znalazła się na miejscu. Z mapy i zdjęcia wiedziałam że PortofinLiguriao leży w zatoce ograniczonej dwoma niewielkimi półwyspami. Za każdym razem kiedy dochodziłam do kolejnego zakrętu, wydawało mi się, że za nim ukaże się zatoczka i upragnione miasteczko. Niestety, szłam i szłam, a o Portofino nie było ani widu, ani słychu. Na pociechę,  robiłam zdjęcia okolicy. Mimo pięknej, słonecznej pogody, nie narzekałam na upał ponieważ od morza wiał lekki, orzeźwiający wiatr. Wreszcie, za którymś zakrętem, zobaczyłam plażę, zatoczkę i kilka kolorowych domków. To jeszcze nie było Portofino, lecz Paraggi, niewielka miejscowość leżąca w jego pobliżu.  Po chwili doszłam do miejsca, gdzie definitywnie skończył się pomost po którym poruszałam się dotychczas. Asfaltowa szosa biegła dalej, a po jej prawej stronie znajdowały się schody prowadzące do ścieżki na zboczu góry. Tu zobaczyłam białą, porcelanową tabliczkę  z kobaltowym napisem "Pedonale per Portofino" *. Byłam prawie u celu!

* Ścieżka dla pieszych do Portofino

Ciąg dalszy nastąpi (wkrótce).

 Na razie zapraszam do obejrzenia zdjęć z mojej pierwszej wycieczki - będą też następne. >https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/SantaMargeritaLigureIPortofino#

10:05, sukienka_w_kropki , turystyczny
Link Komentarze (6) »
wtorek, 22 lutego 2011




 

W zasadzie nie zaliczam się do  osób które w swoim życiu kierują się przepowiedniami i horoskopami, zdarza się,  że je czytam, lecz  robię to raczej dla zabawy  a nie po to aby szukać w nich rad na przyszłość. Mimo to, czasami mi się wydaje, że być może jednak jest w nich  "coś" co być może tłumaczy pewne nasze irracjonalne zachowania...Wiele osób z pośród moich znajomych uważa że jestem osobą poukładaną a nawet "kwadratową". Kiedy pracowałam we Włoszech, niejednokrotnie moje przywiązanie do zasad i procedur budziło zdziwienie wśród  kolegów po fachu podchodzących do nich nieco na luzie, a kiedy dowiadywali się że jestem zodiakalną Panną, z politowaniem kiwali głowami i orzekali, że charakterystyka tego znaku pasuje do mnie jak ulał. Jednak ktoś, kto mnie lepiej zna, wie, że w rzeczywistości cierpię na swego rodzaju rozdwojenie jaźni. Idąc dalej  tropem horoskopów, można to chyba wytłumaczyć faktem, że mój ascendent to  Strzelec, którego podobno cechuje wyjątkowe zamiłowanie do swobody, otwartych przestrzeni i chodzenia gdzie nogi poniosą. Może dlatego czasem czuję nieprzepartą ochotę, żeby zrobić coś wbrew regułom i rozsądkowi, a nawet sobie samej. No bo jak inaczej można wytłumaczyć zamiłowanie do czystości i porządku, z organiczną niechęcią do odkładania wszystkiego na swoje miejsce? W moim przypadku wygląda  to tak, że po ciężkich bojach, kiedy zwykłe sprzątanie zamienia się w gruntowne porządki (które normalny człowiek robi najwyżej dwa razy do roku) boję się poruszać po domu, żeby nie zburzyć tak drogo okupionego ładu, a mimo to, do dzisiaj nie wiem, co lubię bardziej: porządkować czy bałaganić? Z jednej strony chciałabym mieć wszystko zorganizowane i pod kontrolą, jestem zawsze przygotowana na różne warianty sytuacji, (w tym czarny scenariusz, czego np. mój syn nie jest w stanie zrozumieć), a z drugiej, nic tak mnie nie kręci, jak improwizacja i nagła zmiana planu (zawsze na lepszy i bardziej atrakcyjny). Pamiętam, że jako dziecko miałam swój własny światek, gdzie poczesne miejsce zajmowały nie lalki i klocki, lecz fragmenty potłuczonych talerzy z pięknymi ornamentami, jakieś porcelanowe i szklane pojemniczki, buteleczki po perfumach czy rzeźbione korki od karafek. Najczęściej znajdowałam te cuda w pobliskich ogrodach po wiosennym lub jesiennym kopaniu. Ta moja mała archeologia budziła powszechne zdziwienie i zażenowanie mojej mamy, którą sąsiadki pytały, dlaczego szwendam się po świeżo skopanych ogrodach, zamiast bawić się z innymi dziećmi, jak Bóg przykazał. Natomiast dla mnie były to rzeczy niebanalne, okruchy czegoś, co już nie istnieje, ale jednocześnie jest świadectwem jakiegoś bytu okrytego zasłoną tajemnicy, i dzięki temu nabierały one jeszcze większej wartości. Cała ta kolekcja towarzyszyła mi bardzo długo, choć zajmowałam się nią w coraz mniejszym stopniu. Kiedy miałam czternaście lat i wyjechałam na wakacje do babci, moje skarby za sprawą mamy, wylądowały w śmietniku. Było mi nieco przykro, nawet trochę protestowałam, ale w duchu wiedziałam, że ten etap życia mam za sobą i jest to naturalna kolej rzeczy. Innym "psychicznym garbem" jest moje zmiłowanie do chodzenia na skróty. Jeśli mam do wyboru normalną drogę czy chodnik dla pieszych i jakąś błotnistą ścieżkę, która za to sprawia wrażenie nieco krótszej, z pewnością wybiorę ścieżkę. Na nic się nie zdaje to, że sobie sama tłumaczę iż takie zachowanie nie licuje z rozsądkiem jaki przystoi pewnemu wiekowi, albo że ubrudzę buty i będę wyglądała nieświeżo. Już, już, w głowie mam słuszne, twarde postanowienie, lecz moje nogi żyją własnym życiem i kierują się w stronę błotnistego skrótu. Nie policzę ileż to razy w związku z tym  beształam sama siebie za moją głupotę, gdyż te pomysły naraziły mnie na przykre konsekwencje!

Kiedy mieszkałam we Włoszech odnalMonte Bisbino azłam znowu tę część mojej osobowości i miejsce, gdzie mogła  ponownie dojść do głosu. Początkowo szukałam towarzystwa innych osób do wspólnych wyjść w plener, ale tak się złożyło, że ci, których polubiłam albo nie podzielali mojego zamiłowania do włóczęgi, albo nie mogli mi towarzyszyć z powodu innych godzin pracy. Trochę nad tym bolałam, gdyż początkowo nieco się obawiałam  samotnych wędrówek, lecz ludzie z którymi rozmawiałam na ten temat, w dużej mierze rozwiali moje obawy. Stopniowo zaczęłam się zapuszczać w coraz dalsze rejony i na trudniejsze wyprawy. Nie mam skłonności samobójczych, więc zawsze starałam się wszystko przemyśleć, aby nie napytać sobie biedy i nie przysporzyć innym ludziom  problemów z ratowaniem mnie z opresji.

Czasem jednak natura Strzelca brała we mnie górę nad rozsądkiem, jak to  było w wypadku wyprawy na Monte Bisbino. Jest to spora (1325 m) góra, pomiędzy jeziorem Como i Lugano, przez którą przebiega granica ze Szwajcarią. Swego czasu, wielka ilość drobnych przemytników zwanych  "spalloni" wędrowała tu górskimi ścieżkami z  przemycanymi papierosami w plecakach. Przemytniczy proceder skończył się w latach sześćdziesiątych, a dziś te ścieżki okupują turyści. Biorąc pod uwagę, że miałam zamiar wyruszyć z Cernobbio, które tak jak jezioro Como leży na wysokości 210 m , pozostawało mi do przejścia nieco ponad 1100 m różnicy poziomów i około dwunastu kilometrów po zboczu tej rozległej góry. Wiedziałam, że to będzie niełatwa i czasochłonna wyprawa, więc wyruszyłam z domu wcześnie rano. Jednak jak się okazało (zresztą nie po raz pierwszy) Bella Italia zawsze ma w zanadrzu parę niespodzianek. Pociąg do Lentate (gdzie miałam się przesiąść na następny jadący do Como) przyjechał spóźniony i musiałam przez godzinę czekać na następny. Po przyjeździe do Como spotkała mnie  następna niemiła niespodzianka -  z powodu wakacji znacznie okrojono rozkład jazdy autobusów. Zaznaczam, że Como to miejscowość gdzie w okresie letnim turystów jest jak przysłowiowych mrówek i korzystają oni przede wszystkim z publicznej komunikacji. W związku z tym, miałam następny poślizg czasowy i w Cernobbio znalazłam się z ponad dwugodzinnym opóźnienieMonte Bisbino m. Zaczęłam się poważnie zastanawiać nad zmianą planu, lecz jakiś wewnętrzny głos mówił mi, że jednak powinnam spróbować. Pomyślałam, że będę kontrolować czas aż dojdę  do punktu, z którego będę musiała zawrócić aby mieć możliwość powrotu do domu. Jak wspominałam, na Monte Bisbino prowadzi wiele ścieżek. Najbardziej popularna jest droga południowa, lecz ja  wybrałam drogę nieco krótszą i  bardziej stromą gdyż  czytając opis tego szlaku, dowiedziałam się, że  jest tam  niewielka kapliczka pod wezwaniem San Carlo i  chciałam ją zobaczyć. W sąsiedztwie tego szlaku znajduje się też droga jezdna, gdyż na zboczach góry jest kilka gospodarsw agroturystycznych a na jej szczycie znajduje się  Sanktuarium Matki Boskiej, restauracja i  stacja meteo. Mimo tych znamion cywilizacji, dla pieszego turysty dotarcie na szczyt to coś więcej niż miły spacer. Zbocza góry przecinają liczne jary, które sprawiają,  że trasa znacznie się wydłuża. Na początku drogi, w wiosce Rovenna,  wdałam się w rozmowę z sympatycznym właścicielem sklepu. Kiedy powiedziałam mu gdzie idę, zobaczyłam na jego twarzy zdziwienie pomieszane z powątpiewaniem, którego  nie omieszkał wyrazić głośno. Jego zdaniem było po prostu zbyt późno ( z czego zdawałam sobie sprawę, bo dochodziło południe) a jak mi powiedział, to wyprawa na cały dzień. Mimo iż nie krył swojej dezaprobaty, udzielił mi użytecznych wskazówek na dalszą drogę.

 Początkowo ścieżka wznosiła się łagodnymi zakosami, lecz kiedy "zaliczyłam"  mniej więcej 1/3 zbocza, zaczęło się robić bardziej stromo i mniej wesoło. Przeszłam jeszcze spory kawałek drogi i doszłam do kapliczki San Carlo. Zobaczyłam wtedy to, co mnie jeszcze czekało, jeśli chciałam dotrzeć na szczyt. Okazało się, że jestem w najwyższym punkcie nieco mniejszego wzniesienia a przede mną była przełęcz, dalej znów zbocze góry i częściowo widoczny szczyt Monte Bisbino. Usiadłam żeby przez chwilę odpocząć i zaczęłam się bić z myślami. Rozsądek nakazywał powrót, bo minęła już godzina czternasta, a był to czas, jaki sobie wyznaczyłam. Z drugiej strony, miałam jakiś wewnętrzny opór aby zrezygnować z dotarcia do celu. Mimo że  pozornie jeszcze się wahałam, jednak w głębi duszy wiedziałam,Monte Bisbino  że nie zrezygnuję, że muszę iść dalej. Było to bardzo ryzykowne, gdyż do szczytu miałam jeszcze około godzinę drogi, na zejście do Cernobbio musiałam przewidzieć około trzech godzin, a później czekała mnie jazda autobusem do Como i powrót pociągiem do domu. Gdybym znowu natrafiła na jakieś przeszkody i uciekł by mi ostatni pociąg, była bym w prawdziwym kłopocie. Zaczęłam rozważać "plany spadochronowe". Skoro w okolicy była restauracja i droga jezdna, to zapewne ktoś od czasu do czasu jeździł w dół, więc można poprosić o podwózkę. Można też przenocować w niedalekim schronisku, ewentualnie spróbować zejść w dół drogą jezdną do gospodarstwa agroturystycznego i tam prosić o nocleg. Mając tak wiele możliwości, postanowiłam bez zwłoki wyruszyć w dalszą drogę. Szczerze mówiąc, była ona pełna trudu i fatygi. Byłam chyba na wysokości 900 metrów kiedy zaczęła mi się dawać we znaki różnica wysokości  oraz zmęczenie. Byłam na nogach od wczesnego ranka i szłam niemal bez przerwy od prawie trzech godzin. Po wyprawie z Carlem na Monte Jafferau nabrałam zaufania do moich sił i wiedziałam, że sobie poradzę. Jednak w porównaniu z lekkim powietrzem w wysokich górach, tu było ono ciężkie i bardzo wilgotne, co  sprawia że człowiek poci się i męczy o wiele szybciej. Wydawało mi się, że to już ostatni odcinek drogi, więc "zebrałam się" wewnętrznie i zaczęłam pokonywać liczne zakosy ścieżki na coraz bardziej stromym zboczu. Sądziłam, że po ich przejściu znajdę się u celu. Niestety! Doszłam do małego płaskowyżu, z którego wyrastało następne, strome zbocze. Wiedziałam jednak, że jestem blisko celu, bo z polanki widziałam panoramę gór z leżącym już w Szwajcarii Monte Generoso. Ten ostatni fragment drogi był jednym z tych, gdzie prosiłam Boga aby mi dodał sił. Serce waliło mi jak szalone, ale nie chciałam się zatrzymywać, bo wiedziałam, że jeśli  mi opadnie poziom adrenaliny bMonte Bisbino ędzie jeszcze gorzej... Starałam się zapanować nad oddechem i z trudem pokonałam ostatnie kilkadziesiąt metrów w górę. Kiedy doszłam do następnej polanki, okazało się, że jest tam niewielki parking będący jednocześnie tarasem widokowym u podnóża właściwego szczytu, gdzie wznosiło się Sanktuarium i przytulona do niego restauracja. Prowadziły do nich kamienne  schody i biegnąca obok ścieżka. Poczłapałam ścieżką, gdyż po wąskich schodach schodziła właśnie para ludzi w średnim wieku. Mijając mnie, uśmiechnęli się sympatycznie, więc ich pozdrowiłam, jak nakazuje dobry obyczaj. Co do tego zwyczaju witania, to szczerze powiem, iż na niektórych zatłoczonych szlakach gdzie kręcą się tłumy ludzi, wydaje mi się to sztuczne i wymuszone, jednak jeśli spotykam kogoś oko w oko, na odludziu, na wąskiej ścieżce, to sądzę że uśmiech i pozdrowienie są jak najbardziej na miejscu, więc praktykuję to z przyjemnością. Zdarza się, że przy okazji można zamienić parę słów na temat szlaku, lub okolicznych ciekawostek i zawiązuje się wtedy  niteczka sympatycznego porozumienia. Kiedy pokonałam ścieżkę iMonte Bisbino  stanęłam u podnóża następnych schodów, prowadzących do kościoła, okazało się, że  Sanktuarium jest zamknięte. Co prawda mogłam zajrzeć do wnętrza bo drzwi były otwarte, jednak dostępu broniła solidna krata zamykająca krużganek. Zmówiłam więc modlitwę i  pokręciłam się przez chwilę wokół kościoła. Okazało się, że na górze było kilka osób, które prawdopodobnie przyjechały stojącymi na parkingu samochodami. Rozejrzałam się po okolicy, jednak nie był to dzień sprzyjający  podziwianiu pejzażu, ani  fotografowaniu. Góry aż po horyzont spowijał opar wilgoci zwany tu "foschia", którego broń Boże, nie należy  nazwać "nebbia" (mgła). Bardzo mnie to rozczarowało, gdyż wiele sobie obiecywałam w tym względzie. Swego czasu byłam na sąsiedniej Monte Generoso, podczas pięknej pogody z dobrą widocznością, więc wiem, że tym razem dużo straciłam. Ponieważ jednak osiągnęłam mój zasadniczy cel, miałam z tego naprawdę ogromną satysfakcję, przede wszystkim ze względu na to, że się nie poddałam i nie zawróciłam. Należało jednak jak najszybciej pomyśleć o powrocie do Cernobbio. Postanowiłam, że będę schodzić asfaltową drogą i próbować zatrzymać  jakiś przejeżdżający samochód. W najgorszym razie, czekały mnie jeszcze jakieś dobre dwie, do trzech godzin marszu. Kiedy znalazłam się na parkingu, zauważyłam, że sympatyczni państwo których mijałam na schodach, rozmawiają z parą młodych ludzi jacy właśnie przyjechali na motocyklu. StanęMonte Bisbinołam nieco z boku i kiedy skończyli rozmowę,  zapytałam, czy jadą na dół i czy mogę liczyć na podwiezienie. Zgodzili się  chętnie i bez chwili wahania. Podczas jazdy z góry prowadziliśmy bardzo miłą i ożywioną rozmowę,  przy okazji  dowiedziałam się wielu ciekawostek o okolicznych szlakach, które obydwoje przemierzyli. Po mniej więcej półgodzinnej jeździe pożegnaliśmy się serdecznie i zostawili mnie na przystanku autobusowym w CernobbioPomyślałam wtedy, że moja wiara w dobrą energię krążącą po świecie jeszcze raz znalazła swoje potwierdzenie... Tak bardzo pragnęłam znaleźć się na szczycie tej góry, tyle mnie kosztowała wysiłku i poświęcenia! Myślę, że spotkanie tych miłych ludzi było swego rodzaju nagrodą od losu, który oszczędził mi w ten sposób mało satysfakcjonującego marszu w dół po asfalcie, i bardzo późnego powrotu do Limbiate. Słońce już zachodziło kiedy wyjechałam z Cernobbio, a do domu dotarłam w zupełnych ciemnościach. Był to dla mnie bardzo pouczający i owocny dzień, który zaczął się nieco kulawo, lecz pięknie zakończył. 

 

Monte Bisbino to góra, na której do dziś znajdują się umocnienia wojskowe należące do Linii Cadorna (obecnie są one w remoncie). Na ścianie kościoła  umieszczono tablicę poświęconą poległym  partyzantom z działającej w  rejonie Como Brygady "Garibaldina" (to ta sama, która ujęła Mussoliniego w niedalekim Dongo). Sanktuarium pochodzi z XVII wieku i należy do parafii Rovenna. Dwa razy do roku odbywają się tu pielgrzymki, w których licznie uczestniczą mieszkańcy okolicy. Z tego co słyszałam, grupy wybierają różne ścieżki, w zależności od formy fizycznej uczestników, a ci, którzy nie są w stanie pokonać tej  trasy pieszo, przyjeżdżają na górę samochodami lub specjalnym autokarem.

niedziela, 20 lutego 2011


Mam nadzieję, że ci, z moich czytelników, którzy z zainteresowaniem przeczytali poprzedni wpis o Sanktuarium Cyklistów, nie wezmą mi za złe tej dygresji, będącej jednocześnie bardzo osobistą refleksją. Madonna di Ghisallo
Tak jak już pisałam wcześniej, Włosi to naród bardzo uczuciowy, który lubi (również publicznie) wyrażać swoje emocje. Kiedy tu przyjechałam, byłam tym nieco zdziwiona, jednak po pewnym czasie zrozumiałam, że to swego rodzaju wentyl bezpieczeństwa niezbędny tym ludziom o tak żywym temperamencie. My, Polacy, jesteśmy odmienni w tym względzie, bardziej powściagliwi i oszczędni w słowach. Po latach spędzonych we Włoszech, przywykłam do tego rodzaju ekspresji i do egzaltowanych napisów, a rower w kościele nie budzi już mojego zdziwienia. Nie czuję się też nieswojo, gdy pod wpływem wzruszenia łza zakręci mi się w oku. Oczywiście, emocje które budzą się w takiej chwili mogą być przemijające i ulotne, lecz mogą też zostawić trwały ślad, który odmieni nas i nasze życie. Kiedy to zrozumiałam i doceniłam, wszystko nabrało dla mnie innego wymiaru. Było to, niczym swego rodzaju rozdwojenie jaźni, jakby żyły we mnie dwie osoby które uzupełniają i wspierają się nawzajem. A wsparcie było mi bardzo potrzebne! Niejednokrotnie przychodził taki czas, iż wydawało mi się, że tego wszystkiego nie zniosę, że nie wytrzymam tu ani jednego dnia dłużej. Korzystałam więc z każdej nadarzającej się okazji, aby wyrwać się z codzienności i wyruszyć przed siebie "gdzie nogi poniosą". Czasem było to miejsce o którym marzyłam od dawna, innym razem, wracałam do tych które dobrze znałam, niczym  starych znajomych do których się wpada na chwilkę rozmowy. Przestałam sobie robić wyrzuty za mój nadmiar entuzjazmu, za to, że niczym małe dziecko zagapiłam się w zachwycie. Znów byłam małą dziewczynką w sukience w kropki, tą, o której myślałam że już dawno we mnie umarła. Widocznie tak musiało być, żeby ten cały ból którego tu zaznałam, pozwolił mi odrodzić się na nowo. Nauczyłam się  cieszyć  nawet najmniejszym okruszkiem radości który podrzucało mi życie, walczyć ze sobą i nie obwiniać, jeśli mi się nie udało. Niejednokrotnie, kiedy chodziłam w góry, brakowało mi sił żeby pokonać jakiś szczególnie trudny fragment drogi. Czasem, w jakimś bardzo stromym miejscu, byłam zmuszona iść nieomal jak mówią Włosi "a quattro zampe" czyli po naszemu, po prostu na czworakach.  Mówiłam wtedy głośno sama do siebie: "O Boże, dopomóż mi, bo nie dam rady!" Jednak dawałam, a kiedy znalazłam się u celu, jedyne, co przychodziło mi do głowy to:" Dzięki Ci, Boże, jednak mi  się udało!" Choć częściej były to słowa: "Dzięki Ci, za ten świat, tak piękny i za to, że mogę go oglądać!" Mój kijek do wspinaczki stał się dla mnie tym, czym rower dla kolarza, czymś więcej niż posłusznym narzędziem. Jest wiernym przyjacielem, niemym świadkiem moich małych zwycięstw, dla mnie tak cennym jak berło dla króla. Mój wysiłek i  zachwyt, były najbardziej serdeczną i osobistą modlitwą. Chcę to zapamiętać, bo te chwile dały mi siłę, aby iść dalej. Sądzę, że niezależnie od tego czy jesteśmy ludźmi głęboko wierzącymi, czy laikami, mamy potrzebę idei, która by nas prowadziła i nadawała znaczenie naszym poczynaniom. Prawda jest w nas i jest jedna, choć ma wiele imion. Czasem ta lepsza, idealna część naszej istoty usypia przysypana codziennością, lecz budzi się pod wpływem emocji. Pamięć tych chwil niech będzie tym, co nam pomaga iść do przodu i patrzeć z nadzieją w przyszłość.

 
Będąc w Sanktuarium znalazłam tekst modlitwy, którą przetłumaczyłam dla Was i dla mnie samej. Myślę, że każdy z nas, którzy codziennie toczymy nasze małe walki, znajdzie w niej coś, co mówi właśnie o nim:Madonna di Ghisallo

 

O Matko Pana Naszego Jezusa, otocz swą łaskawą opieką nas i nasze działania.

 Dopomóż zachować w zdrowiu nasze ciała, a nasze  dusze niech pozostaną czyste i żarliwe.

 Strzeż nas od niebezpieczeństw, tak w czasie treningów jak i podczas zawodów.


Niech  rowery będą dla nas narzędziami przyjaźni i braterstwa, abyśmy wciąż bardziej zbliżali się  do Boga.

 Modlimy się do Ciebie, aby  Przyjaciele,  których śmierć wyrwała z naszego grona, odnaleźli się w Królestwie Niebieskim, gdzie zaznają radości i wiecznego spokoju.  Prosimy Cię też, daj ich Rodzinom pocieszenie w cierpieniu i siłę wiary, aby mogli sprostać tej ciężkiej próbie.

 

 

 

 Chciałabym jeszcze przytoczyć napis który umieszczono na pomniku cyklisty:Madonna di Ghisallo


...I Bóg stworzył rower, aby był dla człowieka instrumentem wysiłku i uniesienia, na stromej ścieżce życia.

 Ta góra niech będzie pomnikiem sportowej epopei naszego ludu, który zawsze był surowy i cierpki w  cnotach, a słodki i łagodny, w swoim poświęceniu.


Być może, sam pomnik  wyda się komuś zbyt dosłowny i nie zostawiający wiele pola dla imaginacji. Mimo to, dla mnie jest w pewnym sensie metaforą i apoteozą życia. Chyba każdy z nas, również ja sama, był zwycięzcą i pokonanym, zaznał radości i uniesienia, lecz także goryczy upadku po którym trzeba było się podnieść, aby iść dalej. A zwycięstwo? Zwycięstwo, to tylko moment, to jedynie swego rodzaju dodatek do walki. Bo tak naprawdę ważne jest tylko to, żeby próbować.

środa, 16 lutego 2011

Ten wpis dedykuję tym wszystkim, dla których rower jest sposobem na życie, a przede wszystkim mojej córce Marcie, oraz Simiemu z Łodzi.

 

Tak jak już kilkakrotnie pisałam we wcześniejszych postach, pomiędzy dwoma ramionami Jeziora Como leży trójkątny, górzysty i zalesiony obszar, zwany Triangolo Lariano. Są tu piękne drogi, na których często można spotkać cyklistów -  zarówno amatorów, jak i zawodowców. Właściwie trudno ich odróżnić, ponieważ obydwie grupy z reguły są bardzo dobrze przygotowane do uprawiania kolarstwa. Jeżdżą w stosownych, markowych strojach  z najlepszych materiałów, i na świetnych, wysokiej klasy, rowerach. Często są to ludzie w dojrzałym, a niekiedy wręcz podeszłym wieku, lecz we wspaniałej formie fizycznej. Sport rowerowy jest tu bardzo popularny, choć prym wiedzie oczywiście piłka nożna. Ta jednak ma więcej kibiców niż osób które oddają się temu aktywnie. Natomiast jeśli chodzi o jazdę na rowerze, to w prawie każdej  miejscowości (przynajmniej w Lombardii) jest  stowarzyszenie, którego członkowie uprawiają wspólne, wielogodzinne  treningi. Niektóre grupy mieszkające nieco dalej wsiadają do lokalnego pociągu i jadą w stronę gór (weekendowe pociągi są przystosowane do przewożenia większej ilości rowerów). Mogą w ten sosób uniknąć niebezpiecznie jeżdżących automobilistów, no i unknąć wdychania wszechobecnego na równinie smogu. Ze względu na  czyste powietrze i odpowiednie drogi, Triangolo Lariano, a przede wszystkim jego część zwana Valassina, jest jednym z preferowanych miejsc do uprawiania spoMadonna di Ghisallortu rowerowego. Należy też wspomnieć, że to tu odbywają się etapy wyścigu "Wokół Lombardii", między innymi "Superghisallo" i "Muro di Sormano" (> patrz starszy wpis na ten temat) . Nic więc dziwnego, że tutaj właśnie, w miejscowości Magreglio, przy drodze która prowadzi z Asso do Bellagio, znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Cyklistów, czyli Madonna di Ghisallo. Jest to niewielka świątynia, gdzie zamiast srebrnych i złotych wotów wiszą koszulki kolarzy i klubowe proporczyki. Pod sufitem umieszczono rowery, na których jeździli mistrzowie tego sportu. Są też pamiątkowe tablice ze zdjęciami tych, którzy odeszli ze świata żywych. Niektórzy stracili życie na wojnie, część umarła śmiercią naturalną, lecz są też wśród nich ci, którzy zginęli w wypadkach podczas zawodów lub treningów, jak znany kolarz pochodzący z tych stron, Fabio Casartelli. Wśród nazwisk i fotografii zawodników, jest również miejsce dla orgaMadonna di Ghisallonizatorów i zasłużonych sponsorów. Centralne miejsce niewielkiego kościółka zajmuje płyta pamiątkowa poświęcona pamięci księdza, Don Ermelindo Vigano'. Tuż przy niej, stoi duża, wieczna lampa z brązu, w kształcie pochodni. Sanktuarium jest położone w niezwykle pięknym miejscu. Z  lewej strony asfaltowej drogi znajdują się zielone wzniesienia sąsiadujące z masywem San Primo. Po prawej, w dole, widać część jeziora Lario zwaną Lago di Lecco, jego przeciwległy brzeg, i górskie pasmo Valsassina. Miejsce gdzie zbudowano kościół to swego rodzaju naturalny taras na zboczu góry, na wysokośći 745 m npm. W pogodny dzień można  stąd ogarnąć wzrokiem ogromną przestrzeń z łańcuchami Alp na horyzoncie. Oprócz walorów krajobrazowych, to miejsce ma również wielowiekową, ciekawą historię i swoją legendę. Mówi ona o hrabim Ghisallo, który polował w okolicznych lasach i został zauważony przez grasujących w okolicy rozbójników. Złoczyńcy zaczęli go ścigać w niedwuznacznym zamiarze pozbawienia życia. Hrabia w opresji schronił się w małej kapliczce i nie widząc szans na ucieczkę, prosił Madonnę o opiekę. Modlitwa została wysłuchana. Aby upamiętnić swoje cudowne ocalenie zbudował w tym miejscu niewielki kościół, nazwany póżniej od jego imienia Madonna di Ghisallo. Znajdujący się tu obraz Matki Boskiej uznano za cudowny, a Madonna di Ghisallo została opiekunką podróżnych. Pierwszy koścół padł pastwą pożaru, a na jego miejscu powstał w XVII wMadonna di Ghisalloieku ten, który dziś oglądamy. Zniszczeniu uległ również  pierwotny wizerunek Madonny, a  obecny jest jedynie jego kopią. Jest to bardzo powszechne we Włoszech wyobrażenie Marii jako Matki Boskiej karmiącej Dzieciątko, zwane tutaj "Madonna del latte".  Kiedy byłam w Ghisallo  po raz pierwszy, sporo lat temu, świątynia prezentowała się o wiele skromniej, a obok niej był tajemniczo wyglądający plac budowy. Niedawno dowiedziałam się od znajomych, że zaszły tam wielkie zmiany. W związku z tym, dwa tygodnie temu, korzystając z dnia wolnego i pięknej pogody wybrałam się aby "skontrolować sytuację". Oczywiście, ciągnął mnie w te strony również widok gór, w których nie byłam od kilku miesięcy i chęć odetchnięcia świeżym powietrzem. (Powietrze w Lombardii od ponad dwóch miesięcy wielokrotnie przekroczyło wszelkie  limity pyłów i substancji szkodliwych dla zdrowia). Kiedy dojechałam do Magreglio i wysiadłam z autobusu, pierwsza rzecz, która wprawiła mnie w euforię to wspaniałe, właściwie wiosenne słońce, zielone stoki gór i cudowny zapach świerkowych igieł, jaki pamiętam ze Świeradowa czy Karpacza. Celowo wysiadłam nieco wcześniej, aby zrobić mały spacer. Kiedy dotarłam do Sanktuarium, okazało się, że zmiany które się dokonały przeszły moje wyobrażenie. Nie tylko odnowiono kościół, ozdabiając jego fronton mozaiką. Obecnie pojawiło się przed nim  kilka pamiątkowych monumentów ( z tego co wiem, planuje się postawienie następnych). Tajemniczy plac budowy zamienił się w budynek gdzie mieści się Muzeum Cyklizmu, a w centralnym miejscu pustego niegdyś placu,  stoi obecnie pomnik poświęcony rowerzystom. Ponieważ jestem z natury istotą raczej sentymentalną, patrząc na niego bardzo się wzruszyłam, i szczerze mówiąc, łza mi się zakręciła w oku. Pomnik przedstawia dwóch zawodników -  zwycięzcę, z wysoko uniesioną w triumfalnym geście, ręką, i przegMadonna di Ghisalloranego, który upadł, i ze zbolałą twarzą patrzy na swój połamany rower. Napis na cokole odaje hołd wszystkim, którzy pokonując własną słabość  zmierzają do mety. Obok jest tablica pamiątkowa ku pamięci Vincenzo Torriani (>Muro di Sormano). Przed kościołem, po lewej stronie, ustawiono popiersia dwóch sławnych, włoskich cyklistów, Gino Bartali i Fausto Coppi. Mimo iż stoją razem, ich podejście do życia i sportu było zupełnie odmienne (znaczące jest to, że o ile pierwszy był bardzo wierzącym, praktykującym katolikiem i swoje zwycięstwa przypisywał boskiej interwencji, drugi uchodził za wielkiego racjonalistę ). Po przeciwnej stronie wejścia umieszczono nieco mniejsze popiersie Don Ermelinda Vigano'. To właśnie Don Ermelindo, proboszcz Magreglio i zapalony kibic wyścigów kolarskich, był autorem pomysłu aby ten niewielki kościółek gdzie modlili się zawodnicy startujacy w "Giro di Lombardia", stał się ich Sanktuarium. W 1948 do Watykanu udała się sztafeta rowerowa z Gino Bartali i Fausto Coppi na czele, z odpowiednią prośbą. W 1949 papież Pius XII oficjalnie ogłosił Madonnę di Ghisallo Patronką Cyklistów,  a także podarował Sanktuarium pobłogosławioną przez siebie wieczną lampę, tę w kształcie pochodni, którą  również dziś możemy tam oglądać. Ma ona symbolizować nie tylko światło wiary i nadzieję na wieczne zbawienie, lecz również zapał zawodników i siłę  ich ducha. Od tamtej pory wielokrotnie organizowano sztafety z Ghisallo do Watykanu, gdzie kolejni papieże błogosławili i dokonywali symbolicznego zapalenia lampy -  pochodni. Z biegiem lat, maleńki kościółek zmienił się w prawdziwe muzeum. Kolejni zwycięzcy zostawiali tam swoje koszulki i rowery, Gino Bartali, Fausto Coppi, Eddy Merckx i wielu innych. Jest tam specjalny  kącik, gdzie umieszczono koszulki kobiet uprawiających ten sport. Koszulki leżą również na ołtarzu pod wizerunkiem Błogosławionej Dziewicy. Obok niego, na ścianie, zauważyłam ikonę Matki Boskiej Częstochowskiej, niestety, nie wiem czy to dar Jana Pawła II, czy też polskich zawodników biorących udział w "Giro d'Italia". Pomiędzy nawą świątyńki i ołtarzem, umieszczono kratę na której również umocowano zdjęcia i pamiątki. Jest tam jedno zdjęcie, które budzi smutne, wręcz tragiczne wspomnienie - zrujnowanej kariery i zmarnowanego życia człowieka, który wielokrotnie stał na najwyższyMadonna di Ghisallom podium. To zdjęcie przedstawia Marco Pantani, zwanego Piratem, ze względu na niebezpieczny sposób jazdy oraz stylową bandankę którą zawiązywał na głowie i kolczyk w uchu. Po latach triumfu i zwycięstw, został zdyskwalifikowany za doping. To na zawsze zniszczyło jego życie i karierę. Uzależniony od kokainy i leków psychotropowych, zakończył życie w hotelu w Rimini, w podejrzanych okolicznościach. Mimo to, jego ogromny  talent i niepokorna osobowość zjednały mu ogromną rzeszę wielbicieli, którzy w liczbie 20 000 wzięli udział w jego ostatniej drodze. Dobrze pamiętam tę sprawę, więc jego zdjęcie zrobione na mecie, w różowej koszulce lidera, sprawiło że poczułam skurcz w gardle. 

Na przestrzeni kilkudziesięciu lat zgromadziło się tak wiele eksponatów, że powzięto ideę aby utworzyć obok kościoła muzeum, które pomieściłoby wciąż rosnące zbiory. Zostało ono otwarte w 2006 r a ostatni symboliczny kamień - marMadonna di Ghisallomurową płytę z napisem "Omnia vincit Amor", "Miłość zwycięża wszystko" ofiarował i pobłogosławił papież Benedykt XVI.

Zarówno muzeum jak i Sanktuarium są poświęcone nie tylko zawodnikom, lecz również tym wszystkim, mężczyznom i kobietom, dla których rower był i jest nadal, zarówno środkiem lokomocji jak i sposobem na utrzymanie sprawności fizycznej. Niestety, nie udało mi się odwiedzić muzeum, ponieważ w miesiacach zimowych jest zamknięte. Myślę jednak, że pofatyguję się tam w niedalekiej przyszłości. Tak jak pisałam na wstępie, Sanktuarium bardzo się zmieniło od czasu gdy widziałam je po raz pierwszy. Powiem, że trochę mi żal  dawnego, tak skromnego, w porównaniu z jego obecnym wyglądem. No, ale cóż, to w końcu Sanktuarium Cyklistów i i poświęcone ich pamięci. A ja, niestety, nawet nie jeżdżę na rowerze.

 Więcej zdjęć > https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/MadonnaDiGhisallo#

piątek, 04 lutego 2011

 

 

 

 

Dach Katedry okazał się jedną z najmilszychdach Duomo niespodzianek, które ma w zanadrzu Mediolan. Kiedy zaczęłam poznawać miasto, nie miałam pojęcia o tej atrakcji i oglądając kościół z zewnątrz, skupiałam się raczej na jego licznych detalach archtektonicznych.  Nie zastanawiałam się nad obecnością niewielkiej budki, przyklejonej do bocznej ściany, z napisem „salita” czyli „wejście na górę”. Aż któregoś razu, zupełnie przypadkowo, spojrzałam w górę i pomiędzy pinaklami zobaczyłam ludzkie sylwetki. Zapytałam jakiegoś przechodnia co robią te osoby na dachu? Otrzymałam bardzo wyczerpującą odpowiedź, że dach jest dostępny dla zwiedzających, że można się tam dostać windą lub po schodach, (wejście to była właśnie ta tajemnicza budka) i Dach Duomoże warto się pofatygować.Oczywiście, nie trzeba mi było tego powtarzać  dwa razy. Istotnie, warto było pokonać strome, wąskie i pełne zakrętów schody (201 stopni) aby znaleźć się na dachu. Jest on zupełnie inny niż można by oczekiwać - pokryty nie dachówką lub miedzianą blachą, lecz płytami z marmuru, tego samego z ktrórego zbudowano całą Katedrę. Dla przeciętnie sprawnej osoby wejscie na dach nie jest szczególnym wyczynem.  Jedynym utrudnieniem jest mijanie się z innymi osobami na schodach gdzie chwilami robi sę naprawdę tłoczno. Natomiast dotarcie do celu otwiera przed zwiedzającym zaskakujace perspektywy. Jest to naprawdę niesamowite, kiedy można zobaczyć z bliska te wszystkie detale subtelne niczym koronka, posągi świętych, męczenników i fantastyczne w formie rzygacze. Dach składa się z piętrowych tarasów po których krążą tłumy zachwyconych turystów. Nad prezbiterium znajduje się Dach Duomokonstrukcja w kształcie misternej wieży, zwieńczona pozłacaną figurą Madonny, którą mieszkańcy Mediolanu nazywają  pieszczotliwie „Madonnina”. Z góry rozciąga się przepiękny widok na dachy miasta, Plac Duomo i pobliską Galerię Wiktora Emanuela. Miałam też to szczęście, że dzień był pogodny i mogłam podziwiać łańcuch Alp na horyzoncie. Jednak największe wrażenie zrobiły na mnie ażurowe przypory. Tworzą one coś na kształt tuneli, ciągnących się wzdłuż całej budowli. Patrząc na to wszystko, nabrałam szacunku dla mieszkańców Mediolanu za ten ich pęd do uczynienia ze swojej Katedry czegoś niepowtarzalnego. Mimo mojej admiracji dla budowli w skromniejszym stylu, ten aspekt Duomo wzbudził mój szczery podziw. Po tej pierwszej przechadzce, na dachu byłam jeszcze kilkakrotnie. Najbardziej mnie fascynowało poczucie że całość - architektura i zwiedzający, stanowią jakby odrębny świat, próbkę społeczności zawieszoną w przestworzach.  Podobnie jak na placu u stóp Katedry, również na dachu można zobaczyć zarówno karne wycieczki z przewodnikiem, flirtujące pary i wygłupiające się dzieciaki. Ludzie jedzą, opalają się, robią zdjęcia, a wszystko to w milczącej asyście niezliczonych posągów, wśród wszędobylskich gołębi.

 Więcej zdjęć -> http://fotoforum.gazeta.pl/a/46371.html

 

 

 

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Santa Caterina del Sasso  

Zespół klasztorny Santa Caterina del Sasso leży na lombardzkim brzegu Lago Maggiore, w miejscowości Leggiuno.  Jednak ze względu na specyficzne położenie, większość osób które go odwiedzają  przybywa statkiem ze Stresy, miasta leżacego na przeciwległym, piemonckim brzegu jeziora. Klasztor zbudowano na wąskiej półce skalnej, mniej więcej w połowie kilkudziesięciometrowego  urwiska (piętnaście metrów do lustra wody, siedemdziesiąt do szczytu wzniesienia). Miejsce jest bardzo malownicze, wzniesienie od strony lądu ma kształt łagodnegSanta Caterina del Sassoo, zielonego pagórka, wyglądającego niczym przecięty bochenek chleba.  Natomiast od strony wody to pionowa, skalna ściana schodząca wprost do jeziora, które w tym miejscu osiąga głębokość niemal dwustu metrów. W zasadzie można tu dotrzeć  pieszo ponieważ z Leggiuno a właściwie jednej z jego frakcji, Reno, prowadzi  ścieżka wprost do klasztoru, jednak dość długo była ona niedostępna z powodu prowadzonych  prac remontowych. Klasztor jest własnością Prowincji Varese, która powierzyła ten obiekt zakonowi dominikanów z zastrzeżeniem utrzymania jego podwójnej funkcji - religijnej i muzealnej. Zarząd Prowincji postanowił też przeprowadzić w obiekcie inwestycję, mającą udostępnić go szerszej grupie osób. Dotychczas, zarówno  z niewielkiej przystani jak i od strony lądu, prowadziły do niego malownicze ścieżki z licznymi stopniami, wykutymi wprost w tej prawie pionowej, skale. Z tego powodu miejsce to było niedostępne dla osób niepełnosprawnych, oraz tych o słabszej kondycji fizycznej. Po kilkuletnim okresie utrudnień, w ubiegłym roku oddano  do użytku turystów wygodną windę . Budowa szybu i instalacja urządzenia trwały dość długo ponieważ w trakcie napotkano liczne pęknięcia zarówno w skale, jak i w stojących na niej budynkach. Z konieczności pociągnęło to za sobą następne prace. Jednak wszystko  znalazło swój pozytywny  finał i w czerwcu 2010 roku,  dokonano uroczystego otwarcia. Z tego co czytałam w prasie, ofertę dla turystów wzbogacono o rejsy statków z niedalekiego, leżącego na tym samym brzegu Laveno (dotychczas do klasztoru można było dotrzeć jedynie ze Stresy, co pomimo niewątpliwej atrakcyjności rejsu, było również znacznym utrudnieniem).

Santa Caterina del SassoZ powstaniem   eremu pod wezwaniem Świętej Katarzyny wiąże się bardzo interesująca historia. Mówi ona iż  w XII wieku żył w okolicy bogaty kupiec, Alberto Besozzi, który podobno nie stronił od uprawiania lichwy. Pewnego razu płynąc łodzią po jeziorze został zaskoczony przez burzę. Kiedy łódź się wywróciła, cudem udało mu się schronić  na skałach. Wtedy to złożył ślubowanie, że jeśli ocaleje radykalnie zmieni  swoje życie.  Udało mu się przeżyć nawałnicę, więc zgodnie z obietnicą rozdał majątek i poświęcił  życie modlitwie, oraz pokucie. Na swe odosobnienie wybrał jaskinię na skalistym przylądku, miejscu  ocalenia. Z biegiem czasu dołączyli do niego inni eremici. Dzięki ofiarom okolicznej szlachty zbudowano tu kaplicę pod wezwaniem Świętej Katarzyny Aleksandryjskiej na wzór tej, która znajduje się na Górze Synaj.

 Santa Caterina del Sasso to bardzo piękny obiekt zarówno z racji niezwykłego położenia jak i archiSanta Caterina del Sassotektury, może nie tyle wymyślnej, co pełnej smaku i w harmonii z otoczeniem. Składa się z kościoła gdzie znajduje się relikwiarz ze szczątkami Błogosławionego Alberta Besozzi, oraz dwóch budynków klasztornych. Nad nimi góruje prosta dzwonnica, a pod nią znajduje się najstarsza część kościoła, pochodząca z XIII wieku. Całość powstawała na przestrzeni prawie czterystu lat w tym czasie zmieniały się nie tylko style w architekturze i malarstwie, lecz również   zakony zasiedlające klasztor. Pod władzą Habsburgów (którzy zlikwidowali małe zgromadzenia) mnisi opuścili go definitywnie i obiekt zaczął chylić się ku upadkowi. Uratował go fakt iż w 1914 roku został zaliczony do pomników kultury i  przejęty przez państwo. Po niezbędnych długotrwałych i żmudnych pracach konserwatorskich, w latach osiemdziesiątych XX wieku umożliwiono jego zSanta Caterina del Sassowiedzanie. Zarówno w kościele jak i niewielkiej, dostępnej dla postronnych części klasztoru, można zobaczyć freski pochodzące z różnych epok, oraz interesujące obrazy i witraże. Oprócz artystów którzy  dziś są anonimowi, pozostawili tu swe dzieła zdolni, znający swój fach lombardzcy malarze:  Giovanni Battista de Avocatis, Giovanni Crespi, znany pod przydomkiem  Cerano, oraz syn Bernarda Luini, zwany "Bernardino". W jednej z kaplic znajdują się też relikwie dwóch zakonnic żyjących w XIV, w okolicy Varese, Błogosławionych Giulliany z Busto i Katarzyny z Pallanza (są to dwie miejscowości położone w niewielkiej odległości od Leggiuno).

Z kościołem wiąże się jeszcze inna, interesująca opowieść. Mówi ona o tym iż  w XVII wieku, ogromne głazy które oderwały się od urwiska, zamiast spaść (co mogło by zakończyć się zniszczeniem budynku) zawisły tuż nad nim, co uznano za cud. Mimo tej wiary zostały one przezornie usunięte w późniejszych czasach.

 Jak zwykle zapraszam na Picasę gdzie można zobaczyć więcej zdjęć z tego przepięknego obiektu  >http://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/SantaCaterina02#

wtorek, 25 stycznia 2011

Ten wpis znowu zaprowadzi nas do Mediolanu. MediolanMiasto nie cieszy się taką sławą jak Rzym czy Florencja, lub prawie nietknięte w swojej historycznej substancji miasta Umbrii. Mimo to, Mediolan również ma swoje zabytki o których słyszała większość ludzi związanych kulturowo z Europą. Jednym z nich jest  "Ostatnia Wieczerza" namalowana przez Leonarda da Vinci na zlecenie Ludovica Moro z panującego w Mediolanie rodu Sforzów. Były to prawdziwie "złote czasy" dla tego miasta, gdyż Ludovico był władcą dbającym nie tylko o rozwój gospodarczy swego księstwa lecz także o jego prestiż, wyrażający się  poprzez imponujące budowle i dzieła sztuki  zamawiane u najwspanialszych artystów. Należał do nich również Leonardo, który przez siedemnaście lat pracował dla Ludovica. W tym okresie powstał portret faworyty księcia, Cecylii Gallerani, znanej w Polsce jako " Dama z łasiczką" ( choć podobno zwierzątko to nie jest łasicą, lecz gronostajem). Jednak Leonardo zajmował się nie tylko portretowaniem pięknych kobiet, pełnił bowiem również funkcję inżyniera i to właśnie on nadzorował rozbudowę i należyte utrzymanie kanałów transportowych, o których wspominałam w moich wcześniejszych wpisach. Oddawał się też własnym pasjom, konstruując swoje sławetne maszyny i mechanizmy (wiele  jego projektów  można oglądać w mediolańskim Muzeum Nauki i Techniki). Jeden z wynalazków Leonarda został wykorzystany do tak "niepoważnego" celu, jak zadziwienie gości podczas uczty, kiedy to dzięki niemu  można było podziwiać wspaniałe żywe obrazy, wzbogacone fajerwerkami.

Ludovico MoroSanta Maria delle Grazie był hojnym protektorem nie tylko dla Leonarda. Również Bramante, jeden z najwybitniejszych architektów (nie tylko tej epoki) zostawił w Mediolanie swój ślad właśnie dzięki księciu. Ludowico zapragnął, aby w kościele Santa Maria delle Grazie (który zaprojektował Andrea Solari) powstało mauzoleum rodziny Sforzów, jednak nie był usatysfakcjonowany raczej mało efektowną bryłą świątyni. Kościół powstał w połowie XV w i miał kształt "lombardzkiej szopy" jak większość mediolańskich kościołów z tego okresu. Moro postanowił, że należy go wzbogacić i dodać mu świetności. Na jego zlecenie powstały półkoliste absydy i kopuła, dzieło Bramantego, którego zasługą jest również piękny portal z białego marmuru. Wszystko to razem tworzy imponującą, choć nie bardzo spójną całość. Wspaniała kopuła góruje nad skromną i niezbyt  ozdobną fasadą, która mimo iż powstała niewiele lat wcześniej, zdaje się należeć do zupełnie innej epoki. Z lewej strony świątyni znajduje się nieduży budynek, który swego czasu był budynkiem konwentu. Kiedy okrążymy kościół i przejdziemy kilkanaście metrów znajdziemy się przed wejściem do niewielkiego wirydarza, otoczonego portykiem. W jego centrum umieszczono fontannę, prostą, lecz pełną wdzięku. Ma ona kształt okrągłego basenu a na jego krawędzi siedzą cztery żaby z otwartymi szeroko pyszczkami z których tryskają strumienie wody. Rosną tam  magnoliowe drzewka, sprawiające, że wiosna w tym miejscu ma szczególny urok. Z wirydarza mamy nadzwyczajną perspektywę na kopułę Bramantego, która widziana spod portyku wygląda naprawdę wspaniale i prezentuje wszystkie swe piękne detale. Na wprost, pod arkadami, widać rząd okien szczelnie zasłoniętych grubą czarną tkaniną. To właśnie okna najsławniejszego refektarza w historii malarstwa, gdzie codziennie tłumy ludzi przychodzą aby zobaczyć "Ostatnią Wieczerzę" pędzla Leonarda da Vinci. Powszechnie określa się to malowidło jako fresk, mimo iż malarz zastosował nietypową dla fresku, nowatorską technikę własnego pomysłu. Podobno wykonał swoje dzieło na lekko wilgotnym murze co okazało się zgubne, gdyż do malowania użył nie farb wodnych jak to się robi zazwyczaj, lecz tempery. W związku z tym, malowidło praktycznie od chwili powstania zaczęło umierać powolną śmiercią a obecnie pozostał z niego zaledSanta Maria delle Graziewie cień. Z tego powodu wprowadzono bardzo restrykcyjne reguły dla zwiedzających. Wchodzi się w grupach po dwadzieścia pięć osób a wizyta trwa jedynie kwadrans. Temperatura i wilgotność powietrza oraz natężenie światła są ściśle  monitorowane. Przewodnicy  zwracają turystom uwagę aby nie ociągali się przy wejściu, co ma   zapobiec przedostawaniu się większych ilości powietrza z zewnątrz. Nie jest też prostą rzeczą nabycie biletu wstępu, należy go bowiem zarezerwować   z dużym wyprzedzeniem. Rozmawiając z moimi włoskimi znajomymi wielokrotnie słyszałam, że pomimo iż mieszkają w pobliżu dotychczas nie widzieli  "Cenacolo" ponieważ jeśli mają czas, nie ma biletów i vice versa. Ja i moja córka Marta miałyśmy niesłychane szczęście, ponieważ udało nam się wejść właściwie "z ulicy". Poszłyśmy  "zrobić rekonesans" a okazało się, że jest możliwość kupna  biletów. Oczywiście chwyciłyśmy okazję w lot, zwłaszcza że córka była w Mediolanie jedynie z krótką wizytą. Być może narażę się komuś, lecz nie będę ukrywać że nie jestem wielką admiratorką sztuki Leonarda. I nie chodzi o to, że podaję w wątpliwość jego artyzm, po prostu dla mnie sztuka jest przede wszystkim sprawą emocji. Niedawno widziałam obraz Salvadora Dali na którym sportretował on pewną kobietę przeprowadzając cienkie linie od jej oka do różnych wizerunków i przedmiotów, które umieścił w jej głowie i w najbliższym otoczeniu. Tak właśnie pojmuję sztukę: jako pajęcze nitki prowadzące od oka, czy w wypadku muzyki, ucha, do mózgu i serca. Będąc przez wiele lat w Mediolanie miałam okazję widzieć wspaniałe obraIsola Pescatorizy zarówno w tutejszych muzeach jak i podczas wystaw okresowych. Niejednokrotnie zdarzyło mi się, że oniemiałam na widok jakiegoś obrazu a czasem po prostu rozpłakałam, jak wtedy gdy zobaczyłam obraz Mantegny w Muzeum Brera [dla zainteresowanych: starszy wpis > Milano (ancora)]  lub "Ecce Homo" Gaudenzio Ferrari w Warallo. Mam swoich ulubieńców i moje "pajęcze nitki". To "Camera picta" bardziej znana jako "Camera degli sposi" Mantegny, którą tyle razy widziałam na zdjęciach, lecz dopiero gdy ją ujrzałam w Mantovie na własne oczy, w pełni odczułam i zrozumiałam jej piękno. To "Pochód Trzech Króli" Benozzo Gozzoli, freski w kaplicy królowej Teodolindy w Monzie, no i oczywiście, mój ukochany Giotto z którego Marta się natrząsała, że oszczędzał na modelach gdyż wiele sąsiadujących ze sobą  postaci ma identyczne twarze. W czasie moich włoskich wędrówek niejednokrotnie w zapadłych wioskach widziałam maleńkie kościółki ze wspaniałymi freskami, gdzie jedyną informacją o malarzu było "nieznany mistrz lombardzki". Czasem było to nieźle zachowane malowidło, a czasem jedynie jego część, jakaś ręka o zbyt długich palcach, jakiś śliczny profil, czy fragment postaci. Gdybym miała to wyrazić najprościej: są to dwie prawdy- jedna to prawda dziecka, które czasem jednym zdaniem  zadziwiająco mądrze i dojrzale określa rzeczywistość w sposób, który dorosłemu nie przyszedłby do głowy. I druga prawda - prawda filozofa, zaprawionego w akademickich dyskusjach i rozważaniach. Obie są cenne, ale która trafi do naszego umysłu i serca, to zależny tylko od naszej percepcji. Oczywiscie, przyjrzałam się dokładnie dziełu Leonarda. Umieszczono je dość wysoko, lecz dzięki wspaniałemu oświetleniu i znacznym rozmiarom, jest ono dobrze widoczne. Niestety, jego kontury i kolory  są  mocno rozmyte. Wiedzialam że malowidło jest w bardzo złym stanie, lecz to co zobaczyłam przerosło moje wyobrażenie. Wszyscy wpatrywaliśmy się w nie z natężeniem słuchając słów kustosza. Będę szczera i powiem, że obejrzałam to dzieło z zainteresowaniem, ale bez szczególnego wzruszenia.  Pozostawiłam Martę przed cieniem "Ostatniej Wieczerzy" i oddałam się oglądaniu fresku na przeciwległej ścianie. Jest to "Ukrzyżowanie" Donata di Montorfano. Dziś ten malarz nie cieszy się szcSanta Caterina del Sassozególną sławą a  jego malarstwo określa się jako ciężkie i przeładowane, mimo to, nie byłam jedyną osobą, która poświęciła mu swoją uwagę.

 Wracając do Leonarda,  jak już pisałam, zdaję sobie sprawę że słusznie jest uważany  za świetnego artystę (są też jak wiemy, osoby, które wierzą w to iż tak wybitna inteligencja i wspaniałe talenty są dowodem na jego niezupełnie ziemskie pochodzenie, ale nie zagłębiajmy się w ten temat.) Jednak tak się dzieje że brakuje mi tego "czegoś" nieuchwytnego, pajęczej nitki a może cienia niedoskonałości? Natomiast żeby nie ominąć sławetnego wątku, który przyniósł światową sławę (no i chyba sporo pieniędzy) Danowi Brownowi - jeśli o mnie chodzi to ZAWSZE mnie dziwiło, że uważa się, iż osoba po prawicy Jezusa to jego uczeń Jan. Ja w tej postaci widzę młodą, piękną kobietę.

P.S. Oczywiście, nie ma mowy o fotografowaniu "Ostatniej Wieczerzy" więc z konieczności ogrzniczyłam się  do zdjęć kościoła z zewnątrz a zdjęcia fresków które tu zamieszczam zrobiłam w kościołach w rejonie Lago Maggiore.

I jeszcze jedna uwaga: zastanawia mnie fakt, dlaczego tak gruntownie wykształcony malarz jak Leonardo, popełnił ten banalny błąd i nie poczekał na należyte wysuszenie ściany, co pozwoliłoby na zastosowanie techniki "al secco"i bezpieczne użycie tłustej tempery. Chyba zemściła się na nim chęć eksperymentowania, podobnie jak w wypadku "Bitwy pod Anghiari"gdzie zastosował farby na podłożu z wosku, co spowodowało "spłynięcie" malowidła pod wpływem wysokiej temperatury.

sobota, 22 stycznia 2011

 

Do Werony wybrałam się dwukrotnie, korzystając  z okazji, że przez kilka miesięcy mieszkałam w niedalekiej Mantui. Było to jesienią, która tego roku przyszła nieco wcześniej i na dodatek wyjątkowo zimna, więc okutana w gruby tweedowy płaszcz i w rękawiczkach bez palców żeby łatwiej było robić zdjęcia, snułam się po mieście, uzbrojona w mapę i aparat fotograficzny.

dom Julii

 Miasto samo w sobie jest bardzo atrakcyjne i jest tu wiele obiektów do zwiedzania, jednak tak jak wszystkie drogi  w Italii prowadzą do Rzymu, to w Weronie nie sposób nie odwiedzić miejsc związanych z kochankami uwiecznionymi przez Szekspira. Jeżeli ktoś nie widział dramatu na scenicznych deskach, to z pewnością go czytał lub obejrzał piękną i bardzo malarską ekranizację Zeffirellego. Ja sama  po raz pierwszy widziałam ten film będąc bardzo młodą osobą, i mimo iż od tamtej pory  minęło wiele lat, ciągle mam przed oczami twarze aktorów odtwarzających główne role, które dla mnie na zawsze pozostaną twarzami Romea i Julii. Po przyjeździe do Werony pobieżnie rzuciłam okiem na jej inne atrakcje, i wyruszyłam śladami bohaterów historii o wiecznej miłości, która nigdy nie umiera. Na mojej mapie miasta zaznaczono wszystkie istotne zabytki więc oczywiście znalazł się wśród nich Dom Julii. 


dom Julii

Powędrowałam na centralny plac miasta, bowiem dom powinien znajdować się przy niewielkiej uliczce leżącej nieopodal. Przez chwilę utknęłam w dużej grupie przechodniów, po czym poszłam dalej, gdyż nie widziałam  żadnej wskazówki prowadzącej do poszukiwanego przeze mnie miejsca. Zapytałam jakiegoś przechodnia o Dom Julii a ten wskazał mi wysoki budynek z ciemnoczerwonej cegły, o wąskiej bramie. To tam właśnie byłam przed chwilą, w gromadzie osób, z których  część wypływała falą na ulicę aby zrobić miejsce następnej, wchodzącej do wewnątrz. Nie wierzyłam własnym oczom: brama i ściany domu były tak dokładnie pokryte różnokolorowymi napisami, że wyglądały niczym posypane ziarenkami maku, które ktoś dla zabawy zabarwił na wszystkie kolory tęczy a do tego, o dziwo, napisy sięgały do wysokości grubo przekraczającej zasięg rąk nawet najwyższej osoby! Brama domu prowadzi na niewielki dziedziniec, gdzie w głębi znajduje się wykonany z brązu posąg Julii. Przed posągiem ustawiła się spora kolejka osób pragnących dotknąć jej piersi, gdyż jest to rytuał który ma zapewnić szczęście w miłości. O tym jak gorliwie jest przestrzegany ten obyczaj, świadczy fakt, iż prawa pierś błyszczy niczym złoto, podczas gdy reszta posągu jest ciemniejsza i spatynowana a głowa wręcz czarna. Większość osób wdrapuje się  na niewielki cokół posągu, aby uwiecznić swoją wizytę na pamiątkowej fotografii. Robią to młode pary i starsze małżeństwa, a także "single" pragnący znaleźć swoją drugą połówkę. Po lewej stronie dziedzińca, mieści się niewielki sklepik (nota bene, o zgrozo! ozdobiony licznymi reklamami Coca-Coli) gdzie można kupić różnego rodzaju pamiątkowe gadżety ozdobione kolorowymi serduszkami. 


dom Julii

Natomiast na prawo znajduje się kamienny portal z drzwiami prowadzący do domu a ponad nim mały balkon, na który wspinał się Romeo aby spędzić noc ze swoją ukochaną. Byłam zaskoczona jego niewielkimi rozmiarami a gdy weszłam do budynku i obejrzałam go z bliska, okazało się, że jest jeszcze mniejszy, z racji grubej, kamiennej balustrady. Sam dom jest bardzo obszerny, składa się z dwóch  skrzydeł, ma kilka pięter i wiele pokoi. W zasadzie jest pozbawiony  mebli, zachowały się jednak oryginalne kominki i malowane ściany, wyglądające na pierwszy rzut oka niczym pokryte tapetą. W jednym z pokoi stoi wielkie łoże które "grało" w filmie Zeffirellego, a obok w dwóch gablotach umieszczono kostiumy głównych bohaterów. W następnej sali można napisać maila lub list i zapisać się do Klubu Julii. Mimo iż w domu przewija się jednocześnie wiele osób, nie słyszy się tam śmiechów  i głośnych rozmów a większość odwiedzających sprawia wrażenie zatopionych we własnych myślach i skojarzeniach. Jest tam też ogromna księga, gdzie goście mogą uwiecznić swoją wizytę i podzielić refleksjami. 

dom Julii

Wpisując się  spojrzałam na daty, i zauważyłam, że zapełnia się ona w ciągu kilku dni. Kupując bilet do Domu Julii za niewielką dopłatą możemy również odwiedzić klasztor, gdzie według legendy znajduje się jej grób. Niegdyś znajdował się on poza murami miasta a od centrum dzieli go odległość mniej więcej dwóch kilometrów. Mimo iż miasto znacznie się rozrosło miejsce to leży nieco na uboczu i chyba z tego względu odwiedza je niewielu turystów. Kiedy tam dotarłam, uderzył mnie  spokój i cisza, oraz romantyczny nastrój, którego brakuje w Domu Julii. Dawny klasztor  obecnie pełni rolę muzeum i miejsca wystaw. Jego centralny punkt to niewielki, pełen zieleni wirydarz, z zabytkową studnią pośrodku. Pod otaczającymi go krużgankami znajduje się popiersie Szekspira i historia kochanków przedstawiona na płaskorzeźbach wykonanych w brązie. Obok jest wejście do podziemnej krypty, z pustym, otwartym sarkofagiem, uważanym za miejsce pochówku Julii. Zawsze leżą w nim świeże kwiaty, ponieważ miejscowa legenda głosi, iż panna młoda, która zostawi tam swój ślubny bukiet, będzie szczęśliwa w małżeństwie. Kiedy odwiedziłam to miejsce, również leżał tam mały, biały bukiecik. O dziwo, w Domu Julii kłębiły się prawdziwe tłumy, tu natomiast spotkałam tylko jedną parę młodych ludzi. Zastanawiałam się, czy to ze względu na odległość czy  może większość z nas woli nie pamiętać o tragicznym finale kiedy to miłość i śmierć splotły się w nierozerwalny węzeł?


 

Nieopodal Domu Julii jest zwany tak zwany Dom Romea, duże, powstałe w średniowieczu domostwo, które jednak nie jest dostępne dla publiczności. 

klasztor Franciszkanów

Mając w pamięci piękny, widowiskowy film Zeffirellego, próbowałam szukać innych miejsc, gdzie toczyła się jego akcja. Jednak ani centralny plac Piazza delle Erbe, ani Duomo, nie przypominały miejsc, które wtedy widziałam. Byłam tym bardzo zawiedziona, powiem więcej, poczułam się nieco oszukana...Kiedy nieco później rozmawiałam o tym z moją dobrze poinformowaną włoską przyjaciółką Patrycją, dowiedziałam się, że podobno film kręcono w jednym z historycznych miast Umbrii, gdzie łatwiej można znaleźć miejsca bez późniejszych architektonicznych naleciałości. Powiem szczerze, iż ta wiadomość mocno mnie rozczarowała,  ale cóż, Werona mimo swoich wspaniałych zabytków z całą pewnością nie może się równać atmosferą ani z Perugią, ani Spoleto... Kiedy znalazłam się w pociągu powrotnym do Mantui, próbowałam sobie jakoś poukładać myśli, jakie mi towarzyszyły, kiedy wędrowałam śladami romansu wszech czasów a głowie kołatał mi  wiersz Norwida, który kiedyś tak pięknie śpiewała Wanda Warska:



Nad Kapuletich i Montekich domem, 

VeronaSpłukane deszczem, poruszone gromem,

Łagodne oko błękitu...

Patrzy na gruzy nieprzyjaznych grodów,

Na rozwalone bramy do ogrodów,

I gwiazdę zrzuca ze szczytu.

Cyprysy mówią, że to dla Julietty,

I dla Romea, ta łza znad planety

Spada — i groby przecieka;

A ludzie mówią, i mówią uczenie,

Że to nie łzy są, ale że kamienie,

I — że nikt na nie nie czeka!


dom JuliiZastanawiałam się czego szukają te tłumy, które odwiedzają Dom Julii, i ja sama - czego tam szukałam, a co znalazłam? Każdy z nas, stary i młody, mądry i głupi, ładny i brzydki, ma w sobie potrzebę kochania i bycia kochanym, oraz swoje wyobrażenie o miłości świętej i wiecznej, choćby we własnym życiu popełnił wobec niej tysiące grzechów i przewinień... Może wejście w progi tego domu i dotknięcie piersi Julii nawet gdy towarzyszy temu zażenowany uśmiech, jest niczym łyk źródlanej  wody w upalny dzień, a ci, którzy tam wchodzą, wnoszą swoją prawdę, i własne wyobrażenie o miłości idealnej, która silniejsza jest niż śmierć?


Jednak prawda historyczna  jest  nieco odmienna od tej pięknej legendy i  w rzeczywistości to domostwo tak licznie  odwiedzane przez turystów, zostało w pewnym sensie "zaadaptowane na jej potrzeby" w latach trzydziestych XX wieku. Wtedy też aby uprawdopodobnić całe przedsięwzięcie dobudowano do budynku stylowy balkon, który widzimy obecnie. Ponieważ dramat Szekspira jest powszechnie znany od kilku stuleci, turyści "od zawsze" szukali w Weronie śladów dwojga kochanków. Tak zwany "Dom Julii" w rzeczywistości był domem rodziny Cappelli (Cappelletti?) a ulica, przy której stoi, do dziś nosi nazwę via Capello. Wiele osób powątpiewa w istnienie Romea i Julii, jednak niektórzy badacze literatury  twierdzą, że Szekspira zainspirowała pewna autentyczna  historia, zapisana w starych, miejskich kronikach.


Werona Ale w końcu jakie to ma znaczenie? Tyle mądrych słów napisano o potrzebie obecności mitu w naszym życiu, że chyba nie ma sensu rozwodzić się nad tym... Myślę, że jest to piękne, iż ludzie nadal przychodzą do tego domu przynosząc tam swoje marzenia a Klub Julii i setki tysięcy listów pisanych we wszystkich językach świata są na to najlepszym dowodem.

Werona ma jeszcze jedną legendę o kochankach, którzy nie mogąc być razem, wybrali wspólną śmierć. Nieopodal Domu Julii jest niewielkie podwórko, gdzie znajduje się Studnia Miłości. Jest to stara, kamienna studnia, w tej chwili dość płytka i pozbawiona wody. Przykrywa ją metalowa krata, a na ocembrowaniu znajduje się  mała płaskorzeźba przedstawiająca chłopaka i dziewczynę, którzy trzymając się za ręce skaczą do tejże studni. To inni legendarni kochankowie z Werony, Isabella i Corrado, którzy żyli tu w XV wieku. Ponieważ nie mogli się połączyć małżeństwem popełnili wspólnie samobójstwo, topiąc się w tej właśnie, znacznie wtedy głębszej, studni. Dziś przychodzą tam zakochani i wrzucają monety aby przekupić dobry los, a na zakrywającej ją kracie przymocowano mosiężną blachę z takim oto napisem:

Getta nel pozzo un solo soldino, pensa un momento al tuo destino, non ti distrarre non far rumore, eccolo... eccolo... arriva l'amore!

Co w wolnym tłumaczeniu znaczy:

Wrzuć do studni pieniążek i pomyśl przez chwilę tym, co ci przeznaczone, nie rozpraszaj się i nie rób hałasu wokół siebie, bo oto nadchodzi twoja Miłość!

                  (tłumaczenie własne)


Więcej zdjęćhttps://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/WeronaDomJuliiIStudniaMiOsci03#

czwartek, 13 stycznia 2011

 Ogrody willi Taranto to jedna z największych atrakcji w obrębie Lago Maggiore a także  ogród botaniczny zaliczany do najpiękniejszych na świecie. Cieszy się on swoją zasłużoną sławą zarówno wśród turystów jak i  naukowców, którzy przybywają tu nie tylko z całej Europy ale również z innych, pozaeuropejskicWilla Tarantoh krajów. Co ciekawe, jego powstanie nie jest  zasługą zbiorowego wysiłku lecz wynikiem pasji jednego człowieka. Tym człowiekiem był Kapitan Neil Boyd Mc Eacharn. Urodził się w 1884 r  w Szkocji, w bardzo zamożnej rodzinie i był potomkiem napoleońskiego marszałka Mc Donalda, który z woli cesarza otrzymał tytuł księcia Taranto. Rodzina miała w swym posiadaniu znaczne tereny w Australii, liczne kopalnie, oraz kompanię żeglugową. Neil Mc Eacharn zobaczył Włochy po raz pierwszy jako mały chłopiec. Ten pobyt zapoczątkował jego zauroczenie tym krajem, które trwało aż do śmierci. Był on też zapalonym miłośnikiem botaniki i stworzenie własnego ogrodu botanicznego stało się celem jego życia. Z racji sprzyjającego klimatu  do realizacji swego zamierzenia wybrał Włochy. Miał jednak problemy z nabyciem odpowiedniego terenu i dopiero ogłoszenie w "The Times" przyniosło oczekiwane efekty. Zgłosiła się markiza Sant'Elia, mająca do sprzedania posiadłość nad Lago Maggiore. W ten sposób w 1930 r Kapitan stał się właścicielem willi i terenu w Verbanii, zwanego "La Crocetta".Willa Taranto Jest to istotnie wymarzony teren pod takie przedsięwzięcie. Położony tuż nad  brzegiem jeziora, na zboczu niezbyt wysokiego wzniesienia z którego roztacza się przepiękny widok na okolicę. Dzięki pasji nowego właściciela i jego środkom finansowym, zaczął powstawać ogród marzeń. Kapitan nadał  posiadłości nazwę "Willa Taranto" na cześć swego sławnego przodka. Prace nad tworzeniem ogrodu przerwała wojna gdyż Kapitan został powołany pod broń i wyruszył do Australii. Swoje dzieło zostawił w dobrych rękach  zaufanego współpracownika i administratora, adwokata Antonio Cappelletto. Po powrocie z wojny  kontynuował pracę i w związku ze swoimi niewątpliwymi zasługami został w 1963r, ogłoszony honorowym obywatelem Verbanii . Willa TarantoZmarł niestety niedługo później, w 1964 r w swoim wymarzonym ogrodzie. Dziś w centralnym punkcie parku wznosi się cokół, na którym umieszczono popiersie Kapitana, skromny pomnik człowieka, który zrealizował swoje marzenie i oddał je na użytek publiczny. Ogród został bowiem z jego woli przekazany  państwu włoskiemu z zastrzeżeniem, że ma być pielęgnowany i użytkowany zgodnie z ideą, która przyświecała jego założycielowi.  Otwarto go dla publiczności jeszcze za życia Kapitana, w 1952 r. Obecnie jest dostępny dla zwiedzających za opłatą, od kwietnia do października.

 

W parku znajduje się niewielkie mauzoleum, gdzie spoczywają doczesne szczątki Neila Mc Eacharn'a a także Antonia Cappelletti, jego najbliższego współpracownika i przyjaciela, oraz jego rodziny.

 Ogród ma charakter parku angielskiego i jest bardzo rozległy, jego powierzchnia całkowita wynosi szesnaście hektarów. Na tym terenie rWilla Tarantoośnie około dwudziestu tysięcy gatunków i odmian roślin pochodzących z całego świata. Mimo że jest tu wiele zakątków o zupełnie odmiennym charakterze, jego forma jest zadziwiająco naturalna i płynna. Ponieważ leży na zboczu wzniesienia, ma układ tarasowy i jest tak przemyślnie skomponowany, że rośliny  tworzą dla siebie nawzajem piękne tła. Trudno doprawdy opisać wszystkie jego uroki, zresztą aby je w pełni ocenić należałoby go odwiedzić kilka razy do roku, podczas kwitnienia poszczególnych gatunków. Jako pierwsze wczesną wiosną zakwitają tulipany, następnie  kamelie, później azalie, glicynie, róże i dalie. Oczywiście, jest też mnóstwo innych, równie wdzwilla Tarantoięcznych kwiatów, oraz wiele gatunków drzew i krzewów a także pięknych i rzadko spotykanych gatunków paproci. Jest też zakątek z nenufarami, oraz cieplarnia gdzie rosną rośliny noszące nazwę Wiktoria Cruziana, o pływających liściach niemal dwumetrowej średnicy. Nieco na uboczu, w pobliżu bammbusowego zagajnika znajduje się pawilon z roślinami owadożernymi, które są umieszczone w swego rodzaju klatkach z siatki o niewielkich oczkach.

Sam budynek willi jest niedostępny dla zwiedzajacych bowiem znajdują się w nim biura Prefektury Prowincji. Jego archtektura, typowa raczej dla krajów Północnej Europy, została nieco zeszpecona przybudówką czy też werandą, która razi oko widza swoim "nowoczesnym" wyglądem. To co mnie zachwyciło w tym parwilla Tarantoku, to przepiękne, wspaniale utrzymane trawniki. Miałam wrażenie, że jest to jakiś niespotykany gatunek murawy. Może to wynik odpowiedniej pielęgnacji, ale nawet kiedy patrzy się z niewielkiej odległości, trawa ma  wygląd wręcz aksamitny. Bardzo gęsta, krótko przycięta, jakby lekko kędzierzawa, tworzy wspaniałe tło dla kwiatowych rabat. W okresie kiedy tam byłam kwitły też maleńkie stokrotki. Było ich taki zatrzęsienie, iż niektóre trawniki wyglądały niczym przyprószone śniegiem. Tak się jednak niefortunnie złożyło, że pogoda spłatała mi niezbyt miłą niespodziankę. Rankiem dzień zapowiadał się na dość pogodny, lecz około południa niebo się zachmurzyło i zaczął padać deszcz. Gdzieś dalej była burza, bowiem od strony Alp widać było błyskawice i od czasu do czasu dobiegał stłumiony odgłwilla Tarantoos grzmotów. Zwiedzanie ogrodu i robienie zdjęć spod parasola, to oczywiście nie było to, o czym marzyłam, no ale cóż, trzeba było pogodzić się z okolicznościami. Załamanie pogody jednak nie wypłoszyło zwiedzających. Kto jak ja miał parasol, kontynuował przechadzkę, inni pochowali się chwilowo pod gęstymi drzewami, w altanach i pawilonach. Deszcz zresztą szybko przestał padać, mimo to, niebo nadal pozostało nieco zachmurzone. Zapewne blask słońca ożywiłby kolory kwiatów i zieleń drzew, lecz mimo to, nie miałam powodu do narzekania. Znalazłam tam wiele uroczych miejsc w których chętnie zatrzymałabym się na dłużej, lecz pamiętałam o tym, co napisano w ulotce, którą otrzymałam wraz z biletem - łączna długość ścieżek w ogrodzie wywilla Tarantonosi siedem kilometrów! Jest to niemało, należy też  przecież doliczyć czas na choćby pobieżny rzut oka na tabliczki znamionowe, umieszczone przy roślinach. W kilku miejscach zatrzymałam się jednak mimo wszystko, bowiem niesposób było nie poswięcić dłuższej chwili maleńkiemu mauzoleum, gdzie spoczywa Kapitan, lub jego pomnikowi. W końcu jedyne co moglam ofiarować w zamian za to piękno, które stworzył ku radości naszych oczu, to moment zadumy i cichej modlitwy nad jego grobem.

Mogłabym jeszcze długo pisać o oczkach wodnych, fontannach, mostkach nad dolinkami, czy skarpach porośniętych gąszczem azaliowych krzewów, lecz myślę, że zainteresowani odniosą więcej korzyści z wykonanych przeze mnie zdjęć (zaprwilla Tarantoaszam jak zwykle  do obejrzenia albumu na Picasie) niż moich opisów. Jednak nie mogę sobie odmówić podzielenia się moją niesamowitą i "mrożącą krew w żyłach" przygodą. Otóż muszę przyznać się do panicznego, atawistycznego strachu przed wężami. Być może, datuje się on od mojego bliskiego spotkania oko w oko z padalcem w wieku lat trzech, a może zapoczątkowały go opowiastki mojej Babci o wężu  kucicielu -  nieprzyjacielu  człowieka, dość, że sama myśl o tym gadzie powoduje iż włosy jeżą mi się na głowie. Zwiedzając park doszłam do miejsca gdzie ponad sadzawką ustawiono śliczny posążek, przedstawiający chłopca trzymającego w rękach złowioną rybkę. Doszłam do wniosku, że ponieważ to miejsce znajduje się nieco wyżej, mogę stąd zrobić kilka ciekawych zdjęć. Zaczęłam ustawiać się abwilla Tarantoy uzyskać jak najlepsze ujęcie. Jakoś mi to nie wychodziło tak, jak tego chciałam, więc zrobilam kilka kroków do tyłu i raptem poczulam pod butem coś dziwnego. W pierwszej chwili myślałam, że to jakiś porzucony kabel, lub gumowa rura odprowadzająca wodę z sadzawki. Obejrzałam się i zamarłam. Stałam na wężu! Właściwie był to jego ogon, bowiem głowa gada tkwiła pod cokolikiem rzeżby. Miałam ochotę uciekać gdzie pieprz rośnie, lecz wąż wyglądał na nieżywego, postanowilam więc przyjrzeć mu się dokładniej. Odniosłam wrażenie, że złamałam mu kręgosłup w momencie kiedy na niego nastąpiłam. Mimo mojej obawy przed gadami nie posunęłabym się nigdy do zabijania, więc pocieszałam się myślą, że prawdopodobnie był martwy już wcześniej. Nigdy nie słyszałam aby wąż ginął po nastąpieniu na jego ogon. A może się mylę? Zastanawiające było to, że nie widziałam go podchodząc do sadzawki, co mogło by przemawiać za tym, że pojawił się kiedy stałam tyłem do posągu. Tak, czy inaczej, nie było mi przyjemnie, wydawało mi się też, że jego bracia i siostry pełzają gdzieś wokół mnie, ukryci w trawie. Na szczęście mój spacer po parku miał się ku końcowi, więc powędrowałam do wyjścia, tym razem patrząc uważnie pod nogi. Żałowałam iż pogoda nie dopisała, myślę, że może w tym roku wybiorę się tam ponownie, w okresie kwitnienia tulipanów. Choć mam też w projekcie  wariant jesienny ( kiedy węże zapadną w zimowy letarg).

 Wiecej zdjęć > http://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/WillaTaranto#

środa, 05 stycznia 2011

Lago Maggiore to jedno z największych włoskich jezior. Leży ono na pograniczu dwóch prowincji, jego wschodnia strona należy do Lombardii, natomiast zachodni brzeg to już Piemont. Od Mediolanu dzieli je około godzina jazdy pociągiem lub samochodem. Położone nieco na zachód od jeziora Como, jest też od niego znacznie większe. Jego południowa część rozlewa się pośród płaskiLago Maggioreej Równiny Padańskiej, natomiast północny kraniec otaczają łańcuchy Alp. W przeciwieństwie do jeziora Como, które w okresie wiosenno - letnim odbija zielone stoki gór i nabiera szmaragdowego koloru, Lago Maggiore w pogodny dzień ma kolor szafirowy a widziane z góry, staje się wręcz chabrowe. Przy kiepskiej pogodzie pojawiają się tu całkiem spore fale, a na niebie zadziwiająco ciemne chmury. Wody jeziora stają się wtedy stalowo – szare, niczym wody naszego Bałtyku. W poprzek jeziora przebiega granica ze Szwajcarią, jednak nie ma to żadnego wpływu na podróż Lago Maggiorestatkiem, którym można popłynąć z części włoskiej aż do szwajcarskiego Locarno. Jest to bardzo piękna wycieczka, lecz odradzałabym ją osobom nerwowym lub cierpiącym na klaustrofobię, ponieważ trwa  wiele godzin. Wzdłuż brzegu jeziora prowadzą też wygodne drogi, jest również pociąg relacji Mediolan – Locarno. Osoby przyjeżdżające z Mediolanu czy okolicy i pragnące spędzić tu kilka miłych godzin, mogą  dojechać nad jezioro jednym z licznych pociągów lokalnych relacji Mediolan – Laveno. Stacja Lago Maggiorekońcowa podobnie jak w Como znajduje się na samym skraju wody. Wystarczy wyjść z pociągu i przejść przez ulicę aby wsiąść na prom, który przewiezie nas na przeciwległy brzeg. Tam, w miejscowości Intra, znajduje się duży port będący swego rodzaju węzłem komunikacyjnym żeglugi śródlądowej. Można  stąd popłynąć zarówno na północ do Szwajcarii, jak i na południową, włoską stronę, gdzie znajdują się liczne, bardzo atrakcyjne miejsca. Są to między Lago Maggioreinnymi dwa przepiękne parki – ogród botaniczny willi Taranto w Verbanii i ogrody willi Pallavicino w Stresie, gdzie można też zobaczyć z bliska wiele gatunków żyjących tam zwierząt. Statki zawijają do niewielkich, lecz malowniczych miejscowości, z których największą popularnością cieszy się właśnie Stresa. Leży ona u podnóża góry noszącej nazwę Monte Mottarone, na którą można wjechać kolejką linową. Mniej więcej w połowie drogi na szczyt, znajduje się stacja przesiadkowa nosząca nazwę Giardino Alpino. Jest to  ogród botaniczny w którym rosną rośliny alpejskie, w swoim naturalnym środowisku. Wjazd na górę zapewnia niezapomniane wrażenia. W miarę wznoszenia się kolejki, ogarnia się wzrokiem coraz większą połać jeziora a przede wszystkim położoną na wprost Stresy, Zatokę Boromeuszy (Golfo Borromeo). Rodzina  Borromeo znana jest między innymi z tego, że wydała jednego ze świętych znanego nam, Polakom, jako Św. Karol Boromeusz. W pobliżuLago Maggiore Stresy, na jeziorze znajdują się trzy niewielkie wysepki, które w dalszym ciągu należą do tej rodziny. Najmniejsza z nich to Isola Madre, niewielki skrawek ziemi, na którym wzniesiono willę otoczoną pięknym ogrodem. Druga z wysp to Isola Bella, która ma bardziej reprezentacyjny charakter. Znajduje się tam imponujący barokowy pałac (otwarty dla zwiedzających) i jedyny w swoim rodzaju, tarasowyLago Maggiore ogród w stylu włoskim. Tarasy zdobią liczne posągi i wspaniałe, bardzo zadbane rośliny. Dodatkową atrakcją są mieszkające w ogrodzie pawie. Kilka lat temu, na wyspach miał  miejsce bardzo głośny we Włoszech ślub Lawinii Borromeo i Jaki Elkanna. Młody Elkann jest jednym z dziedziców Giovanniego Agnelli, po śmierci dziadka został jego następcą i objął prezesurę firmyLago Maggiore „Fiat”. Ślub odbył się w bardzo wąskim, rodzinnym gronie, w prywatnej kaplicy na Isola Madre. Następnie nowożeńcy wraz z niewielkim orszakiem składającym się z najbliższej rodziny, wsiedli bo motorówek i udali się do pałacu na Isola Bella, gdzie odbyło się huczne wesele na którym pojawił się już cały  „wielki świat”. Mimo tych niewątpliwych ogrodowo – pałacowych wspaniałości, również trzecia z wysp, zwana Isola Pescatori (Wyspa Rybaków) cieszy się gronem swoich zagorzałych zwolenników (zaliczam się do ich grona). Długa i wąska, do dziś zachowała swój rybacki charakter choć nie brakuje tu też pracowni artystycznych, sklepików z pamiątkami i przytulnych knajpek. Rodzina Borromeo ma  w swoim posiadaniu również zamek leżący na południowym końcu jeziora, w miejscowości Angera. Tam też, nieopodal miasteczka Arona, znajduje się tzw. Kolos, czyli ogromny posąg św. Karola Boromeusza. Jest on nieco mniejszy od Statui Wolności, lecz podobnie jak ona, stanowi świetny punkt widokowy. Wewnątrz znajdują się schody po których można wejść do głowy olbrzyma, aby z góry obejrzeć panoramę okolicy. W południowej części jeziora, na wprost Stresy, znajduje się też przepiękny zabytkowy kompleks klasztorny, zwany Santa Lago MaggioreCaterina del Sasso, czyli Święta Katarzyna na Skale. Składa się z kościoła i budynków będących siedzibą zakonu, które wzniesiono na wąskiej skalnej półce, więc jest on dostępny jedynie od strony jeziora. Obiekt ten ma swoją maleńką przystań, do której kilka razy w ciągu dnia zawija  statek z turystami gdyż kościół i część budynku klasztornego można zwiedzać w wyznaczonych godzinach. Na północ od Intry również nie brakuje interesujących miejsc. Jest tam niewielkie, urocze miasteczko Ghiffa, ze swoim Sacro Monte, a jeszce dalej na północ, nieopodal innego miasteczka, Cannero, znajdują się na jeziorze dwie mikroskopijne wysepki na których niegdyś wzniesiono obronne zamki, znane jako Castelli di Cannero. Dziś stanowią one jedynie malownicze ruiny, które zdają się wyrastać wprost z wód jeziora. Tuż przy samej granicy ze Szwajcarią leży Cannobio, a na jego skraju, miejsce znane jako Orrido Santa Anna. Jest to kamienisty wąwóz, w którym płynie strumień noszący tę samą nazwę. Nad nim, nieopodal malowniczego mostu, stoi niewielki kościółek pod wezwaniem Świętej Anny, od niego też wywodzi się nazwa wąwozu. Cannobio to ostatnia miejscowość po stronie włoskiej. Na znajdującym się nieopodal przejściu graLago Maggiorenicznym dla pieszych panuje zazwyczaj dość znaczna swoboda ruchu. Ja sama kilkakrotnie przekraczałam granicę ze Szwajcarią w różnych miejscowościach, gdzie nikt nie pytał mnie ani o dokumenty, ani o czas, jaki mam zamiar spędzić w tym kraju. Jedynie dwa razy spotkałam się z kontrolą paszportową, raz w pociągu na trasie Mediolan – Lugano, i po raz drugi, kiedy przypłynęłam statkiem do Locarno.

Właściwie należałoby wspomnieć jeszcze o panoramie wokół jeziora. Tak jak już pisałam wcześniej, południowa część jeziora ma w większości płaskie brzegi z nielicznymi, niewysokimi pagórkami. Natomiast bardziej na północ, brzegi są zdecydowanie górzyste. Wyższe wzniesienia są po lewej, zachodniej stronie. Ponieważ większość z nich znacznie przekracza wysokość 1000 m często aż późnej wiosny ich szczyty pokrywa warstwa śniegu. Wschodni brzeg to łagodne zielone łańcuchy Pre - Alp. Pomiędzy nimi, nieco dalej na wschód znajduje się  jezioro Lugano, które podobnie jak Lago Maggiore, leży zarówno po szwajcarskiej jak i po włoskiej stronie granicy. Kiedy kończy się nasz rejs po jeziorze a statek kieruje się do  Laveno, nieopodal, po lewej stronie, widzimy charakterystyczną, trójkątną skałę, wyłaniającą się z wody. Jest to Rocca di Calde’miejsce warte aby je odwiedzić, ze względu na interesujący, romański kościół pod wezwaniem Świętej Weroniki. Z tarasu kościoła roztacza się piękny widok na jezioro. Samo Laveno leży u podnóża dość sporego wzniesienia, noszącego nazwę Poggio San Elsa. Na szczyLago Maggioret można wejść jedną z licznych i bardzo wygodnych ścieżek, lub wjechać wyciągiem kubełkowym. Na szczycie góry znajduje się punkt widokowy i restauracja z obszernym tarasem. Przy dobrej pogodzie jest  stąd niezapomniany widok na jezioro i otaczające je góry, z masywem monte Rosa na czele. Można też napawać się panoramą Doliny Padu skąpanej w lazurowej poświacie i niedalekiego malowniczego  wzniesienia, Campo dei Fiori. Ze względu na sprzyjające prądy powietrza, Poggio San Elsa jest jednym z ulubionych miejsc do uprawiania lotniarstwa. Kilkakrotnie zdarzyło mi się widzieć tu w powietrzu nawet po kilkadziesiąt  osób latających jednocześnie.

W sezonie wiosenno – letnim jest to również  jedLavenono z ulubionych miejsc piknikowych, zarówno ze względu na piękno okolicy jak i z powodu wspaniałego, rześkiego powietrza którego tak bardzo brakuje w Lombardii.

Na zachodnim brzegu jeziora leży newielka miejscowość Candoglia znana z tego, że znajdują się tam wyrobiska gdzie wydobywa się piękny, szary i biało - różowy marmur, z którego zbudowano między innymi mediolańskie Duomo. Bloki  surowca transportowano niegdyś drogą wodną porzez jezioro a następnie rzeką Ticino i systemem kanałów aż do Mediolanu. (Dla zainteresowanych: patrz starszy wpis > „Nawigli i Corso di  Porta Ticinese”)

Na tym właściwie należałoby zakończyć ten wstępny opis Lago Maggiore. Ponieważ miałam tę niewątpliwą przyjemność widzieć  miejsca, które tu zaledwie zasygnalizowałam, w przyszłości napiszę na ten temat obszerniej  i oczywiście, będą też zdjęcia.

Więcej zdjęć >http://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/LagoMaggioreIOkolica#

| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
O autorze
Najlepsze Blogi

Pisz swój dziennik w Internecie